SANDA ANDERLON/BEUTLER INK/EAST NEWS
SANDA ANDERLON/BEUTLER INK/EAST NEWS

SPOŁECZEŃSTWO / 10:00,

Dyktatura tabloidu to nie koniec kultury

Największą grupę czytelników tabloidów w internecie stanowią nie idioci bez edukacji, tylko kobiety z wyższym wykształceniem ze średniej wielkości miast

Często przegląda pani Pudelka? 

Dr HELENA CHMIELEWSKA-SZLAJFER: Codziennie. To moja praca badawcza.

Z jakimi treściami mamy tam do czynienia?

Z celebryckimi. 2/3 postów dotyczy gwiazd, które są znane z tego, że coś zrobiły, a czasem z tego, że nic nie zrobiły poza tym, że się o nich pisze.

MATERIAŁY PRASOWE

Dr Helena Chmielewska-Szlajfer, socjolożka, Akademia Leona Koźmińskiego. Prowadzi badania nt. polityki w internetowych tabloidach w Polsce, USA i Wielkiej Brytanii

MATERIAŁY PRASOWE

O czym jeszcze tam piszą? 

O polityce. Od jakiegoś czasu ok. 1/3 newsów w tabloidach stanowią newsy polityczne. Pudelek jest specyficznym tabloidem, to nowa forma.

Kiedy w ogóle powstały tabloidy? 

Rozwinęły się w XIX w. i był to format używany przez gazety lekkie i skandalizujące.

A w Polsce? 

W Polsce istnieją już od dłuższego czasu. Najlepszym tego przykładem jest „Super Express”. Z początkiem nowego wieku na rynek wszedł drugi tabloid – „Fakt”, który jest teraz zdecydowanie najpopularniejszą gazetą w Polsce – co mocno zmieniło wygląd naszych mediów papierowych.

Mówiąc o tabloidach, mówimy też o tabloidyzacji, czyli obniżeniu rangi treści w gazetach. Czy jest ona częścią globalizacji i komercjalizacji?

Formę tabloidu zaczerpnięto z formatu gazetowego w Polsce nazywanego bulwarówką, brukowcem albo szmatławcem – już samo to ma świadczyć o jakości tych treści. Nie musi to być efekt globalizacji, równie dobrze może zatrzymać się na skali lokalnej. Natomiast jeśli chodzi o dominację tych łatwych w odbiorze mediów, które opierają się na emocjach i nie wymagają specjalnej refleksji, rzeczywiście możemy mówić o tabloidyzacji.

REX FEATURES/EAST NEWS

Lemury w brytyjskim miasteczku Hertfordshire przeglądają tabloid, który zostawił czyszczący ich obejście pracownik zoo

REX FEATURES/EAST NEWS

Czyli rzeczywiście jest tak, że dziennikarstwo jest zbyt nastawione na rynek  chce trafić do emocji odbiorcy, zamiast do jego rozumu.

Gazeta od zawsze musiała się sprzedać, także trafiając do emocji. Pierwsze bulwarówki pojawiły się ok. 50 lat po wynalezieniu druku przez Gutenberga, co pokazuje, jak silna jest w społeczeństwach potrzeba czytania plotek. Każdy wydawca gazety – czy to papierowej, czy internetowej – musi zdobywać pieniądze. Już w gazetach sprzed stu lat było mnóstwo reklam. Nie jest więc tak, że dopiero niedawno wydawcy złapali się za głowę i stwierdzili, że – aby zarobić – muszą obniżać rangę treści, by trafić do jak najszerszego kręgu odbiorców. A internet spowodował, że wiele informacji dostajemy w ogóle za darmo.

Puzzle obrazkowe (u góry strony) agencji Beutler Ink pokazują najważniejsze wydarzenia w świecie popkultury w 2017 r.  

Za darmo, czyli gorzej jesteśmy informowani?

Gazety muszą jakoś zarabiać, by płacić swoim pracownikom. Kłopot polega na tym, że ludzie chętniej czytają newsy, które są łatwe w odbiorze, wystarczy rzucić na nie okiem. Oczywiście pojawiają się też pogłębione analizy, które wymagają większego nakładu pracy. Internet w dużej mierze spowodował zmianę tego, jak traktujemy informację – czy chcemy za nią płacić, czy nie – a gazety w sieci dopiero niedawno zaczęły skutecznie oferować subskrypcję. Przez parę lat nie było wiadomo, czy gazety poradzą sobie w internecie. Równocześnie widzimy w sieci krótkie newsy, z reguły emocjonalne, w rodzaju: „nie uwierzysz, że”, „to się nie mogło wydarzyć!”, 10 najlepszych rad na x”, które się po prostu dobrze klikają. A skoro się klika, reklamodawca, który na tej samej stronie ma reklamę, też będzie miał potencjalnie więcej wejść, czyli więcej zarobi.

Pojawiły się też memy. Czy wracamy do narracji obrazkowej jak za czasów jaskiniowców?

Jacek Dukaj, pisarz science fiction, twierdził już kilka lat temu, że wracamy do wideo. Instagram i Snapchat wciąż walczą o palmę pierwszeństwa, ale obecnym wygranym na tym polu jest YouTube. Umiejętności youtuberów w ostatnich latach bardzo się rozwinęły. W mediach widać zdecydowany nacisk na obrazki. Wszyscy dziennikarze internetowych tabloidów, z którymi rozmawiałam w Polsce, USA i Wielkiej Brytanii, mówili, że podstawą newsa jest zdjęcie, a najlepiej kilka. Zdjęcie od razu coś nam pokazuje, nie musimy nawet czytać wyrazów. A jeżeli na dodatek jest dziwne lub szokujące, tym bardziej przykuwa naszą uwagę.

Redos/REPORTER

Posłowie też lubią sobie poczytać tabloidy, wrzesień 2006 r.

Redos/REPORTER

Czy możemy już mówić o tabloidowym mózgu czy umyśle?

Tabloidy pokazują bardzo uproszczoną wersję świata. Nie dość, że jest to świat czarno-biały – taki, w którym łatwo jest pokazać palcem, kto jest dobry, a kto zły – to na dodatek są w nich publikowanie wiadomości szalenie umoralniające, które pokazują świat jasnych wartości. Więc jeżeli w ogóle mamy mówić o tabloidowym umyśle – choć nie jestem pewna, czy to dobry termin – to jest to odbiorca, który łaknie jasno sprecyzowanych i łatwo przyswajalnych wartości w świecie, który jest skomplikowany. I tabloidy mu takie treści dostarczają. 

Treści nienudne przy tym. 

Zdecydowanie nienudne, ale też pokazujące jednoznaczne wartości. Na przykład tabloidowe newsy polityczne nie są jedynie informacją o tym, co wydarzyło się na jakimś zebraniu plenarnym czy konferencji – dostajemy tekst o oceniający, czy to spotkanie jest dobre dla zwykłego zjadacza chleba. W tabloidowych newsach ciągle mamy do czynienia z kategoriami dobra i zła, co daje łatwiejszą orientację w świecie – nie musimy wchodzić w szczegółową, racjonalną analizę danego wydarzenia. Za pomocą wartości tabloidy wyręczają nas w myśleniu – dlatego tak skutecznie działają. 

Ale z drugiej strony tabloidyzacja doprowadziła do tego, że ludzie przestają rozumieć mechanizmy działania władzy. Nastawiają się głównie na to, by się bawić i nie nudzić informacją, każde poważniejsze doniesienie jest zbywane. Przestają się interesować, czy np. dane posunięcie ekonomiczne będzie dla nich korzystne. 

Rzeczywiście jest to problem. Wynika z tego, że wszyscy walczą o uwagę odbiorcy, a ten z kolei jest kapryśny i lubi treści chwytliwe. Są jednak wiadomości, które trudno przekazać w taki sposób – choć czasami nawet tabloidy dobrze się spisują, np. rozpisując ustawę na punkty istotne dla zwykłego zjadacza chleba. Jednak fakt jednak jest taki, że jeżeli nastawiamy się na oceniającego newsa ze zdjęciem – nie mamy ochoty czytać pogłębionej analizy o tym, co dana kwestia oznacza dla nas w dłuższej perspektywie, np. pod względem finansowym. Wynika to z walki wydawców o atencję, a tę wygrywają tabloidy. Nie oznacza to jednak, że gazety prezentujące wnikliwe analizy są z góry na przegranej pozycji, choć i one przejmują styl tabloidów i starają się przyciągnąć odbiorcę m.in. krzykliwymi nagłówkami.

Mam wrażenie, że tabloidyzację kultury widać też w tym, jak żyjemy. Skupiamy się na fragmentach, obrazkach z życia. W ten sposób tworzy się nasza mentalność. 

Myślę, że głównymi winnymi są tutaj media społecznościowe i m.in. algorytmy Facebooka, które podsuwają nam jeszcze więcej treści, które częściej klikamy. Nie sądzę, by właśnie takie było początkowe założenie twórców mediów społecznościowych, ale tendencja do pokazywania tego, co już wiemy i klikamy, powoduje, że nie widzimy reszty świata.

Pokolenie Z żyje chyba wyłącznie wyimkami kultury… 

Z ludźmi z tego pokolenia mam do czynienia na uczelni, gdzie wykładam, i nie widzę, by było bardziej rozdrobnione niż wcześniejsze generacje. Różnica jest taka, że ludzie starsi od nich o 10-15 lat lepiej rozumieją mechanizmy działania internetu, m.in. to, że nie każda informacja, która sprawia wrażenie wiarygodnej, bo np. layout strony jest dobry, faktycznie taka jest. Być może dlatego, że byli świadkami powstawania internetu, widzieli pierwsze toporne strony, są bardziej dociekliwi i mają w sobie mniejszą wiarę w to, że wszystko, co jest w internecie, jest prawdą. Choć większość moich studentów również twierdzi, że w internecie nie wszystko jest prawdziwe, zdarza się, że mają problemy z analizą tego, czy dana strona faktycznie jest tym, za co się podaje.

Czy tabloidyzacja mogła w jakimś sensie doprowadzić do rozwarstwienia społecznego? Tracimy praktycznie klasę średnią, która wcześniej kupowała tygodniki z pogłębionymi tekstami i potrafiła odróżnić treści niskie od wysokich.

Fani tabloidów – zarówno papierowych, jak i internetowych – stanowią grupę dość mieszaną. We wszystkich przypadkach, które analizowałam, czyli w Polsce, USA i Wielkiej Brytanii, największą grupę czytelników tabloidów w internecie stanowią kobiety z wyższym wykształceniem ze średniej wielkości miast – czyli wcale nie idioci bez edukacji. Jest to traktowane jako guilty pleasure – chwilowa, skrywana odskocznia od poważniejszych rzeczy, coś, co robi się dla rozluźnienia i relaksu. Podobnie jest z kolorowymi pismami u fryzjera – od wertowania ich nie robimy się natychmiast głupi. Dla odbiorców są to lekkie zapychacze czasu.

Z gazetami papierowymi sprawa się komplikuje, ponieważ czytają je zazwyczaj ludzie po czterdziestce, którzy – o ile nie korzystają również z internetu – częściej mają tendencję do polegania na tym, co znajdą na papierze. Wynika to z zakorzenionej w starszych pokoleniach wiary, że to, co wydrukowane, musi być prawdą. O ile odbiorca internetowy z łatwością może przeskoczyć gdzie indziej, czytelnik gazet papierowych, jeżeli czyta tabloidy, z większym prawdopodobieństwem zostanie przy drukowanych bulwarówkach.

BRYKCZYŃSKI/REPORTER
"Nowy Kurjer Warszawski", wydanie z 1941 r.
BRYKCZYŃSKI/REPORTER

Mamy też kwestię języka. Czy memy, ścinki popkultury, którymi żyje internet, są w stanie zastąpić nam wspólny język – ostatni bastion kultury? 

To się już dzieje! Sama łapię się na tym, że coraz obficiej wysyłam emotikony. Ostatnio dostałam emoji od profesora, którego znam wyłącznie mailowo – parę lat temu byłoby to absolutnie nie do pomyślenia. Język zdecydowanie się zmienia. Z jednej strony buźki ułatwiają komunikację emocji – ale pod warunkiem że znamy osobę, z którą korespondujemy. W innym wypadku mogą być źródłem nieporozumień. Jednocześnie jest to forma infantylizacji – wystarczy spojrzeć, jak te emotikony wyglądają.

Problem z językiem w debacie publicznej jest szerszy. Z jednej strony mamy tabloidy, które krzyczą „skandal!” i używają dużych słów, powodując ich deprecjację. Z drugiej – jeśli popatrzymy na formę, w jakiej rozmawia się dziś o polityce w Polsce – widzimy, że również politycy ochoczo używają dużych słów o bardzo silnym znaczeniu i zabarwieniu emocjonalnym. W końcu żyją z głosów, więc jakoś muszą sobie zaskarbić uwagę wyborców – używają wyrażeń, które tę uwagę zdobędą. Często jest to język nieadekwatny, który prowadzi do inflacji znaczenia słów. Jakich wyrażeń mamy używać w momencie, gdy naprawdę dzieje się coś ważnego, skoro tamte już zużyliśmy w błahych sprawach? 

Czy nadmiar znaków i symboli może się na nas negatywnie odbić w przyszłości, np. w sytuacji kolejnego kryzysu, gdy nie będziemy już mieli wspólnego języka albo nie będziemy potrafili korzystać z autorytetów? 

Doskonała psycholożka społeczna z MIT, Sherry Turkle, która bada komunikację ludzi w codziennych sytuacjach towarzyskich i rodzinnych, opisuje w swojej ostatniej książce fenomen, który budzi jej niepokój: rodziny wolą rozmawiać ze sobą, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, za pośrednictwem komunikatorów zamiast twarzą w twarz. Mają wtedy poczucie, że rozwiązują konflikt w sposób bardziej cywilizowany. Nie gestykulują, nie awanturują się, ponieważ wszystko jest na piśmie, czyli pod kontrolą. Używają też emotikonów, co jest łatwiejsze od wyrażania emocji wprost. Z jednej strony – efektywność rozwiązywania konfliktów jest pozornie większa, z drugiej – tracimy umiejętność emocjonalnego funkcjonowania ze sobą. Jeżeli większość rozmów odbywamy za pośrednictwem jakiegoś medium, to coraz trudniej nam rozmawiać w cztery oczy, bo nie wiemy, jak się wtedy zachować, jak wyrazić emocję, którą obrazujemy emotikonem.

SPLASH NEWS/EAST NEWS
Aktorka Angelina Jolie na spacerze w otoczeniu swoich adoptowanych dzieci, niań i ochroniarzy, maj 2017 r.
SPLASH NEWS/EAST NEWS

Czy tabloidyzacja może doprowadzić do erozji więzi społecznych, zaniku funkcji społecznych?

Ponieważ tabloidy przedstawiają bardzo uproszczoną wizję świata, nie pomagają debacie. Możemy naprawdę rozmawiać z kimś, z kim się nie zgadzamy, wyłącznie wtedy, gdy rozszerzymy własne pole widzenia. Jeżeli ograniczamy się wyłącznie do inwektyw i sprowadzamy rozmowę o konkretnych sprawach do wartościujących epitetów – jedną osobę nazywając dobrą, a drugą złą – tracimy przestrzeń do debaty. Przecież nie będziemy pertraktować z kimś, kogo uznajemy za złego człowieka. Pod tym względem funkcja upraszczania rzeczywistości faktycznie może być destrukcyjna.

Interesujące np. na Pudelku jest to, że udało mu się dotrzeć z informacjami o polityce – oczywiście też podawanych w specyficznym, tabloidowym sosie – do czytelników, którzy zaglądają tam, by przede wszystkim obejrzeć zdjęcia celebrytów i zwykle ograniczają się do wartościujących komentarzy, że komuś egzotyczne wakacje się należą, bo na nie zarobił, a innemu nie, bo jest trutniem.

Czy przypadkiem tabloidy nie wykreowały nam nowego feudalizmu? Arystokratami wydają się dziś właśnie celebryci – wcale nie autorytety intelektualne. A na dole tej drabiny społecznej są zwykli zjadacze chleba, którzy ich lajkują bądź nienawidzą.

Na pewno oglądamy nową celebrycką formę arystokracji. Generalnie lubimy mieć swoich półbogów. Kiedyś mieliśmy bóstwa w panteonie, potem świętych i arystokrację, a teraz celebrytów, którzy mają mnóstwo pieniędzy, piękne ciała i – przynajmniej na zdjęciach – wiodą wspaniałe życie. Zwykły zjadacz chleba nie ma do tego dostępu. To mity i baśnie o lepszym życiu, którymi się karmimy. I znów: to szalenie wartościująca rzeczywistość.

Są celebryci, którzy na swoje cudowne życie uczciwie zarobili ciężką pracą. Przykładem takiej gwiazdy jest Angelina Jolie, która nie dość, że zrobiła efektowną karierę aktorską, to jeszcze angażuje się charytatywnie i adoptowała kilkoro dzieci, wyciągając je z biedy. Z tego punktu widzenia stanowi niemalże przykład świętej.

Drugą kategorią są gwiazdy, które stały się celebrytami przez to, jak są pokazywane. Mowa m.in. o żonach sławnych piłkarzy, które symbolizują niezasłużone dobre życie (na zdjęciu poniżej - żony polskich piłkarzy na okładce Cosmopolitan). A zawdzięczają je tylko temu, że są ładne i złapały bogatego męża. Ta tabloidowa narracja rozgrywa się w świecie wartości, w którym nieustająco zajmujemy się ocenianiem tych ludzi. Chętnie pytamy: gdzie sprawiedliwość? Czy pani zasłużyła na dobre życie ciężką pracą, czy trafiło się jej jak ślepej kurze ziarno, więc korzysta, pokazuje innym, ale z jej życia nie płynie żadna dydaktyczna mądrość? Dla czytelnika tabloidu morał z tego jest jeden: to nie jest sposób na wartościowe, godne życie.

Jednocześnie tabloidy podtrzymują mit osoby niedostępnej dla zwykłych ludzi. Lubią też opisywać celebrytów, którzy wykonują gesty sprawiające wrażenie autentycznych – autentyczność jest szalenie ważną kartą przetargową. Dajmy na to: gwiazda odwiedza w szpitalu ciężko chore dziecko, które chciało ją zobaczyć. Albo anonimowo daje pieniądze na zbożny cel i ktoś puszcza dalej informację o jej dobrym uczynku. Wszelkie działania z odruchu serca u celebrytów są bardzo dobrze widziane w tabloidach. To trochę przypomina dawną dobroczynną funkcję arystokracji albo świętych – oto spada na nas łaska celebrycka.

Wiadomości podawane nam przez internet lub telewizję w dobie tabloidyzacji można już chyba nazwać nową demokracją.

Albo właśnie jej brakiem. Bo mamy tu bardzo silny podział: kasta celebrytów, którzy funkcjonują w świecie pięknych wakacji i wspaniałych ciał, oraz cała reszta ludzi, którzy mają pryszcze na twarzy i mało pieniędzy.

Jeśli schodzimy z wysokiego pułapu komunikacji do języka emocji, to później odbiorcy nie chcą już do niego wracać. Czy ten trend można jeszcze odwrócić, czy tak już pozostanie?

Nie jestem pewna, czy – gdy łykamy te rozrywkowe treści – nie chcemy już wracać do mniej rozemocjonowanych wiadomości. W końcu największa grupa odbiorców treści tabloidowych w internecie traktuje je przede wszystkim jako przerywnik – tabloidowe newsy nie są dla nich jedynym źródłem informacji. Pani argumentu można użyć w przypadku wydań papierowych. Gdyby przyszło nam cały czas się kręcić na wysokich emocjach, zwariowalibyśmy. Bardziej niepokoi to, że gdy widzimy w internecie coś, co wzbudza w nas silne uczucia – gniew, ekscytację, radość – niekoniecznie sprawdzamy te informacje w innych źródłach. I to jest rzeczywisty problem. 

Istotę funkcjonowania tabloidu internetowego – w przeciwieństwie do elitarnych treści – stanowi to, że jest darmowy? 

Tabloidy internetowe, które badałam, rzeczywiście są darmowe, finansują się z reklam. Ale sporo informacji z mniej emocjonalnych źródeł również jest darmowych, np. symbol rzetelności – BBC News. Owszem, newsy bezpłatne często są lżejsze i w tym sensie łatwiej dostępne. W Polsce sporo portali newsowych jest darmowych. Z kolei one same opierają się zarówno na wiadomościach z PAP-u i innych newsowych źródłach, jak i na własnych dziennikarzach. Nie jest więc tak, że – by dotrzeć do jakiejś informacji – trzeba za każdym razem płacić.

Jednocześnie płacimy za gazety w kiosku i ten model biznesowy przenosi się też do sieci. Zresztą z coraz większym sukcesem, ponieważ odbiorcy widzą, że warto zapłacić za dobrą, wiarygodną informację. Ten model gazet w internecie finansuje się za pomocą subskrypcji. Niektóre udostępniają kilka bezpłatnych artykułów w miesiącu, co przy okazji pokazuje faktyczne zainteresowanie czytelnika danym medium.

COVER IMAGES/EAST NEWS

Grafika grupy artystycznej Hungry Castle & Cool Shit, której bohaterem jest rozpromieniony kolorami tęczy raper Kanye West

COVER IMAGES/EAST NEWS

Największą słabością mediów jest odbiorca? 

Dobre pytanie. Media zasłużyły na takiego odbiorcę, jakiego mają. W mediach mniej nastawionych wyłącznie na rozrywkę trwa walka o czytelnika, który ma czas na to, by czytać, myśleć i prowadzić racjonalną dyskusję. To czytelnik ideał. Jednocześnie – patrząc na główne polskie media – coraz trudniej znaleźć wśród nich takie, które trzymałyby poważny poziom debaty. Tabloidyzacja doprowadziła do tego, że jednym z głównych motorów gazet stają się felietoniści. A felietonista to nie analityk ani dziennikarz śledczy – to człowiek, który ma dobre pióro i pisze emocjonalne opinie. Portale internetowe najczęściej  eksponują albo newsy, albo opinie, ale nie pogłębione teksty. Jeśli chcemy, by nasz odbiorca był tym idealnym, racjonalnym, dobrze zorientowanym czytelnikiem, musimy publikować artykuły, które trzymają należyty poziom analizy, którą przecież również można ciekawie zaprezentować.

Z drugiej strony odbywa się proces, w którym zaciera się różnicę między treściami wyższymi a niższymi, zestawia się treści ważne i miałkie.

Ten stan rzeczy na pewno spłaszcza internet, gdzie na stronie funkcjonują obok siebie różne treści. Niedawno na górze strony „The New York Timesa” obok głównych wiadomości pojawiło się – ciekawe zresztą – wideo o tym, jak memy z kotami ustępują miejsca memom z psami, co ma świadczyć o głębszej zmianie rzeczywistości. W internecie nie ma problemu z zestawieniem analizy z memem. natomiast gazety papierowe bronią się przed tym – w najgorszym wypadku obok poważnego tekstu znajdziemy reklamę z czymś, co nie wygląda poważnie. Z drugiej strony – wydania papierowe konkurują z memami znacznie starszą formą, czyli rysunkiem satyrycznym.

Fajnie, że Jesteście i Macie ochotę czasem tu wpaść!

Post udostępniony przez nosowska.official (@nosowska.official)

Pokusiłaby się pani o to, by porównać tabloidyzację do drugiego buntu mas, jak z Ortegi y Gasseta? 

Ciekawe pytanie. Ortega y Gasset nie lubił mas, prędzej lubią je tabloidy. Współczesne masy to inni ludzie niż ci, których on opisywał prawie sto lat temu. U Ortegi y Gasseta masa miała moc sprawczą, dlatego tak bardzo jej się bał. Obecne społeczeństwo jest znacznie bardziej sfragmentaryzowane. Czytelnicy tabloidów są raczej pasywni. Nie zauważyłam, by – jako czytelnicy tabloidów – do czegokolwiek specjalnie się mobilizowali, może z wyjątkiem protestów przeciwko ACTA w 2011 r. To był jeden z pierwszych ruchów politycznych obecnych na Pudelku. Również strajk kobiet opisywano tam mocno i z dużą sympatią, także w komentarzach. 

Czy nie jest przypadkiem tak, że każde kolejne pokolenie narzekało na zmierzch kultury?

Oczywiście, zawsze za naszej młodości było lepiej. To także kwestia pamięci, która powoduje, że z sentymentem wracamy do własnej przeszłości. Jeżeli porównamy współczesne gazety z tymi sprzed 30-40 lat, to jest w nich więcej treści rozrywkowych niż kiedyś. Z tego punktu widzenia rzeczywiście mamy do czynienia z dostosowywaniem się do obecnego odbiorcy. Jednocześnie w ogóle rozrywki jest w dzisiejszych czasach więcej. Wracam tu do pani pytania o globalizację – jeżeli miałybyśmy mówić o globalizacji w kontekście tabloidyzacji, byłaby to rozmowa m.in. o globalizacji celebryctwa. 

O, to na pewno coś nowego. 

Tak, jest to dość nowy fenomen. Wcześniej mieliśmy do czynienia z gwiazdami, które stawały się nimi z jakiegoś określonego powodu. Historyk Daniel Boorstin w latach 60. poprzedniego wieku opisywał celebrytę jako pseudowydarzenie – człowieka, o którym się mówi, dlatego że pokazuje się w mediach, a nie dlatego, że coś zrobił. Ten fenomen jest bardzo plastyczny dlatego, że takiego człowieka – który wziął się znikąd i niczym sobie nie zasłużył na sławę, ale lubimy o nim czytać, bo wzbudza emocje – bardzo lekko wyrzucić. To łatwo zastępowalne sławy. Dlatego dziś nie możemy sobie przypomnieć nazwiska celebryty, o którym było głośno trzy lata temu. Boorstin opisywał początki przemysłu celebryckiego, a wraz z nim – początki współczesnej prasy bulwarowej, która często pisze o różnych celebrytach, byśmy mogli się na nich powkurzać z poczuciem moralnej przewagi.

EAST NEWS
SPOŁECZEŃSTWO
Łukasz Grzesiczak

Unii dwóch jakości mówimy zdecydowane NIE

Dlaczego polski rząd nie broni praw rodzimych konsumentów tak energicznie jak rządy Czech i Słowacji? Od lat wiadomo, że wielkie koncerny sprzedają na naszych rynkach gorsze produkty - w tych samych opakowaniach co na zachodzie Europy
Willy Chandra / mediadrumworld.c
SPOŁECZEŃSTWO
Aleksander Piński

A co jeśli własność ziemi hamuje rozwój?

W Singapurze, gdzie prawie nie ma prywatnej własności ziemi, jest najwięcej milionerów na świecie. Skoro taki model działa, to może czas radykalnie zmienić reguły gry
YONHAP/PAP/EPA
SPOŁECZEŃSTWO
Terry Friel

Kup teraz i bądź piękna jak wanghong

Chińscy influencerzy – głównie młode kobiety z pokolenia milenialsów ‒ mają w internecie łącznie 470 mln fanów. Zarabiają lepiej niż gwiazdy filmowe i zmieniają handel online
ALEXA STANKOVIC/AFP/EAST NEWS
SPOŁECZEŃSTWO
Karolina Anna Kuta

Wygnani z jugosłowiańskiego raju tęsknią za Titą

Kult Josipa Broza-Tity, przywódcy Jugosławii, nie słabnie. Trzyma się równie mocno jak mit o nieistniejącym już od trzech dekad kraju, w którym żyło się przyjemnie, spokojnie i bez konfliktów
Więcej
Ta strona używa plików cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia.
OK

Logowanie

0 %