Nie potrzebujemy obiektywnych mediów

Share on facebook
Share on twitter
Share on whatsapp
Share on linkedin
IKON IMAGES / EAST NEWS

Ludzie chcą potwierdzenia własnych prawd i poglądów, a nie obiektywizmu czy wprawiania ich w konfuzję – mówi medioznawca dr Dominik Lewiński

KATARZYNA DOMAGAŁA: Którą władzą są dzisiaj media?

DR DOMINIK LEWIŃSKI*: Trudno powiedzieć, którą, ale na pewno są i nadal będą władzą. Ale ludzie nie wierzą im tak ślepo, jak powszechnie się twierdzi. Właściwie od zawsze byliśmy wobec mediów raczej nieufni.

To na jakiej podstawie – właściwie od zawsze – nazywamy je czwartą władzą? Przecież to media w ogromnym stopniu kształtują nasz światopogląd.

To pojęcie jest przesadzone. Media nigdy w pełni nami nie rządziły, bo wciąż mamy w sobie cenną dozę krytycyzmu, która nie pozwala nam ślepo wierzyć we wszystko, co przeczytamy czy usłyszymy w środkach masowego przekazu. Mówię choćby o tabloidach i brukowcach, których nigdy nie darzyliśmy szczególnym zaufaniem.

Ale teraz jest jeszcze gorzej, niż zwykle. Według badania „Trust Barometr 2018”, jedynie 34 proc. Polaków wierzy mediom. W USA sprawa wygląda podobnie – 32 proc.

Według mnie sens takich badań jest mocno ograniczony, choćby dlatego, że często stwierdzają one deklaracje składane przez badanych. A przecież deklaracja niewiary wobec jednego medium nie musi pokrywać się z realnym poziomem zaufania do innego. Można całkowicie wierzyć „Wyborczej” i całkowicie nie wierzyć „Sieciom”, tylko czy wtedy poziom zaufania do mediów wynosi 50 procent? Nie bądźmy naiwni wobec statystyk.

Ale przyzna pan, że takie statystyki to dobry przyczynek do dyskusji na temat rzekomego kryzysu mediów, o którym od kilku lat mówią pana koledzy po fachu?

Proponuję nie przywiązywać zbyt wielkiej wagi do – jak to pani ujęła – „rzekomego kryzysu mediów”. Takie rodzaje krytyki są stałym elementem pejzażu i nikogo nie powinny dziwić. Owszem, jesteśmy obecnie w sytuacji przejściowej, momencie pewnego rodzaju zakłócenia komunikacyjnego, ale to dlatego, że mamy spory problem z zaufaniem do niektórych form medialnych.

Jakich?

Do internetowych środków przekazu niewiadomej i niepewnej wiarygodności, gdzie często plenią się fake newsy, fantastyczne teorie i narracje spiskowe. Tam odpowiedzialność za przekaz nie istnieje lub jest zwyczajnie niejasna i rozmyta.

Będą konsekwencje?

Przeczuwam, że w przyszłości będziemy w większym stopniu polegać na mediach tradycyjnych, a także zinstytucjonalizowanych, profesjonalnych formach dziennikarskich w internecie, których autorytet będzie – a przynajmniej powinien być – w miarę stabilny. Na bok odstawimy natomiast obszary internetowej komunikacji, w której na próżno szukać autorytetów i odpowiedzialności. Musimy tylko dotrwać do czasu, aż taka ewolucja nastąpi.

I wtedy zaufanie do mediów się odbuduje?

Nie wykluczam, że ulegnie ono trwałemu osłabieniu, jednak nie sądzę, żeby było to coś niepokojącego. Swego czasu przestaliśmy wierzyć prawdom głoszonym przez religię. Dzisiaj przestajemy wierzyć czwartej władzy.

Być może dlatego, że mocno zachwiał się etos profesjonalnych mediów? Podczas studiów wpajano mi, że dziennikarz to zawód z misją: obiektywizm, dążenie do prawdy itd. Dzisiaj wiem, że to mocno idealistyczne założenia.

Misja i etos od zawsze były bardzo wyidealizowane, a zarazem trudne do zrealizowania. Skupiały się na kreowaniu dziennikarza jako swoistego rodzaju naukowca codzienności, który po rzetelnych i solidnych badaniach, ma dostarczyć społeczeństwu obiektywnych prawd o świecie. Obecnie mamy do czynienia z polaryzacją dziennikarstwa, która może być rażąca dla kogoś, kto wychował się na etosie profesjonalnych mediów zmierzających do przekazywania prawdy obiektywnej. To się nie mogło udać, dlatego mówimy o kryzysie.

Nie mogło się udać, bo prawda obiektywna nie istnieje?

Nie ma prawdy obiektywnej, a ludzie żyją w różnych prawdach i światach. Z kolei media je relatywizują, pokazują nam różne obiektywizmy. To jedna z ich funkcji.

Weźmy jakieś konserwatywne medium, które dotrzymuje standardów dziennikarskich i przekazuje odbiorcom to, co uważa za prawdę o świecie. Na przykład, że aborcja jest złem, że miejsce kobiety jest w domu, a w życiu liczą się tylko: Bóg, honor i ojczyzna. Z kolei medium bardziej progresywne będzie oferować odbiorcom inny światopogląd. Jednocześnie każde z nich zapewne będzie przekonane, że to jego obraz świata jest prawdziwy i poprawnie opowiedziany.

Idąc tą drogą rozumowania dojdziemy do wniosku, że nie potrzebujemy obiektywnych mediów.

Nigdy ich nie potrzebowaliśmy. Od zawsze pragniemy potwierdzenia swoich prawd przez swoje kanały, a nie wprawiania nas w konfuzję czy wywoływanie zmiany punktu widzenia. Po co mamy udawać bezstronnych?

(IKON IMAGES / EAST NEWS)

Co mówi o człowieku medium, z jakiego korzysta?

Pewnie wiele, ale równie dużo mówi o podziałach w społeczeństwie, co może być znacznie ciekawsze.

To znaczy?

Wydaje mi się, że ludzie czytający „Tygodnik Powszechny” czy Wiesława Myśliwskiego mają poczucie elitarnej wyższości, która wytwarza dystans do osób sięgających po lektury z niższej półki. Ci pierwsi funkcjonują w społeczeństwie jako dobrze poinformowani obywatele, bo korzystają z „lepszych” mediów. Z drugiej strony są ci gorzej poinformowani, którzy zazwyczaj czytają plotkarskie portale, brukowce, itp. To się nazywa mechanizm dystynkcji dzielenia ludzi za pomocą mediów.

Kto steruje tym mechanizmem?

Mam podejrzenie, że fala populizmu na całym świecie ma z tym jakiś niejasny związek. Konkretnie nienawiść wobec elit, która jest powszechną cechą populizmu, a bierze się z nieustannego upokorzenia.

Kto jest upokarzany i w jaki sposób?

Czytelnicy „Super Expressu”, oglądacze „Trudnych spraw”, słuchacze disco-polo są nieustannie upokarzani przez tych z góry, którzy mówią im: co mają czytać, oglądać i czego słuchać, jakie powinni mieć gusta, poglądy i jak mają żyć. Stąd rodzi się pogarda i dzielenie ludzi na elity i plebs. Nawet szkoła tego uczy dając wyraźnie do zrozumienia, że istnieje wartościowy kanon lektur i niewartościowe lektury poza nim.

Na szczęście żyjemy w demokratycznym społeczeństwie i nikt nie zabroni nam czytania tego, na co mamy ochotę.

Otóż to. Nikt nie powinien być traktowany jako gorszy, dlatego, że czyta harlequiny, „Fakt” albo Pudelka. Demokracja podpowiada, że ta dystynkcja, o której mówimy, to wcale nie jest fajna rzecz. Oczywiście, zawsze lepiej być pięknym, zdrowym i bogatym, tylko: kto ustala te wartościowania? Kto ma prawo osądzać, które medium jest lepsze, gorsze i dlaczego? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Statystyki publikowane przez WirtualneMedia.pl dowodzą, że większość odbiorców mediów korzysta z komercyjnych portali, co więcej czyta głównie treści lekkie, lifestylowe, plotkarskie. Dlaczego społeczeństwo nie chce sięgaćpo bardziej ambitne materiały?

Ponieważ do zgłębiania ambitniejszych treści potrzebne są wyższe progi kompetencyjne. Większość społeczeństwa ograniczają ubogie zasoby językowe. Z góry przepraszam za porównanie, ale różnica w języku aktywnego dziennikarza po studiach a anonimowego rolnika, który ukończył jedynie szkołę podstawową, jest ogromna. Ten rolnik nigdy nie miał szans, żeby osiągnąć poziom językowy, który pozwalałby mu korzystać z „lepszych” mediów. W efekcie jest skazany na te „gorsze”, które i tak wzbogacają jego zasoby.

Ta różnica nie do zatarcia?

Żeby coś się zmieniło, należałoby wyrównać poziom intelektualny całego społeczeństwa, a to przekracza siły systemu politycznego, edukacyjnego i medialnego. Samo uzdrowienie mediów w niczym nie pomoże.

Jak rozpoznać rzetelne medium w zalewie informacyjnym, w którym plenią się fake newsy?

Zachęca mnie pani do społecznej pedagogiki. No dobrze. Zasadnicze pytanie brzmi: jak wytłumaczyć użytkownikowi: co to jest dobre medium i co to jest fake news – czyli de facto kłamstwo? Według mnie, obecnie jest to niemożliwe.

Dlaczego?

Ponieważ brakuje odpowiednich narzędzi. Dzisiaj bardzo często trafimy na fake newsy, które w zasadzie są nie do odróżnienia od informacji pochodzących z wiarygodnego źródła. Żeby potwierdzić ich prawdziwość, użytkownik musiałby przeprowadzić porządne śledztwo.

Które wymaga wiedzy, zaangażowania i czasu.

Niewielu podejmie się tego zadania. Osobiście, liczę na to, że – drogą ewolucji – ludzie nabiorą większego sceptycyzmu do mediów, w których natknęli się fake newsy lub je „wykryli”. Pojawiają się też pomysły monitorowania mediów pod względem ich wiarygodności, a następnie oznaczania informacji zależnie od stopnia ich prawdziwości. Takie rozwiązanie mogłoby przynieść pozytywne skutki.

(IKON IMAGES / EAST NEWS)

Korzystając z mediów dajemy się złapać nie tylko w sidła fake newsów, ale i propagandy. Dlaczego?

Ponieważ każdy z nas nosi w sobie pokusę, żeby jej ulec. To nasza naturalna cecha. Ja uległem propagandzie ekoterrorystów, bo żyję zgodnie z ideami, które oni lansują. Uległem też propagandzie LGBT czy genderowej. Każdy z nas ulega dyskursom, propagandom, w które de facto wierzy, a media nam je po prostu podsuwają.

W tym kontekście nie są czwartą, ale pierwszą władzą?

Nie tylko w tym! Skąd czerpiemy najważniejsze prawdy o życiu, jak nie z mediów? Słynny niemiecki socjolog Niklas Luhmann mawiał: „Wszystko co wiemy o świecie, wiemy z mediów masowych”. Z kolei jeden z największych teoretyków mediów Sigfried J. Schmidt powtarzał: „Z mediów uczymy się, jak żyć i umierać”. Podważamy ich wiarygodność, ale wciąż czerpiemy z nich wzorce życia. Poza tym, to one rządzą informacją, czyli towarem, którego współczesny człowiek łaknie najbardziej.

Czy pan właśnie insynuuje, że gdyby nie media, nasze życie byłoby nudne, bezwartościowe? Ja w to nie wierzę!

Na pewno nie byłoby tak bogate i tak ciekawe. Skąd wiedzielibyśmy, jak prowadzić życie seksualne, gdyby nie mnóstwo poradników, kamasutra, „Sztuka kochania”, a teraz pornografia? Skąd wiedzielibyśmy, jak kochać, prowadzić romanse, itd.? W tym sensie media pełnią funkcję edukacyjną, poszerzają nasze horyzonty.

„Dobrze, że ludzie czytają social media i serwisy plotkarskie, bo inaczej nie czytaliby nic” – to pana słowa.

Nadal obstaję przy tej tezie. Ja nie widzę większej różnicy pomiędzy przesiadywaniem na Pudelku czy Facebooku a czytaniem harlequina.

A ja widzę. W mediach społecznościowych panuje zupełnie inna kultura słowa, która jednocześnie sprzyja łatwemu nawiązywaniu znajomości. Nie dostrzegam tej zależności podczas czytania harlequinów…

Mówi pani o dyskusji z poziomu pewnego typu kultury piśmiennej, która ustąpiła miejsca wtórnej oralności.

To brzmi bardzo enigmatycznie.

To po prostu odmiana „zwykłej” rozmowy twarzą w twarz czy przez telefon, tyle że występuje w formie druku elektronicznego. Widzimy to dzisiaj na Twitterze, Facebooku czy Instagramie. To nic innego, jak dawna komunikacja oralna (werbalna), tylko że dzisiaj prowadzona jest w innym środowisku i w trochę inny sposób.

W jaki sposób ten typ komunikacji oddziałuje na interakcje?

Jestem głęboko przekonany, że im służy. A to dlatego, że social media same w sobie są interakcją i rozbudowują interakcje. Kiedyś, gdy opuściło się lekcje w szkole, trzeba było zadzwonić albo iść do kolegów. Teraz można wysłać snapa w przerwie, smsa podczas lekcji, klikać pod ławką na Messengerze, itd. Być może nie służy to edukacji, ale interakcji na pewno! (śmiech)

W takim razie, na jakiej podstawie niektórzy psychologowie, socjologowie, a także medioznawcy wciąż ostrzegają przed tym, że social media odspołeczniają, spłycają sferę emocjonalną, utrudniają budowanie trwałych relacji?

Te tezy są absolutnie błędne. Nie mogę pojąć, dlaczego tak wielu renomowanych badaczy, w tym medioznawców, uważa, że jedyną wartościową formą interakcji jest ta bezpośrednia. Przecież ludzie wymieniają się wiadomościami na Facebooku, wysyłają sobie snapy, obserwują się na Instagramie, a później idą na piwo, rozmawiają i to jest zupełnie naturalne zachowanie. Pokuszę się nawet o tezę, że social media umożliwiają nabywanie nowych kompetencji komunikacyjnych.

Jakich?

Taka sytuacja: spotykam się z dziewczyną, rozmawiamy, ona powiedziała mi coś niemiłego, ja się zdenerwowałem. W realu zapewne chlapnąłbym jej coś, czego mógłbym później żałować. Ale, jako że robimy to przez okno Facebooku, to mam czas, żeby się zastanowić, ochłonąć. Social media uczą nas zatem odpowiedzialnej komunikacji.

(IKON IMAGES / EAST NEWS)

To pozytywna strona korzystania z mediów społecznościowych, a jest jeszcze ta druga, na przykład glamoryzowanie życia – pokazywanie: idealnego śniadania, idealnego poranka w drodze do pracy, idealnego popołudnia z przyjaciółką przy kawie…

Ja nie widzę różnicy w pokazywaniu tego, jak pięknie dziś wyglądam albo co pięknego zjadłem od pokazywania codziennego makijażu. Dlaczego pani twierdzi, że to coś negatywnego?

Ponieważ podczas oglądania takich obrazków rodzi się niezdrowa presja: musisz być piękny, idealnie „zaprojektowany” i  „dopracowany”, bo to się klika, czyli to się liczy.

Jasne, ale na takiej samej zasadzie działają przecież reklamy, które od zawsze pokazują nam idealny model życia: idealne śniadanie z idealnymi płatkami, idealne popołudnie po zażyciu idealnego środka przeciwbólowego, idealny wieczór przed idealnym telewizorem… Internet i social media tylko dokładają cegiełkę.

Co obecnie zaburza przekaz medialny?

Bez wątpienia zbyt duża ilość mediów. Zaznaczam jednak, że nie tyle informacji, ile mediów. Zazwyczaj na nadmiar informacji reagujemy selektywnie, nie przeciążamy się. Natomiast ogromna ilość dostępnych mediów może spowodować, że niedługo nie będziemy mieć o czym ze sobą rozmawiać. Mogą zachodzić poważne zakłócenia komunikacyjne. Zauważmy, że tematy do rozmów czerpiemy głównie z mediów. Jeśli będzie ich zbyt dużo, a w dodatku będą przedstawione z różnych punktów widzenia – co już się dzieje – to pojawią konflikty albo nastąpi brak komunikacji.

Możemy temu zapobiec? W końcu jako społeczeństwo demokratyczne mamy prawo wpływać na media.

Uważam, że jako społeczeństwo nie mamy szans zmienić współczesnych mediów. Niestety.

Dlaczego?

Bo stanowimy wyznacznik treści, które publikują. To jest trochę tak, jak z gospodarką centralnie sterowaną. Przecież jeden człowiek albo – nawet – kilka osób nie zmieni całego systemu. Dopóki media będą miały odbiorców treści, które publikują, dopóty nic się nie zmieni. Poza tym, przecież ludzie na co dzień zajmują się pracą, dziećmi, swoimi sprawami. Nie myślą o tym, żeby zmieniać media. Nawet nie wiem, kto miałby zarządzać taką akcją na rzecz poprawy systemu medialnego w Polsce.

  • Dr Dominik Lewiński jest wykładowcą w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Tweetnij
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on linkedin
LinkedIn
Katarzyna Domagała

Katarzyna Domagała

Absolwentka dziennikarstwa oraz zarządzania kulturą i mediami. Interesuje się kulturą współczesną, sztuką, polityką społeczną i psychologią. Od kilku lat związana z różnymi mediami, zarówno komercyjnymi, jak i niszowymi. Miłośniczka kina Bergmana i rocka progresywnego. W wolnych chwilach pisze i maluje.