CLAUS LUNAU/SCIENCE PHOTO LIBRARY
CLAUS LUNAU/SCIENCE PHOTO LIBRARY

EDUKACJA / 12:01,

Prawda czasu i prawda YouTube'a

Dzięki internetowi uzyskaliśmy dostęp do niezmierzonej wiedzy, która często nie jest – niestety – wiedzą w sensie ścisłym. Jak np. teoria o potężnej cywilizacji Lechitów. Co z tym fantem robić? Czy nauka może pokonać pseudonaukę?

Polacy (Lechici) wywodzą się ze starożytnej cywilizacji, która zamieszkiwała nieistniejący już kontynent Mu. Ów legendarny ląd zatonął na skutek kataklizmu ok. 24 tys. lat temu. Potomkowie tej cywilizacji wybrali sobie za nowy dom środkową Azję. Część z nich, podążając na zachód, osiadła na terenie dzisiejszej Polski jakieś 10 tys. lat temu, tworząc państwo, z którym bez powodzenia wojowali Aleksander Macedoński czy Juliusz Cezar. Na skutek spisku sąsiadów cywilizacja Lechitów osiągnęła schyłek ok. X w. Symbolem upadku było przyjęcie przez lechickiego władcę Mieszka chrztu i uzależnienie tronu od cywilizacji Zachodu. Wiązało się to z degradacją z króla do ledwie księcia.

Na zdjęciu u góry strony: hipotetyczny wygląd Ziemi, gdyby była płaska. Co ciekawe, wyznawcy tej teorii nie przesądzają definitywnie, jak ów dysk wygląda, dlatego nie ma oficjalnej mapy płaskiej Ziemi.

Nie wierzycie? To jesteście zmanipulowani przez historyków, którzy pod wpływem niemieckiej propagandy próbują wmówić Polakom, że ich cywilizacja zaczęła się od wzmocnienia kontaktów z ich cesarstwem.

Taką tezę lansuje Janusz Bieszk, apostoł zwolenników teorii o potędze starożytnych Polaków. Swoje tezy Bieszk opublikował kilka lat temu w książce „Słowiańscy królowie Lechii”.

Autor powołuje się na liczne dowody, a jego twórczość także stała się dowodem – na popularność tzw. pseudohistorii.

Zasada ograniczonego zaufania

Prawdziwi historycy wylewają na Bieszka wiadra pomyj. Trzeba bowiem przyznać, że z naukowego punktu widzenia jego książka budzi wątpliwości. Głównym zarzutem wobec autora jest to, że korzystał ze źródeł o wątpliwej wiarygodności. W bibliografii roi się od odniesień do stron internetowych, filmów na YouTubie.

Podstawowym zarzutem jest jednak powoływanie się na rzekome starodawne kroniki, w tym kronikę niejakiego arcybiskupa Prokosza. Dokument ten był nieznany światu do początku XIX w. Obszerne wzmianki o nim znajdowały się w pismach odnalezionych przez poetę i wojskowego Franciszka Morawskiego na kramie żydowskim w Lublinie. W karty księgi były zawinięte towary, a czujne oko szlachcica wychwyciło, że opakowanie jest od nich cenniejsze.

CHRONICA POLONORUM

Bracia Lech i Czech – legendarni założyciele państwa polskiego i czeskiego. Rysunek pochodzący z „Chronica Polonorum” (1506 r.) autorstwa Macieja Miechowity.

CHRONICA POLONORUM

W istocie samej kroniki Prokosza nikt nigdy na oczy nie wiedział, a jedynie opisy i fragmenty zawartych w niej treści. Dla historyka nie byłoby w tym nic dziwnego. Wiele dzieł jest znanych współczesnym wyłącznie z ich opisów sporządzonych przez późniejszych autorów. Tyle że wiarygodność takiego przekazu powinna być poddana weryfikacji. Jest nią np. to, że wzmianki o danym dziele pojawiają się także u innych autorów. W przypadku kroniki Prokosza takich wzmianek we wcześniejszych dziełach brakuje.

W XIX w. rękopis trafił do słynnego polskiego historyka Joachima Lelewela, który ocenił go krytycznie jako falsyfikat.

Ciekawą teorię na temat genezy rzekomej kroniki sformułował Piotr Boroń z Uniwersytetu Śląskiego. Według niego prawdziwym Prokoszem był sam znalazca – ów Franciszek Morawski, który nudząc się straszliwie w prowincjonalnym Lublinie (nudę tę opisywał w listach), wymyślił zawiłą mistyfikację, by zakpić sobie ze znajomego, który od dawna już był obiektem jego drwin – niejakiego Jaksy Marcinkowskiego. Morawski sprokurował więc opracowanie starożytnych dziejów zawierające fragmenty różnych innych dzieł i wplótł pomiędzy nie fragmenty i opisy ze zmyślonego Prokosza.

FINE ART IMAGES/EAST NEWS

„Zaprowadzenie chrześcijaństwa” – obraz Jana Matejki z 1889 r. jest wizją artysty, jak wyglądał chrzest Polski w 966 r.

FINE ART IMAGES/EAST NEWS

Po co? Jak pisze Boroń, „by ukazać starożytność rodu, z którego pochodzi Jaksa”. I rzeczywiście w rzekomej kronice nawiązania do rodu Marcinkowskiego można znaleźć, co więcej, Morawskiemu zdarzało się wyśmiewanego znajomego w korespondencji do osób trzecich określać właśnie mianem Prokosza.

Czy Morawski skłonny byłby do tak misternej i pracochłonnej mistyfikacji? Piotr Boroń przywołuje wiele psikusów, które wojskowy czynił biednemu Jaksie, jak chociażby ten: „Jeden z żartów opisuje sam Morawski, chwaląc się, że udało się sfabrykować pismo od ministra do Jaksy, powierzające mu ważny urząd. Gdy ten pismem pochwalił się wielu osobom, list ten wykradziono, a do koperty podłożono taki sam, ale z podpisem: «minister w szpitalu głupich prezydujący». Jak pisze Morawski: «Zapewne da komu do pokazania. A co za awantura będzie, iak dostrzeże tego, a zwłaszcza nie będzie mógł poiąć, iak list, w szkatule zamknięty, mógł się przeistoczyć»”.

A wracając do książki Bieszka – jej czytanie jest trudne. Formułowane tezy są tak rewolucyjne, że sceptyczny z natury czytelnik jest zmuszony do ciągłej weryfikacji źródeł. Utrudnia to konstrukcja, w której brak przypisów – są jedynie umieszczone w nawiasie odwołania o treści: „patrz bibliografia”. Zawiera ona ok. 200 pozycji, w związku z tym często trudno odgadnąć, do którego wpisu należy się odnieść. 

WIKIPEDIA

Jeden z najsłynniejszych przykładów fałszowania historii – znikający towarzysze Józefa Stalina. Oryginalna fotografia była poddawana retuszowi, by usunąć osoby wypadające z łask przywódcy. Na lewo od Stalina – Nikołaj Antipow, skazany na śmierć w 1938 r. wicepremier ZSRR; dalej Siergiej Kirow, zabity najprawdopodobniej na zlecenie Stalina w 1934 r. działacz bolszewicki.

WIKIPEDIA

Już na pierwszej stronie znajduje się odwołanie do inskrypcji na tablicy nagrobnej, rzekomo poświęconej starożytnemu królowi Lechii Awille Leszkowi przez cesarza rzymskiego Tyberiusza Klaudiusza. Dowodem jest jedynie treść inskrypcji, bo wszelkich innych wskazujących na cesarsko-królewskie pochodzenie tablicy brakuje.

Warto wszakże zauważyć, że tablica została znaleziona na zwykłym cmentarzu. Bieszk ignoruje również to, że fundator podpisany jest jako Ti (skrót od imienia Tiberius) Claudius BUCCIO. Buccio w tłumaczeniu na polski jest pominięte, a to przecież popularne w Rzymie nazwisko, którego cesarz bynajmniej nie nosił. Domniemany adresat dedykacji, rzekomy monarcha Awiłło Leszek, to swobodna interpretacja napisu „Avillo Lescho”, dokonana nie przez sztab specjalistów od łaciny, ale jednoosobowo przez domorosłego archeologa, syna alchemika, Tadeusza Wolańskiego. 

Ów nasz XIX-wieczny krajan, podobnie jak Bieszk, starał się udowodnić starożytne źródła polskości i wyższość lechickiej cywilizacji nad innymi. Ale już jemu współcześni byli sceptyczni. Pewnie można by złożyć to na karb germańskiego spisku, gdyby nie to, że Wolański publikował także po niemiecku i jakoś zaborcze wydawnictwa nie czyniły z tego problemu.

Bieszk w jedną całość łączy fakty i teorie uznawane za pseudohistoryczne (jak istnienie starożytnych kontynentów, które – wbrew wiedzy o płytach tektonicznych i procesach lądotwórczych – nagle zatonęły ledwie kilkadziesiąt tysięcy lat temu, rzekomo niszcząc rozwinięte cywilizacje). Tworzy w ten sposób spójną narrację, która wpisuje się w oczekiwania całej rzeszy twórców alternatywnej historii. To sieć naczyń połączonych zmyślonych opowieści, które same siebie uwiarygadniają.

ANSWERS IS GENESIS/EAST NEWS
Replika Arki Noego w amerykańskim stanie Kentucky. Część rodzinnego parku rozrywki stworzonego przez organizację Answers in Genesis (Odpowiedzi w Księdze Rodzaju). Jej przedstawiciele przekonują, że Stary Testament jest wiernym przekazem historii świata. Wbrew dowodom naukowym twierdzą, że Ziemia istnieje od ledwie kilku tysięcy lat.
ANSWERS IS GENESIS/EAST NEWS

W tym miejscu muszę zastrzec: czytając książkę Janusza Bieszka, samodzielnie weryfikowałem zawarte w niej informacje. Jak? Niestety, drogi czytelniku, muszę ci się przyznać. Podobnie jak autor „Słowiańskich królów…”, często czerpałem wiedzę z internetu. Czy jest w tym jednak coś złego?

Pseudonauka do szkół!

Popularyzator nauki dr Tomasz Rożek w rozmowie z Holistic News zwraca uwagę, że szkoła nie uczy dzieci selekcji wiedzy z internetu.

– Jeśli chcemy dotrzeć do wiarygodnej informacji, to ona ma kilka stopni, które ją uwiarygadniają. To jest kwestia autorytetu osoby mówiącej, ale też autorytetu miejsca, które ją publikuje. Na YouTubie każdy może publikować. Inaczej niż w czasopiśmie naukowym, w którym, żeby publikować, są potrzebne recenzje [opinie innych naukowców – red.]. Są też inne metody oceny wiarygodności informacji, które nauka wypracowywała przez setki lat. A teraz panuje przekonanie, że jeśli coś jest na YouTubie, to tak jest – twierdzi Rożek.

 Tomasz Rożek prezentuje eksperymenty z monotlenkiem diwodoru, czyli... z wodą.
 
 
 Nauka. To Lubię  

Dlatego np. historyk z Uniwersytetu Śląskiego będzie bardziej wiarygodny niż Janusz Bieszk, odsyłający w swojej książęce do filmu na YouTubie autorstwa bliżej niezidentyfikowanego użytkownika davud1112. Co więcej, Bieszk jest z wykształcenia jest ekonomistą, a więc brakuje mu warsztatu niezbędnego do badań.

W idealnym świecie takiego podejścia do informacji powinna uczyć szkoła. Dlaczego tego nie robi? Bo mentalnie tkwi w odległych czasach.

– Rola nauczyciela powinna ulec zmianie już dawno. Zamiast nauczyciela mówiącego, jak jest, potrzeba przewodnika. Ten przestarzały model szkoły pochodzi z czasów, kiedy nauczyciel był jedynym źródłem wiedzy dla uczniów. Z czasów pruskich, kiedy chodziło o to, by przekazać podstawową wiedzę. Nie pasję, nie doświadczenie, nie umiejętność, ale konkretne informacje, np. jak pisać, jak czytać, jak liczyć. I ten model się sprawdzał tak długo, jak źródła informacji były niedostępne dla większości społeczeństwa – przekonuje Rożek.

Tymczasem dziś źródeł jest nieporównywalnie więcej, przede wszystkim dzięki internetowi.

Bieszk prezentuje wizję niepodlegającą dyskusji – podobnie jak tradycyjna szkoła. A więc stanowi dla niej naturalną konkurencję. Jednocześnie jest atrakcyjniejszy od profesjonalnych historyków, którzy – jeśli dowody naukowe nie są jednoznaczne – posługują się  sformułowaniami typu „należy podejrzewać” albo „to wskazuje, że”.

 

Debata między Kenem Hamem, popularyzatorem kreacjonizmu i teorii inteligentnego projektu, a Billem Nye'em amerykańskim telewizyjnym popularyzatorem nauki znanym jako The Science Guy (facet od nauki). Nye podjął wyzwanie, próbując argumentom opartym na wierze przeciwstawić naukowe fakty. Debata jest dobrym przykładem, jak radzić sobie z pseudonauką. Choć dyskusja trwała ponad dwie godziny, obejrzało ją kilka milionów osób.

 
 
 Answers in Genesis  

Dlatego – zdaniem Tomasza Rożka – szkoła powinna podjąć wyzwanie, jakim jest atrakcyjność form nauczania. 

– Jeśli młody człowiek ma na jednej szali kogoś, który mu tłumaczy na YouTubie, że Ziemia jest płaska, a na drugiej szali nauczyciela, który nie jest w stanie podjąć tego wyzwania, bo mu się czasami nie chce, czasami nie wie, a czasami nie widzi potrzeby? Wcale nie uważam, że szkoła w tym wyścigu musi przegrać... 

Trzeba jednak znaleźć balans między atrakcyjnością a powierzchownością nauczania.

– Gdzie jest ta granica? To jest pytanie, na które szkoła powinna sobie odpowiedzieć. Tyle tylko, że w większości przypadków szkoła ani nauczyciele w ogóle sobie tego pytania nie zadają. Uważają, że w starciu z YouTube'em i innymi nowymi mediami są na przegranej pozycji. Mnie by się marzyła lekcja, na której nauczyciel puszcza na monitorze jakiegoś youtubera mówiącego o płaskiej Ziemi. I potem krok po kroku wyjaśnia: „Popatrzcie: to jest bzdura, bo to i tamto” – mówi Tomasz Rożek.

Jego zdaniem szkoła powinna uczyć sceptycyzmu.

– Wiele teorii pseudonaukowych jest opartych na ludzkich odruchach. Np. kiedy twoje dziecko jest chore, uruchamia się psychologiczny mechanizm, który pozwala ci z tym nieszczęściem radzić sobie nieporównywalnie lepiej, jeżeli znajdziesz winnego. Jeśli ktoś ci powie: „twoje dziecko jest chore, bo dostało szczepionki”, to jesteś skłonny w to uwierzyć... – wyjaśnia Rożek.

Bieszk odwołuje się do podobnego mechanizmu. Obniżone poczucie wartości sprzyja poszukiwaniom dowodów na to, że – choć doczesność na to nie wskazuje – nasi przodkowie byli wspaniali.

Podniesiony poziom dziejów

Wyznawcy teorii spiskowych często określani są zbiorowo mianem głupców, wariatów czy ciemnogrodu. Co bywa często niesprawiedliwe, bo przecież – jak zauważa Tomasz Rożek – są nieraz bardziej zainteresowani otaczającym ich światem od „racjonalnej” reszty. 

– Szukają odpowiedzi. Gdyby nie to, nie wchodziliby na strony internetowe poświęcone płaskiej Ziemi, teoriom o zgubnym działaniu szczepionek czy szkodliwości GMO. 

 

Jedno ze „źródeł", na jakie powołuje się autor „Słowiańskich królów Lechii”.

 
 
 davud1112  

Tkwią w błędzie, ale przyczyną nie jest ich zła wola ani wrodzona głupota. Ani nawet zła edukacja, choć – jak już stwierdziliśmy – dobra szkoła może pomóc uchronić się przed pułapkami internetu.

Najważniejszą przyczyną popularności teorii spiskowych jest istniejąca przez stulecia struktura, w której większość społeczeństwa była pozbawiona podstawowych praw obywatelskich.

Kiedyś zarówno władza, jak i wiedza należały się wyłącznie „elitom”. Dopiero w XIX w. zaczęło się to zmieniać. Wraz z powstawaniem ustrojów demokratycznych „masy” doszły do głosu i zaczęły się emancypować. Pisał o tym hiszpański filozof José Ortega y Gasset, określając to zjawisko podniesieniem poziomu dziejów.

„[Kiedyś – red.] masy zakładały mniej lub bardziej chętnie, że mniejszość dzierżąca władzę polityczną, mimo wszystkich swych wad i słabości, zna się jednak nieco lepiej na sprawach publicznych. Dzisiaj natomiast masy są przekonane o tym, że mają prawo nadawać moc prawną i narzucać innym swoje, zrodzone w kawiarniach, racje. Wątpię, czy udałoby się znaleźć w dziejach jakiś inny okres, w którym tłum sprawowałby władzę w sposób tak bezpośredni jak w naszych czasach. Dlatego też występujące obecnie zjawisko nazywam hiperdemokracją. To samo ma miejsce w innych dziedzinach życia, a szczególnie w sferze intelektualnej”.

ANINDITO MUKHERJEE/REUTERS/FORUM

Shripad Naik, indyjski minister AYUSH (listopad 2014 r.). AYUSH to skrót od słów: ajurweda, joga, naturopatia, unani, siddha i homeopatia. Podobnie jak Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo AYUSH zajmuje się regulacją leczenia, ale z zastosowaniem metod „alternatywnych”. Działanie resortu budzi kontrowersje. Krytycy zarzucają urzędnikom wspieranie metod pseudonaukowych i szarlatanerii.

ANINDITO MUKHERJEE/REUTERS/FORUM

W efekcie „masy” – Gassetowi nie chodzi o proletariat, ale raczej o ludzi bez odpowiedniego przygotowania do sprawowania rządów czy pracy naukowej – zachłysnęły się najpierw dostępem do władzy, a potem możliwością samodzielnego poznawania i oceny otaczającego świata.

Co z tym fantem zrobić? Wyśmiewanie czy wyszydzanie „mas“ nie jest żadnym rozwiązaniem (prędzej próbą powrotu do starych porządków). Takim rozwiązaniem jest edukacja. Żeby odzyskać równowagę, nie potrzebujemy nowych elit, tylko świadomości, że w każdej dziedzinie życia potrzebne są konkretne kompetencje. To szkoła musi wyjaśniać młodym ludziom, że nie każdy może z marszu stać się historykiem, geografem czy farmaceutą. Przecież szpitale nie zatrudniają „ludzi z ulicy” jako lekarzy. 

A już chyba nikt nie chciałby być operowany przez „chirurga“ z ulicznej łapanki. 

EAST NEWS
EDUKACJA
Holistic News    

Żołnierska misja Microsoftu

Ponad milion żołnierzy i żołnierek pozostaje na w służbie w amerykańskiej armii. Ich małżonkowie często nudzą się w bazach. Microsoft szuka dla nich zajęcia
EAST NEWS
EDUKACJA
Holistic News    

Uczony zawieszony za dyskryminację

Alessandro Strumia, naukowiec pracujący dla CERN, uważa, że w jego branży mężczyźni są dyskryminowani z ideologicznych pobudek, a jak twierdzi: „Fizyka została wynaleziona i zbudowana właśnie przez mężczyzn”
AP/EAST NEWS
EDUKACJA
Holistic News    

Tablet zamiast kredek w tornistrze

Edukacyjne walory elektroniki nauczyciele odkryli już dawno. W Japonii przedszkolakom pomaga ona nie tylko oswajać się z technologią, ale też wyjść ze sztywnych ram tamtejszej edukacji
TOMEK GÓRECKI
EDUKACJA
Anna Brzeska

Wolnym dzieciom rosną skrzydła

Na początku odreagowywaliśmy czas spędzony w zwykłej szkole. Robiliśmy wszystko, by nie patrzeć na książki, w ogóle ich nie dotykać. Po czterech miesiącach zdałam sobie sprawę, że interesuje mnie przecież tyle rzeczy! I sama wzięłam do ręki książkę
Więcej
Ta strona używa plików cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia.
OK

Logowanie

0 %