SCIENCE PHOTO LIBRARY
SCIENCE PHOTO LIBRARY

REWOLUCJA / 10:00,

POLEMIKA. Ręce precz od kapitalizmu!

Obwinianie kapitalizmu o nierówności społeczne to klasyczne wrabianie niewinnego, bo kapitalizm ostatni raz widziany był w USA na początku XX w. A już na pewno rozwiązaniem problemu nie jest odbieranie kapitału bogatym

„Rząd, który kradnie od Piotra, żeby dać Pawłowi, zawsze może liczyć na poparcie ze strony Pawła” – twierdził George Bernard Shaw. Na takie właśnie zachowanie ludzi liczy prof. Kaushik Basu ‒ były główny ekonomista Banku Światowego, główny doradca rządu Indii, profesor elitarnego Cornell University ‒ postulując wielkie uwłaszczenie pracowników na majątkach firm, w których pracują (prof. Basu w tekście opublikowanym na portalu Holistic News przywołuje nowy postulat brytyjskiej Partii Pracy, żeby pracownicy dostali 10 proc. udziałów w przedsiębiorstwach, w których są zatrudnieni; ma to być recepta na powstrzymanie wzrostu nierówności społecznych wynikających z tego, że w dzisiejszym świecie wartość pracy maleje, a kapitału - rośnie).

Powyżej: ostatnia wieczerza kapitalistów na motywach słynnego muralu Leonarda da Vinci

Prof. Basu argumentuje, że „nierówności osiągnęły niedopuszczalny poziom i wręcz zagrażają demokracji, przyszła pora na rozwinięcie koncepcji udziałów kapitałowych dla wszystkich”. 

Diagnoza choroby obecnych państw rozwiniętych, którą stawia prof. Basu, jest oczywiście trafna. Pytanie tylko: czy odgórne, przymusowe wywłaszczenie jest właściwym sposobem na niwelowanie nierówności?

Problem jak zwykle leży w definicji. Wolny rynek, który stał się chłopcem do bicia dla rozmaitych zwolenników współczesnego socjalizmu z ludzką twarzą, nie ma z obecną sytuacją nic wspólnego. Problemem bowiem nie jest istnienie kapitalizmu, lecz właśnie odejście od kapitalizmu na rzecz kapitalizmu politycznego. Z tym pierwszym ma on tyle wspólnego, ile demokracja ludowa z demokracją. Ci, którzy pamiętają PRL, wiedzą, że tę różnicę w demokracjach najlepiej oddawało funkcjonowanie krzesła i krzesła elektrycznego. 

Bankierzy i politycy oskarżają kapitalizm o tworzenie nierówności społecznych. To klasyczne wrabianie niewinnego, bo kapitalizm ostatni raz widziany był w USA na początku XX w.

QI XING/REPORTER
Kaushik Basu, były głowny ekonomista Banku Światowego, obecnie główny doradca rządu Indii i profesor Cornell University
QI XING/REPORTER

Punktem zwrotnym w historii świata był wielki kryzys w USA, którego początek przypada na 1929 r. Do dziś w większości podręczników figuruje on jako dowód na to, że wolny rynek nie działa i potrzebne jest silne państwo, które zadba, by nie było kryzysów. Karolem Marksem nowej religii (bo mówimy tutaj o wierze, a nie faktach) został słynny ekonomista John Maynard Keynes. Ukuł teorię, która z grubsza wygląda tak: mądrzy politycy zapobiegają kryzysom gospodarczym, zwiększając w czasach dekoniunktury wydatki państwa.

W 1965 r. prof. Milton Friedman, uważany za jednego z najwybitniejszych ekonomistów XX w., udowodnił, że kryzys 1929 r. był spowodowany przez amerykański bank centralny, który zwyczajnie przesadził z ilością pieniądza na rynku. Friedman dostał za to odkrycie Nagrodę Nobla z ekonomii, ale politycy zdobytego prawa do naszych pieniędzy i władzy wciąż oddać nie chcą.

Postulat prof. Basu, by rozdać pracownikom akcje firm, można porównać do leczenia gorączki środkami przeciwzapalnymi. Takie środki zbiją gorączkę, ale bynajmniej nie wyleczą jej przyczyn. Pacjent nadal jest chory, tyle że nie gorączkuje. Inaczej mówiąc: leczenie jedynie objawów choroby bez leczenia jej przyczyn nie poprawi sytuacji na dłuższą metę.

Logika, której używa prof. Basu, sprowadza się ‒ niestety ‒ do logiki sowieckich komunistów. Ich słynne hasło popularyzujące rewolucję październikową brzmiało: „Grab zagrabione”. Prof. Basu uważa, że skoro bogate firmy niedostatecznie wynagradzają pracowników, to należy odgórnie podzielić majątek, który wypracowały. To bardzo niebezpieczny postulat, bo nigdy nie wiadomo, kto zadecyduje, jak będziemy dzielić.

JOHNHY MILLER / MEDIADRUMIMAGESS.COM / EAST NEWS
Nierówności w Mumbaju (Bombaju) widziane z lotu ptaka
JOHNHY MILLER / MEDIADRUMIMAGESS.COM / EAST NEWS

Problemem gospodarki nie jest dziś za dużo kapitalizmu, ale właśnie za mało. Stworzono system monopolu na rynkach kreacji pieniądza, który stanowi klucz do tworzenia się dzisiejszych fortun. Gdyby nie ów papierowy pieniądz, nie byłoby problemu astronomicznych i niesprawiedliwych fortun. One powstały nie z powodu sukcesu kapitalizmu, lecz z powodu jego cichego upadku. Dowodem na to, że kapitalizm zniknął, są ogromne sukcesy gospodarki chińskiej, która bezlitośnie wykorzystuje brak istnienia mechanizmów rynkowych na rynkach finansowych.

Zrozumienie mechanizmu kreowania pieniądza jest kluczem do zrozumienia, dlaczego w społeczeństwach rozwiniętych „biedni stają się biedniejsi, a bogaci bogatsi”. Dlaczego większość obywateli w rozwiniętych krajach pozwala politykom na zabieranie sobie połowy zarobionych pieniędzy w postaci podatków? 

To efekt bezczelności. 

„Nowoczesny system bankowy produkuje pieniądze z niczego. To najbardziej zdumiewająca sztuczka, jaka kiedykolwiek została wynaleziona” – ironizował sir Josiah Stamp, szef Banku Anglii w latach 1928-1941. „Proces kreacji przez banki pieniądza jest tak prosty, że umysł ludzki go odrzuca” – wtórował mu amerykański ekonomista John Kenneth Galbraith.

Większość Polaków na pytanie, kto decyduje o podaży nowego pieniądza w Polsce, odpowie, iż Narodowy Bank Polski. Tymczasem prawda jest taka, że 90 proc. pieniądza tworzą banki komercyjne. 

FANATIC STUDIO /  SCIENCE PHOTO LIBRARY

Nowoczesny system bankowy produkuje pieniądze z niczego – ironizował sir Josiah Stamp, szef Banku Anglii w latach 1928-1941

FANATIC STUDIO / SCIENCE PHOTO LIBRARY

Prof. Murray Rothbard ‒ wybitny ekonomista XX w., popularyzator szkoły austriackiej – mówił otwarcie, że kreacja pieniądza to nic innego jak ładne określenie jego fałszowania. Rothbard definiował inflację jako wspólne okradanie ludzi przez polityków i banki. To zdanie, chociaż szokuje brutalnością, jest logicznie poprawne.

Gdy kilka lat temu mieliśmy w Polsce do czynienia z gwałtownym wzrostem cen nieruchomości, bynajmniej nie oznaczało to ich podrożenia. Po prostu zmiana polityki banków, które nagle zaczęły przyznawać Polakom wieloletnie kredyty na nieruchomości, wykreowała wzrost cen. Zwyczajnie na kupno mieszkania mogło sobie pozwolić więcej ludzi niż wcześniej. 

Przypadkiem nikt nie pochylił się nad losem tych, którzy skrupulatnie odkładali pieniądze, by kupić mieszkanie za oszczędności. Niemalże z dnia na dzień wartość ich oszczędności w stosunku do mieszkań wyparowała o 20-30 proc. To właśnie było nieuczciwe przejęcie wartości prywatnych oszczędności przez sojusz polityków z sektorem finansowym.

Dlaczego wówczas ‒ jako zwykli ludzie ‒ nie wiedzieliśmy, że mamy tak wysoką stratę wartości pieniądza? 

Ano dlatego, że nasi politycy do spółki z bankowcami uznali, iż ceny nieruchomości nie muszą być częścią indeksu inflacyjnego przygotowywanego przez GUS (oczywiście inne państwa uwzględniają wzrosty cen w swoich inflacjach, co pokazuje, jak bardzo względne jest porównywanie danych gospodarczych). 

Jak głosi maksyma sformułowana w słynnej powieści „Paragraf 22” (przez jej bohatera Milo Minderbindera), są interesy, na których wszyscy zarabiają. Tytułowy paragraf 22 polega na tym, że należy się na niego powołać, by zostać uznanym za wariata i nie brać udziału w lotach bojowych. Jednocześnie powołanie się na ów paragraf samo w sobie stanowi dowód na zdrowie psychiczne (tylko wariat nie bałby się latać). Natomiast ekonomicznym paragrafem 22 jest zwalanie wszystkiego na wolny rynek i kapitalizm. A tłumaczenia, że wolny rynek i kapitalizm nie mają z tym nic wspólnego, zbywane są wzruszeniem ramion i stwierdzeniem „każdy kapitalista tak mówi”.

FANATIC STUDIO / SCIENCE PHOTO LIBRARY
Inflacja zabija oszczędności
FANATIC STUDIO / SCIENCE PHOTO LIBRARY

Wywłaszczanie ludzi odbywa się nie na poziomie okradania ich z efektów pracy przez kapitalistów, lecz właśnie przy pomocy kradzieży dokonywanej w inflacji i podatkach. 

Inflacja, czyli wzrost cen, nie dotyczy ludzi zamożnych. Wartość ich firmy i nieruchomości rośnie wraz z poziomem inflacji. 

Politycy obiecują naprawienie nierówności, a tak naprawdę (korzystając z myśli wielkiego polskiego liberała Stefana „Kisiela” Kisielewskiego) bohatersko zwalczają problem, który sami stworzyli: najpierw przyzwolili na okradanie słabszych przy pomocy inflacji, a teraz chcą medal za to, że obiecują ograniczenie tego procesu. To odwraca uwagę od sedna problemu, a tym jest samo istnienie pieniądza kreowanego przez banki.

Alan Greenspan, szef amerykańskiego banku centralnego w latach 1987-2006, zanim stanął na czele tej instytucji – złowieszczej dla wszystkich zwolenników kapitalizmu i wolności – napisał w 1967 r. artykuł „Złoto i wolność gospodarcza”: „Złoto stoi na drodze do konfiskaty majątku obywateli przez polityków za pośrednictwem inflacji. Dlatego tak bardzo się bronią przed pieniądzem opartym na złocie. To mroczny sekret polityków, zwolenników państwa opiekuńczego, które po to, by istnieć, potrzebuje zbyt wiele pieniędzy. Gdy pieniądz nie jest zabezpieczony złotem, nie ma możliwości uchronienia oszczędności przed ich konfiskatą przez inflację”.

Postulowanie przez prof. Basu, by przedsiębiorcy dzielili się swoim majątkiem z pracownikami, oznacza tak naprawdę chęć utrzymania obecnego systemu okradania ludzi. Po prostu trzeba im coś dać, by siedzieli cicho. Wywłaszczenie przedsiębiorców to cena, którą banki gotowe są zapłacić za zmniejszenie ryzyka społecznej rewolty. W myśl zasady: „Zapewne wielu z was zginie, ale jest to poświęcenie, na które jestem gotów” – jak w kultowej już kreskówce „Shrek” powiedział lord Farquaad do rycerzy, których chciał wysłać po księżniczkę więzioną przez smoka.

Jest to oczywiście jakieś rozwiązanie, ale z moralnych powodów ryzykowne. Kto będzie decydował, komu i ile zabrać?

CINAFOTOPRESS/EAST NEWS
W centrum handlowym Grandbuy Gold Building w chińskim Kantonie można było pięć lat temu spacerować po podłogowej wystawie 252 sztabek złota łącznej wartości ok. 14 mln dolarów
CINAFOTOPRESS/EAST NEWS

Znacznie lepszym sposobem jest stworzenie popytu na pracę. 

Najlepszym miernikiem, czy dobrze dzieje się w gospodarce, jest udział wynagrodzeń pracowników w PKB (ang. labour income share). Według danych Eurostatu w Polsce wskaźnik ten przez 20 lat (1995-2015) spadał, by ostatnio wzrastać: 47,2 proc. w 2015 r. do 48 proc. w 2017 r., 48,3 proc. w 2018 r., z prognozą 48,9 proc. w 2019 r. (średnia dla krajów UE wynosi 55,4 proc.) 

Jaki jest optymalny poziom tego wskaźnika? Najwyższy wzrost bogactwa miał miejsce po II wojnie światowej do lat 70., gdy podział między pracowników a pracodawców wynosił 2/3 do 1/3 (czyli labour income share na poziomie prawie 67 proc.). 

Pytanie: jak osiągnąć ten rozsądny kompromis gwarantujący stabilny rozwój i podniesienie poziomu życia wszystkich obywateli? Przywrócenie parytetu złota (czyli związanie pieniędzy z realnymi rezerwami złota utrzymywanymi przez państwo – tak było np. w USA przed 1973 r.) i zakończenie spekulacji kapitałowych jest procesem zbyt wolnym oraz nierealnym politycznie. 

Pozostaje więc oddziaływanie przez państwo na rynek pracy zarówno poprzez tworzenie klimatu dla rodzimej przedsiębiorczości, jak i ‒ wzorem azjatyckich potęg, np. Korei Południowej i Japonii – po prostu budowanie przemysłu. Wysokość płac stanowi bowiem wypadkową podaży i popytu na rynku pracy. W Polsce udział płac w PKB (Produkt Krajowy Brutto) spadł od drugiej połowy lat 90., bo otworzyliśmy naszą gospodarkę na konkurencję z krajów UE. A to z kolei utrudniło powstawanie i rozwój polskich firm przemysłowych, które generują najwięcej dobrze płatnych miejsc pracy. Podnoszenie dziś płacy minimalnej czy odgórne transfery nie rozwiążą tego problemu. 

W Japonii i Korei Płd. udało się ten wskaźnik uzyskać w wyniku zbudowania silnego przemysłu, który doprowadził do tego, że bezrobocie praktycznie tam nie istnieje i trzeba dobrze zapłacić pracownikom. W Polsce wzrost udziału płac w PKB byłby bez wątpienia wyższy w ostatnich dwóch latach, gdyby nie otwarcie granic dla imigrantów zarobkowych, którzy złagodzili rosnący deficyt rąk do pracy. To właśnie podaży zagranicznych pracowników zawdzięczamy zahamowanie wzrostu płac. 

 Alternatywa, którą proponuje prof. Basu, jest moralnie wątpliwa (zabieranie Piotrowi, by dać Pawłowi) i okazałaby się najpewniej nieskuteczna. Duże koncerny zwyczajnie uciekałyby z krajów, w których przymusowo trzeba dzielić się kapitałem z pracownikami. Najlepiej pokazuje to przykład Irlandii, w której udział płac w PKB wnosi zaledwie 35,3 proc. - z powodu przeniesienia się tam zagranicznych firm właśnie ze względu na niskie podatki.

SCIENCE PHOTO LIBRARY/EAST NEWS
REWOLUCJA
Michał Niepytalski

Niepowetowana strata czasu

Państwo notorycznie marnuje lub zabiera nasz czas. To niezapisany nigdzie podatek, z którego często nie zdajemy sobie sprawy. Czas już skończyć z tym powszechnym i bezkarnym okradaniem obywateli!
JOHNNY MILLER/EAST NEWS
REWOLUCJA
Kaushik Basu

Miliardy kapitalistów uratują kapitalizm

Dotychczas potężni i bogaci potrafili wmówić niewolnikom, poddanym i uciskanym, że ich sytuacja to wynik ich lenistwa, wad lub grzechów. Ale w erze powszechnej informacji coraz trudniej wciskać kit ludziom z nizin
PAWEŁ KUCZYŃSKI
REWOLUCJA
Wiktor Cyrny

Szkoła uczy poddaństwa

Relacja podległości ucznia wobec nauczyciela, narzucanie schematów myślenia - to wszystko w nas zostaje na całe życie. Szkoła nastawiona jest na masową produkcję szarych obywateli, bezwolnych i łatwych do sterowania
YONAS TADESSE/AFP/EAST NEWS
REWOLUCJA
Michał Niepytalski

Koniec miesiąca miodowego w Etiopii?

Premier Abiy Ahmed jest postrzegany jako odnowiciel kraju niosący sztandary wolności i demokracji. Jak się mają do tego masowe aresztowania w stolicy?
Więcej
Ta strona używa plików cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia.
OK

Logowanie

0 %