PAŃSTWO / 10:00,

Jaworzno, czyli zróbmy sobie małą Szwecję

Tutaj kierowcy przegrali wojnę o przestrzeń miejską. Jaworzno to szerokie chodniki, wąskie, jednokierunkowe jezdnie i rynek zamknięty dla aut. Efekt? Dwa wypadki śmiertelne przez pięć lat

– Chodzi Panu o tę staruszkę, co ją samochód stuknął, jak wysiadała z autobusu? To było tutaj – sprzedawczyni z małego sklepu spożywczego „U Jolki”, tuż przy ruchliwej ulicy Podwale, pokazuje ręką. 

7 stycznia br. w Jaworznie zakończyła się dobra passa – ponad półtora roku bez śmiertelnego wypadku. Kobieta przechodziła w niedozwolonym miejscu i wpadła pod jadącą w kierunku centrum toyotę. Kierowca tłumaczył się, że nie zauważył 78-latki. Rzeczywiście widać niewiele, a samochody tu jadą szybciej niż w innych częściach miasta.

Powyżej: jeden z 22 elektrycznych autobusów Solaris, które jeżdżą po ulicach Jaworzna

100-tysięczne Jaworzno znajduje się na południu Polski, na pograniczu Górnego Śląska i Małopolski. Historycznie bliżej mu do Krakowa, gospodarczo do Katowic. Niska zabudowa szeroko rozlewa się po śląskiej wyżynie; miasto jest jak na polskie standardy bardzo rozległe. Ma 17 razy mniej mieszkańców niż Warszawa, ale powierzchnię - tylko trzy razy mniejszą niż stolica. 

 Lekko prowincjonalny charakter miejscowości ma swoje zalety. Nawet w wybudowanym niedawno centrum handlowym nie doskwiera uciążliwy tłok, który zwykle towarzyszy takim miejscom. Dużo jest „Żabek” i „Biedronek”, mało zaś restauracji czy luksusowych sklepików, nawet na rozległym rynku.

Piotr Chałubiński
Jeszcze 15 lat temu przez rynek przebiegała droga krajowa, dziś samochody nie mają tutaj wstępu
Piotr Chałubiński

Jaworzno to świetny punkt tranzytowy. Do Katowic jedzie się stąd 20 minut, do Krakowa 40 minut. Takie położenie to atut i przekleństwo zarazem. Jeszcze niedawno przez centrum sunął niekończący się sznur samochodów, a w wypadkach drogowych ginęło wielu mieszkańców.

Rewolucja za 500 mln 

Jest 10 rano, sierpniowe słońce praży niemiłosiernie. Dziennikarze sprawdzają mikrofony, urzędnicy rozstawiają plansze i makiety, po których turlają się resoraki. Wszyscy czekają na konferencję prasową w miejscu styczniowego wypadku. W tle typowo polskie osiedle – kilkupiętrowe, kolorowe bloki. Wreszcie pojawiają się przedstawiciele władz miasta, wśród nich prezydent Paweł Silbert. 

Urząd objął w 2002 r. Po poprzednikach odziedziczył niedokończone studium transportowe. – Ludzie, którzy przyszli robić to studium, zapytali mnie, jakie mam marzenie. Zaproponowałem, aby pracowali tak, jakby to było ich miasto. Jakby tworzyli je dla siebie, na własny użytek – wspomina prezydent w rozmowie z Holistic News.

Na początku tysiąclecia statystyki drogowe były fatalne. Jaworzno było typowym polskim miastem z typowymi polskimi problemami. Pod kołami ginęło kilkanaście osób rocznie. Droga krajowa przecinała miasto na pół, a po niej sunęły TIR-y i inne ciężkie samochody, zostawiając smród, hałas i śmierć. 

 Odpowiedzią na te wyzwania był projekt „Miasto Twarzą do Autostrady”. Wdrażano go z żelazną konsekwencją, ulica po ulicy. Z rynku wyrzucono drogę krajową, a ruch skierowano na obwodnicę - Trasę Śródmiejską. Od 2003 r. na przebudowy i remonty wydano 500 mln zł.

Piotr Chałubiński

W konferencji prasowej brali udział prezydent Paweł Silbert (drugi od lewej) i Tomasz Tosza, zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów (pierwszy od prawej)

Piotr Chałubiński

– Zaczęliśmy zachodnie wzorce wdrażać w Jaworznie. Zobaczyliśmy, że nie różnimy się bardzo od ludzi, którzy mieszkają na Zachodzie – mówi Tomasz Tosza, zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów w Jaworznie.

Czarny punkt Europy

Polskie drogi nigdy nie były bezpieczne. Wraz ze zmianą ustroju w latach 90. rozpoczął się motoryzacyjny boom. Na dziurawe i źle zaprojektowane trasy wyjechał zachodni szrot. Nieuregulowany rynek zalały rozregulowane importowane auta. Klepane, po wypadkach, z mniejszymi lub większymi usterkami, zwykle z bardzo dużym przebiegiem. 

 Zwiększenie natężenia ruchu nie szło w parze z poprawą infrastruktury. Efekt? Przez trzy dekady (1987-2017) na polskich drogach zginęło ponad 170 tys. osób. To tak jakby z mapy zniknął Bytom albo Rzeszów. Trzeba jednak przyznać, że sytuacja się poprawia. W 2017 r. doszło do prawie 33 tys. wypadków, w których zginęło 2810 osób – niemal trzy razy mniej niż w 1991 r. 

 Jest lepiej, co nie znaczy dobrze. Z europejskiej perspektywy bezpieczeństwo na polskich drogach wygląda fatalnie, wystarczy rzut okiem na mapkę ze strony Komisji Europejskiej (poniżej). Im ciemniejszy kolor kraju - tym więcej wypadków.

                                                                                                  .

W 2016 r. w Polsce w wypadkach zginęło 79 osób na milion mieszkańców. W UE przebijają nas tylko Bułgarzy (99 ofiar na milion), Rumuni (97 ofiar) oraz Łotysze (80 ofiar). Zachód Europy i Skandynawia daleko nam odjechały. Niedoścignionym wzorem jest Szwecja. W ubiegłym roku na tamtejszych drogach ginęło 27 osób na milion mieszkańców.

Jak to robią w Szwecji

„Wizja Zero” narodziła się właśnie w Szwecji w latach 90. Autorzy projektu postawili sobie ambitne cele: drogi całkowicie wolne od wypadków i ofiar śmiertelnych. Stała za tym prosta, ale głęboko humanistyczna filozofia: człowiek jest istotniejszy od zysku, a prawo do życia i zdrowia jest ważniejsze niż szybka jazda. 

 Przyjęto także założenie, że odpowiedzialność za bezpieczeństwo na drodze spoczywa nie tylko na uczestnikach ruchu, ale także na władzach i konstruktorach dróg. Wypadki przestały być traktowane jak zrządzenia losu; poddawano je głębszej, naukowej analizie. Szukano przyczyn, wzorów i reguł.

Architekci, planiści i inżynierowie zaczęli dostosowywać miejską przestrzeń publiczną do czynnika ludzkiego – najsłabszego ogniwa na drodze. „Wizja zero” w szwedzkim wydaniu to także „zero tolerancji”. Jak podkreśla Aldona Hartwińska, autorka bloga o Szwecji „poFIKAsz?”, ściganie się na drogach jest bardzo nieopłacalne. 

– Przejechanie na czerwonym świetle kosztuje 3000 koron [ponad 1200 zł - red.] i utratę prawa jazdy. Z kolei jazda pod wpływem alkoholu w Szwecji traktowana jest na równi z usiłowaniem zabójstwa – wylicza blogerka w rozmowie z portalem Holistic.news.

Jens Nieswandt

Największym zagrożeniem na szwedzkich drogach są... łosie, które są sprawcami większości poważnych wypadków

Jens Nieswandt

Hartwińska podkreśla, że bezpieczeństwo na szwedzkich drogach wynika po części z mentalności - Szwedzi z zasady nigdzie się nie spieszą i na wszystko mają czas. 

 – To det lugnt, czyli zrób to na spokojnie i wyluzuj. Zdążysz. Jeśli tylko człowiek znajdzie się w pobliżu przejścia dla pieszych, kierowca zwalnia lub zatrzymuje się, na wypadek gdyby pieszy zdecydował się wejść na pasy. Siadając za kółkiem, nie walczysz o przetrwanie. Największe zagrożenie na szwedzkich drogach to... łosie, które są sprawcami większości poważnych wypadków – wyjaśnia autorka bloga „poFIKAsz?”.

Wojna o ulice

– Niech sam pan zobaczy, co tutaj zrobili – pan Marian, miejscowy taksówkarz, pokazuje na jednokierunkową ulicę Mickiewicza. 

 – Brakuje miejsc parkingowych, a karetka, jak pędzi z chorym, to nie ma gdzie się rozpędzić. Niech pan prezydenta zapyta dlaczego – mówi lekko poirytowany. Ma do wdrażanej w Jaworznie „Wizji Zero” wiele zastrzeżeń. Lubi szerokie ulice, na których można „poczuć maszynę", a na to nie pozwala mu nowa infrastruktura. Chodnik jest szeroki na osiem metrów, kierowcom pozostają raptem trzy metry. 

To prawie klasyczny „woonerf”, czyli „ulica do mieszkania” - niderlandzki koncept, który łączy w sobie funkcje deptaka i ulicy. Tam piesi są gospodarzami, a kierowcy jedynie gośćmi.

Podobnie jest w innych częściach miasta. Na jaworzyńskim rynku, gdzie kiedyś przebiegała droga krajowa, TIR-y zostały zastąpione przez spacerowiczów. Teraz jest to strefa wyłącznie dla pieszych. – Jest gdzie usiąść i pójść na spacer z dzieckiem – mówiła mi jedna z młodych jaworzyńskich mam. 

Nikt w Jaworznie nie odkrywał Ameryki po raz drugi. Po prostu: w granicach budżetu i na miarę możliwości konsekwentnie kopiowano sprawdzone wzory. 

Miejska rewolucja trafiła na opór. Nowe idee często zderzały się z murem niechęci, niezrozumienia i przesądów. Powszechne było zwłaszcza przekonanie, że śmiertelne wypadki to skutek uboczny życia w nowoczesnym społeczeństwie. Uważano, że śmierć na drogach była, jest i będzie. 

 – Nowe rozwiązania były krytykowane. Mnie wręcz grożono procesami – opowiada Tomasz Tosza z zarządu dróg i mostów. 

Efekty broniły się jednak same. – Po przebudowaniu 1/3 dróg z tzw. układu podstawowego, przez 19 miesięcy nie mieliśmy śmiertelnego wypadku drogowego. A według polskich statystyk w ciągu roku powinniśmy mieć osiem wypadków śmiertelnych – dodaje urzędnik.

Uczeń doścignął mistrza

Szerokość jezdni to kość niezgody między kierowcami a władzami Jaworzna. 

- Zawężanie ulic to bardzo niepopularny temat - przyznaje Tosza. - Ale nie chcemy robić kierowcom na złość, po prostu szerokie drogi są potężnym zagrożeniem... W Jaworznie nie ma już ani jednego fotoradaru, a zawężenie traktów nie spowodowało spadku płynności ruchu. – Przepustowość ulicy jest największa wtedy, gdy samochody jadą ok. 40 km/h. Im większa prędkość, tym większe odstępy między pojazdami i wtedy faktyczna przepustowość spada. To prędkość zabija. Pieszy potrącony z prędkością 50 km/h ma 70 proc. szans na przeżycie; potrącony z prędkością 60 km/h już tylko kilkanaście proc. – argumentuje Tosza. – Zawężenie ulicy to takie psychologiczne działanie, które powoduje, że kierowcy nie czują, że jadą wolno. A dzięki temu nie przekraczają ograniczeń prędkości. 

W ostatnich pięciu latach na terenie niespełna 100-tysięcznego miasta miały miejsce dwa wypadki śmiertelne. To poziom bezpieczeństwa porównywalny ze Szwecją. Uczeń doścignął mistrza.

Piotr Chałubiński

W ostatnich 15 latach na przebudowy i remonty wydano w Jaworznie pół miliarda zł

Piotr Chałubiński

Ciągle jest jednak wiele do zrobienia. 

 – Oba wypadki śmiertelne w ostatnich pięciu latach zdarzyły się na drogach, które nie zostały przebudowane. To pokazuje, że stara infrastruktura, budowana według standardów jeszcze z lat 60. i 70. ubiegłego wieku, musi ulec zmianie – wyjaśnia Tosza. 

 Jaworzno chce być miastem dla pieszych, a nie samochodów. A jednocześnie: ekologicznym i pionierskim. Dlatego inwestuje także w nowoczesny transport publiczny. 40 proc. autobusów ma napęd elektryczny, a do korzystania z nich przekonuje przystępna cena. 

Bilety prawie darmo

Roczny bilet normalny kosztuje 180 zł. To grosze w porównaniu do innych dużych miast. 

 – Chcielibyśmy uzyskać w miarę duży odsetek ludzi, którzy przesiadają się do komunikacji publicznej. Dzięki czemu drogi są mniej zatłoczone, a środowisko czystsze – podsumował Silbert. 

 – Dziś ponad połowa podróży w mieście odbywa się transportem publicznym. Samochody są w mniejszości. Nawet pozwoliliśmy na to, aby galeria handlowa powstała w ścisłym centrum miasta. Większość z 7 tys. klientów, którzy codziennie ją odwiedzają, to ludzie, którzy przyjeżdżają autobusem czy rowerem lub przychodzą na piechotę – powiedział Tosza.

Tomasz Kawka
Napęd elektryczny ma prawie połowa autobusów w Jaworznie
Tomasz Kawka

Konferencja prasowa dla dziennikarzy powoli się kończy. Jej główny przekaz: miasto za 10 mln zł zamierza przebudować fragment ulicy Podwale, gdzie doszło do wypadku. Droga zostanie zwężona, zyska wyniesione i wygodniejsze dla pieszych przejścia, specjalne oświetlenie oraz tzw. szykany, powściągające rajdowe zapędy kierowców. Zlikwidowane zostaną też zatoki autobusowe. 

– Postanowiliśmy zmienić to miejsce w modelowe, które będzie zabezpieczało pieszych, osoby starsze, dzieci – zapowiada prezydent. 

 To nie koniec zmian. Na ukończeniu jest pierwsza velostrada – czyli autostrada rowerowa w Polsce. Ścieżki dla cyklistów nie będą, jak to się zwykle robi, „przyklejone” do głównych traktów, tylko wytyczone z dala od samochodów. 

Ale największym skokiem w nowoczesność mają być pojazdy autonomiczne, które na ulicach Jaworzna mają być testowane już w przyszłym roku (obecnie takie testy prowadzi się w kilku stanach USA i w Pekinie, stolicy Chin). Z tą technologią wiąże się ogromne nadzieje, bo auto bez kierowcy ma być znacznie bezpieczniejsze niż statystyczne auto z kierowcą. Silbert ma nadzieję, że za pięć lat po ulicach Jaworzna będą jeździły autobusy autonomiczne.

Autonomous Flight
PAŃSTWO
Holistic News    

Czy dron zatrzyma się na światłach?

Pod koniec XX w. koniec drugiej dekady kolejnego stulecia wydawał się odległą przyszłością z latającymi samochodami. Choć technicznie jest to możliwe, wciąż brakuje systemu zarządzania takim ruchem
The Canadian Press
PAŃSTWO
Karolina Anna Kuta

Marihuana coraz bardziej legalna

Dla światowego rynku marihuany mijający rok był pełen sukcesów – poprzez serię legalizacji, trawka być może toruje sobie drogę do finansowego i kulturalnego mainstreamu
Więcej
Ta strona używa plików cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia.
OK

Logowanie

0 %