Wyzwoleni przez 20 tys. bomb

Share on facebook
Share on twitter
Share on whatsapp
Share on linkedin
The defeat of Islamic State didn't end the ongoing civil war in Syria. But, along with the lifting of the siege in Aleppo, it did mark a significant point in the conflict. In October, Islamic State pulled out from cities in the east of the country after it lost the oil-rich provincial capital of Deir ez-Zor to the Syrian army, and its de facto capital Raqqa to Kurdish fighters backed by the US. Islamic State won't simply disappear. Experts say it will likely go underground and turn to guerrilla insurgency using sleeper cells and bombings. But its dark aims for Syria have been comprehensively derailed, and that's something to celebrate. ? Mark Condren / The Irish Independent / eyevine
IRISH INDEPENDENT/EYEVINE/EAST NEWS

Rakka ‒ stolica samozwańczego kalifatu zburzona i wyzwolona przez siły antyterrorystycznej koalicji ‒ próbuje się pozbierać po wojnie. Jak na razie bezskutecznie

RAKKA, SYRIA

Przedstawia się jako Abu Bakri, czyli ojciec Bakriego. Imię wymyśla na poczekaniu. Jest właścicielem małego, skromnie zaopatrzonego sklepu w centrum Rakki, miasta w północnej Syrii. Nie wygląda na swoje 37 lat. Co pewien czas ktoś pojawia się na pustej ulicy i kupuje u niego jakieś drobiazgi. Głównie chłodne napoje, bo upał coraz bardziej doskwiera.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby Abu Bakri nie miał naprzeciwko siebie sterty ruin. Spośród nich wyrasta samotnie stojący minaret, gdzieniegdzie obłupany przez odłamki.

To, że meczet stał się celem, wywołuje największy żal w Abu Bakrim. Uważa, że był najpopularniejszy w Rakce. Duża bryła z pozłacaną kopułą, na której stał muzułmański półksiężyc. Teren był ogrodzony murem, na którym opierały się rosnące drzewa. Brama pozostawała zawsze otwarta. Meczet mieścił wielu ludzi. Ale przed syryjską wojną domową, która wybuchła w 2011 r., przychodziło ich tak wielu, że modlili się na ulicy, bo w środku brakowało już miejsca.

Niedawno sąsiedzi Abu Bakriego, w tym on sam, spontanicznie postanowili odbudować jedno z pomieszczeń meczetu. 

– Teraz jestem jednym z niewielu, którzy się tutaj modlą – twierdzi mężczyzna.

Bomba co 10 minut

Miasto wyzwalały Syryjskie Siły Demokratyczne, znane pod anglojęzycznym skrótem SDF, czyli kurdyjskie i arabskie bojówki zjednoczone pod wspólnym sztandarem. Wspierają one międzynarodową koalicję przeciwko Państwu Islamskiemu, czyli grupie radykalnych bojowników, którzy w 2014 r. stworzyli samozwańczy kalifat na terenach północno-wschodniej Syrii i zachodniego Iraku. Jego stolicą została właśnie Rakka, która przed wojną liczyła 450 tys. mieszkańców.

PRZEJAŻDŻKA ULICAMI wyzwolonej przez siły koalicji Rakki
(IRISH INDEPENDENT/EYEVINE/EAST NEWS)

Walki rozpoczęły się 6 czerwca 2017 r. Tego dnia spadły w centrum pierwsze bomby. Jak poinformował niezależny portal Airwars, najprawdopodobniej zabiły one czworo członków tej samej rodziny, w tym trójkę dzieci, mieszkających na osiedlu al-Ferdous. To tam znajduje się dom Abu Bakriego.

– Miasto zostało wyzwolone, ale zapłaciliśmy za to wysoką cenę – stwierdza gorzko.

Mieszkańcy al-Ferdous przekonali się o tym szczególnie boleśnie. Do ostatnich dni walk, czyli do 17 października, ich domy były celem nalotów, ostrzałów i areną ścierających się ugrupowań zbrojnych. Jest to ścisłe centrum – niedaleko głównego placu Naim, szpitala i stadionu, których bojownicy Państwa Islamskiego bronili do samego końca.

Portal Airwars – który opiera się na statystykach podawanych przez koalicję pod przewodem USA – wyliczył, że na miasto spadło ok. 20 tys. bomb, rakiet i pocisków. Bombardowania były znacznie intensywniejsze niż w irackim Mosulu, który iracka armia zdobyła w czerwcu 2017 r. W sierpniu i wrześniu ub.r. w Rakce ładunki wybuchały mniej więcej raz na 10 minut. Amerykanie i ich sojusznicy chcieli odbić stolicę kalifatu jak najszybciej, by ogłosić zwycięstwo i upadek dżihadystów.

Wyzwolenie czy rozwalenie

Abu Bakri nie chce zbyt rozwodzić się nad polityką, ale ma żal do koalicji, że potraktowała jego miasto tak brutalnie. Według danych Cywilnej Rady Rakki 95 proc. miasta uległo zniszczeniu na skutek walk.

Jeszcze rok temu Abu Bakri był właścicielem restauracji i sklepu hurtowego. Restauracji już nie ma.

– Zbombardowano ją. Dlaczego to zrobili? Bo Daesz kupował tam jedzenie? – pyta retorycznie. Daesz to arabski, pogardliwy skrót nazwy „Państwo Islamskie”, podobny w brzmieniu do słowa „hipokryci” albo „ci, którzy sieją zamęt”.

PATROLE OPANCERZONE mają zapewnić bezpieczeństwo w mieście, maj 2018 r.
(PAWEŁ PIENIĄŻEK)

Nie tylko mieszkańcy Rakki narzekają na brutalność sił koalicji. Według szacunków Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka z siedzibą w Londynie w walkach o miasto zginęło 3250 osób, z czego 1130 to cywile. 11 tys. budynków zostało zniszczonych lub poważnie uszkodzonych. Innymi słowy: większość miejskiej infrastruktury została zrównana z ziemią.

– Nie było powodów, by prowadzić tak ostre natarcie – mówi Abu Bakri. – Niszczyli 10 domów, by zabić jednego bojownika.

Gdy Daesz wystrzelił jeden pocisk moździerzowy, koalicja odpowiadała tak, jakby walczyła z oddziałem 500 bojowników. Nawet jeśli w rzeczywistości było ich tylko 20 ‒ jak w dzielnicy Abu Bakriego.

– Daesz zabijał ludzi, stosując opresję, a koalicja, zrzucając bomby– stwierdza sklepikarz.

Według niego nalotów można było niemal całkowicie uniknąć, gdyby każde z państw członków koalicji międzynarodowej wysłało 100 żołnierzy. W jej skład wchodzi ponad 60 państw, ale udział większości jest symboliczny.

Oczywiście Abu Bakri ocenia wydarzenia z perspektywy bombardowanego, która całkowicie ignoruje realia polityczne w krajach koalicji. Ani Amerykanie, ani żaden inny naród nie kwapi się, żeby posyłać swoich żołnierzy na wojnę w Syrii. Gdyby Rakkę wyzwalali np. amerykańscy marines, zniszczenia byłyby zapewne dużo mniejsze, ale koszt dla wyzwolicieli – liczony w przelanej krwi – bardzo duży.

W 2004 r., kiedy marines zdobywali Faludżę, bastion irackich rebeliantów, stracili 100 zabitych i 600 rannych. Dla Amerykanów była to nawiększa i najzacieklejsza bitwa od wojny w Wietnamie. A bojownicy Państwa Islamskiego byli znacznie lepiej uzbrojeni niż obrońcy Faludży 14 lat temu.

Odbudowano mniej niż 10 proc.

Po siedmiu miesiącach od wyzwolenia Rakka wciąż jest daleka od powrotu do normalności. Na ulicach widać ruch, chociaż mieszka tutaj mniej niż 1/3 przedwojennej populacji. Jest więcej sklepów i restauracji, niż było na początku roku. Pojawiły się kafejki z internetem satelitarnym, co daje szansę na kontakt ze światem zewnętrznym. Uprzątnięto trochę gruzu, niektóre lekko uszkodzone domy zostały odbudowane przez ich właścicieli.

Mimo to rozmiar zniszczeń wciąż poraża. Wiele budynków nadaje się wyłącznie do zburzenia, ale właściciele często nie są w stanie sami się z tym uporać. Nie mają też pieniędzy, by opłacić kogoś, kto mógłby się tym zająć.

KURDYJSCY PESZMERGOWIE ROZBRAJAJA MINĘ, listopad 2017 r. Bomby pułapki, które miały ułatwić dżihadystom obronę, wciąż znajdują się na 40 proc. terenu Rakki
(ASMAA WAGUIH/POLARIS/EAST NEWS)

– Mamy ograniczone środki – mówi 42-letni Ibrahim al-Hasan, przewodniczący komisji ds. odbudowy w Cywilnej Radzie Rakki. – Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, częściowa odbudowa zajmie nam dużo czasu, może dwa lata…

Wciąż nie udało się odgruzować niektórych ulic ze względu na brak ciężkiego sprzętu i ciężarówek, którymi można by wywieźć to, co zalega na ulicach. W mieście woda dociera do 75 proc. mieszkańców. Nie ma sieci komórkowej, a z prądu korzystają tylko ci, których stać na własny agregat prądotwórczy. Linie elektryczne i reszta infrastruktury zostały zniszczone, ale administracja nawet nie próbuje określać harmonogramu napraw.

Obecne władze nie dysponują środkami, które umożliwiłyby im przywrócenie prądu w mieście.

– Do tej pory nie odbudowaliśmy nawet 10 proc. tego, co zniszczono – przyznaje Ibrahim.

Problem z trupami

Odbudowę utrudniają znajdujące się pod gruzami ciała i liczne bomby pułapki zastawione przez bojowników kalifatu.

Rozkładające się zwłoki stanowią jedną z przyczyn niezliczonych ilości much w mieście. Wpływa to również na rozprzestrzenianie się zarazków i chorób, np. leiszmaniozy. Tylko 37 ratowników zajmuje się wydobywaniem i chowaniem ciał.

24-letni Muhammed, inny sklepikarz z Rakki, musiał się zająć pochówkiem na własną rękę. W listopadzie 2017 r. wrócił do swojego zniszczonego domu. Znalazł w nim ciało bojownika Państwa Islamskiego. Zgłosił sprawę do administracji, ale nie doczekał się żadnej pomocy. Dlatego rozwiązał problem samodzielnie. Wykorzystał niezagospodarowaną działkę, która znajduje się kilkaset metrów od jego domu. Dopiero uważnie się jej przyglądając, widać, że wśród walających się śmieci i gruzu wyrasta mały kopiec.

ODGRUZOWYWANIE JEST JEDNYM Z NAJWIĘKSZYCH WYZWAŃ stojącym przed mieszkańcami Rakki (PAWEŁ PIENIĄŻEK)

Gorzej sytuacja ma się z rozminowaniem. W Cywilnej Radzie Rakki przyznają, że ok. 40 proc. miasta wciąż jest zaminowane ‒ to największe wyzwanie utrudniające odbudowę.

Gdy Muhammed odbudowywał swoje sklepy, znalazł w jednym z nich 12 beczek z lontami. Usuwał je razem z grupą robotników, bo rozminowaniem zajmują się tylko dwie organizacje pozarządowe i doczekanie się pomocy jest niemal niemożliwe. Dlatego pojawili się saperzy prywaciarze, którym można zlecić rozminowanie działki, pod warunkiem że ma się pieniądze. Ich usługi kosztują zazwyczaj ok. 50 tys. syryjskich funtów, czyli ponad 100 dolarów. Co dla wielu mieszkańców Rakki stanowi cenę zaporową.

Przy sklepie Abu Bakriego znajduje się skład amunicji i pocisków moździerzowych, których po siedmiu miesiącach nikt jeszcze nie ruszył.

Niech już wraca nasz dyktator

Państwa Zachodu, w szczególności Stany Zjednoczone, paliły się do wyzwalania stolicy kalifatu, ale ich zainteresowanie gwałtownie spada, gdy trzeba ją odbudowywać. W marcu prezydent Donald Trump zamroził 200 mln dolarów przeznaczonych na działania stabilizacyjne w Iraku i Syrii. Mieszkańcy Rakki szybko wyzbyli się złudzeń – nie wierzą, że ktoś im pomoże.

Jednocześnie przedstawiciele koalicji regularnie podkreślają, że trzeba stworzyć takie warunki w Iraku i Syrii, by dżihadyści nie powrócili. Problem w tym, że porzuceni, sfrustrowani i pozbawieni środków do życia mieszkańcy Rakki zwrócą się do każdego, kto zapewni im godne warunki życia.

– Wszystko nam jedno, kto rządzi miastem. Poprzemy każdego, kto zapewni nam usługi, meczety i szkoły – mówi Abu Bakri.

Sklepikarz – jak wiele osób, które spotkałem w Rakce – odczuwa coraz większą nostalgię za rządami prezydenta Baszara al-Asada. Kojarzą mu się ze stabilnością, czystą wodą, prądem dostępnym przez całą dobę, działającymi telefonami, szpitalami, szkołami i meczetami.

BOJOWNICZKI KURDYJSKIE BYŁY W SZEREGACH ODDZIAŁÓW SDF, które jesienią ub.r. wyparły dżihadystów z Rakki. Na zdjęciu szykują się do ceremonii potwierdzającej całkowite wyzwolenie w październiku 2017 r. (ASMAA WAGUIH/POLARIS/EAST NEWS)

Abu Bakri chciałby się wybrać do kawiarni przy parku, by pograć w karty i zapalić fajkę wodną. Ale wciąż się na to nie zdecydował.

– Gdy w mieście rządził Daesz, zabronione było wychodzenie na ulicę wieczorami. Teraz niby możemy to robić, ale strach – wyjaśnia.

Wszyscy boją się uśpionych komórek dżihadystów, które wciąż działają w mieście i okolicy. Cywilna Rada Rakki temu zaprzecza; uspokaja, że sytuacja jest pod kontrolą i nie ma się czego obawiać. Bezpieczeństwo zapewniają jeżdżące po ulicach pojazdy opancerzone oraz gęsta sieć tymczasowych posterunków.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nawet Cywilna Rada Rakki nie ufa swoim zapewnieniom, bo wciąż urzęduje poza miastem. Jej tymczasowa siedziba znajduje się w miejscowości Ajn Isa odległej o 70 km na północ. Urzędnicy od miesięcy zapowiadają, że wrócą do Rakki „już wkrótce“.

Po ponad pół roku od zakończenia walk wciąż rośnie liczba ofiar wojny. Dzień po mojej wizycie nad miastem znowu pojawił się gęsty, szary dym. Saperzy próbowali rozminować samochód pułapkę, który zostawiło Państwo Islamskie. Nie udało się. Tym razem zginęły dwie osoby, a trzy zostały ranne.

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Tweetnij
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on linkedin
LinkedIn