SPOŁECZEŃSTWO / 13:04,

Komiks w walce o lepszy świat

Album „Ja, Nina Szubur” to traktat o nierównościach i zarazem ponura, dystopijna wizja organizacji państwa. Kanwą opowieści narysowanej przez Daniela Chmielewskiego są sumeryjskie mity i książka Olgi Tokarczuk

Gliniane tabliczki Sumerów leżały pod piaskami pustyni przeszło 4 tys. lat, zanim archeolodzy dokopali się do najstarszej historii spisanej przez ludzi. Gdy złamano szyfr pisma klinowego, ludzkość poznała Inannę, sumeryjską boginię, której dzieje dały podwaliny pod największe religie świata. Wszyscy dobrze znamy tę opowieść: o Bogu, który zstąpił do świata umarłych, a potem zmartwychwstał. To Demeter w starożytnej Grecji, Isztar w mitologii asyryjsko-babilońskiej albo Jezus w chrześcijaństwie.

Dlatego sumeryjskie mity ‒ jako ich późniejsze wariacje ‒ są żywo obecne we wspólczesnej kulturze. Olga Tokarczuk postanowiła przetłumaczyć je na język prozy science fiction. A Daniel Chmielewski wizję pisarki i starożytne opowieści przerobił na komiks.

Wiktor Cyrny: Dawno nie czytałem tak społecznie zaangażowanego komiksu. Stworzyłeś traktat na temat nierówności społecznych, feminizmu, totalitaryzmu, propagandy, ekologii, tolerancji, populizmu. Dlaczego? 

Daniel Chmielewski (1) : To nie jest tak, że mówię sobie: „Teraz narysuję komiks o rozwarstwieniu społecznym”. Nie żyję w oderwaniu od tego, co mnie otacza. Gdy tworzyłem komiks, przez Polskę przechodziły czarne protesty, a na świecie rozkręcała się akcja #MeToo. Feministyczny wydźwięk nie jest przypadkowy. Zależy mi na tym, by treść niosła przesłanie. Od początku chciałem angażować czytelnika, nie dawać mu ładnych obrazków, tylko coś, co naprawdę rozdrapie go od środka. Gdy po raz pierwszy spotkałem się z Olgą Tokarczuk, powiedziałem, że nie chcę narysować wiernej adaptacji. To byłby tylko gadżet do jej prozy. Musiałem wybrać: czy „Nina” ma być ładnym dodatkiem, czy zmuszać do refleksji. 

Czytelnik nie ma wątpliwości, jakiego wyboru dokonałeś. I to wszystko z krótkich zdań i bardzo ograniczonej liczby słów. 

Krótkie, szybko urwane zdania to hołd dla sposobu zapisu historii przez Sumerów. U Olgi zdania są bardziej rozbudowane, ale dla nas obojga ważne były przede wszystkim rytm i prostota języka, za którą kryje się multum treści, jak w oryginalnych mitach. 

Jednak między światami, które stworzyliście – ty i Tokarczuk – jest sporo różnic. Główna to odarcie fabuły komiksu z eschatologii i mitologicznej boskości. Dlaczego? 

Zdecydowałem się na zeświecczenie komiksu, by urealnić fabułę. Akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości, dlatego musiałem pozbyć się boskiej otoczki. Nie ma tu bogiń i bogów, tylko żywi ludzie. Na podstawie mitu o Inannie powstały największe religie świata. 

Czy religia jest tylko opowieścią, mitologią, kłamstwem? 

Religie to zorganizowane systemy posługujące się wariacjami mitów, przez wieki narosłe w systemy administracyjne, których ostatecznym celem jest władza i płynące z niej korzyści. Wierni są potrzebni, by te systemy funkcjonowały chociażby ekonomicznie, żeby miały wpływ na politykę światową. Oczywiście nie mówię, że każdy ksiądz, imam, mormońska misjonarka czy zakonnica są cynikami. Pewnie większość wierzy w to, co głosi – zwłaszcza im niżej są w hierarchii.

Mam wrażenie, że ty również – jak twój komiks – przeszedłeś proces zeświecczenia. 

Pod koniec podstawówki narysowałem obraz na konkurs o tematyce religijnej. Na nim piramida, u jej szczytu Bóg-marionetka unosi ręce i włada ludźmi na dolnych krawędziach piramidy, na których przedstawiłem najgorsze społeczne patologie. Rękami Boga steruje jakaś inna ręka z nieba. Praca została wyrzucona z konkursu. Wiele razy zostałem odrzucony przez polski Kościół. Do 12. roku życia wychowywałem się w Australii, tamten model Kościoła i wspólnoty był wspaniały. Po traumatycznej przeprowadzce do Polski nie udało mi się odnaleźć księży, którzy potrafiliby mi pomóc. Chciałem dołączyć do Kościoła neokatechumenalnego, ale zostałem potraktowany jak satanista, bo miałem pomalowane na czarno paznokcie i ubierałem się dosyć mrocznie. Była cała masa podobnych sytuacji, które sprawiały, że czułem się jeszcze bardziej wykluczony. Zacząłem więc intensywniej kwestionować zasadność i cele religii. Stąd już łatwa droga do ateizmu. Moja odpowiedź na pytanie, czy religia to kłamstwo, brzmi: tak.

Bohaterka wędruje przez Uruk. Ale to nie jest normalne miasto-państwo, ma trzy poziomy... 

Uruk to nazwa prawdziwego miasta Sumerów, w którym znaleziono gliniane tabliczki z historią Inanny. W komiksie założyli je trzej mężczyźni, tzw. ojcowie. Klasa panująca w mieście wmówiła ludziom, że odbudowuje świat. W wyniku przeludnienia planety i wynikających stąd konfliktów konieczne było stworzenie społeczeństwa wzorowego, które później może być powielane i dzięki temu ludzkość znajdzie właściwą drogę rozwoju. Takim miastem symulacją, stworzonym od podstaw, jest właśnie komiksowe Uruk. Ale po 50 latach od powstania nadal daleko mu do rozwiązania wzorowego, społeczeństwo ‒ w wyniku różnych machinacji ‒ zostało rozwarstwione. Uprzywilejowana część społeczności zamieszkuje M1, górną część metropolii. Dla dobrobytu M1 potrzeba przodowników pracy, ludzi skazanych na katorgę, spędzających życie w wielkich fabrykach. Ojcowie umieszczają ich pod ziemią, gdzie świeci sztuczne światło, panuje atmosfera olbrzymiego lochu. Mieszkańcy M2 oddychają smogiem, nie mogą uprawiać warzyw i owoców, nigdy nie zobaczą słońca. Dla dobra mieszkańców M1 i M2 zarządcy Uruku wykluczyli z obu poziomów obywateli gorszego sortu: pariasów i niepełnosprawnych. Zostali umieszczeni na poziomie M3, na samym dnie drabiny społecznej. 

Ojcowie stworzyli system narracji, które przekazują ludziom. Te – często fałszywe – komunikaty pozwalają utrzymać obywateli Uruku w ryzach. Czy to aluzja do populistów, którzy dziś przejmują władzę nad światem? 

Tak, bardzo mocno akcentuję słowo „narracje” w kontekście procesów historycznych, które są medialnie i politycznie coraz bardziej zniekształcane. Najbardziej zadziwia mnie, że zmiany w narracjach nie muszą wcale odbywać się stopniowo. Pokazał to Adam Curtis w swoim filmie „HyperNormalisation” na przykładzie Kaddafiego, libijskiego dyktatora, którego amerykańskie i brytyjskie rządy przedstawiały jako arcywroga, a chwilę potem jako światłego sojusznika. Zaskakujące jest, że nawet na własnym podwórku dajemy się wciąż nabierać na te same obietnice i wolty polityków. Obecnie jest silny trend na populizm, ale przecież były nim naznaczone wszystkie pomysły na zarządzanie państwem wdrażane w Stanach i Europie w XX wieku. Po prostu zrobiliśmy pełne koło ‒ full circle ‒ do nastrojów z fin de siècle. Tylko tym razem czujemy, że to już było. Uczestniczymy w postmodernistycznych grach nieróżniących się od gier komputerowych. Nawet realne protesty na ulicach mają w sobie coś z reklam ciuchów: trochę nostalgii za starym („zmieniamy rzeczywistość jak nasi ojcowie”), trochę buntu przeciwko systemowi – ale to wszystko gra, jesteśmy skazani na bardzo ograniczone ścieżki działania. Politycy o tym wiedzą i to wykorzystują.

Dlaczego skupiłeś się na nierównościach społecznych? 

Dlatego, że nas otaczają. Zacząłem patrzeć, jak to wygląda na naszym podwórku, jak wygląda rozregulowanie gospodarek i jak te gospodarki wpływają na obywateli, na ich stan majątkowy czy poziom życia. Przypatrywałem się budowie enklaw bogaczy i eksmitowaniu najbiedniejszych poza obszar atrakcyjny, choćby ze względu na estetykę miasta. Mieszkam na Pradze, więc widzę to na co dzień. W trakcie pracy nad komiksem prowadziłem darmowe zajęcia dla dzieciaków w Muzeum Pragi i przerażało mnie to, że i tak uczestniczyły w nich głównie dzieci z lewego brzegu Wisły. Dla praskich rodziców takie zajęcia wydają się nieosiągalne. 

Jak przeszedłeś z lokalnej skali do tej, którą umieściłeś w komiksie? 

Wkręciłem się w urbanistykę ‒ skąd refleksje, jak działa miasto i jak jest rozwarstwione. Wielkim wstrząsem, który otworzył mi oczy, była książka „Planet of Slums” Mike’a Davisa ‒ zrozumiałem, że Warszawa to sztuczna bańka dobrobytu, z której trudno dojrzeć slumsy i fawele biednych krajów oraz ludzi, którzy nie mają zupełnie nic. Którym za dom służy kawałek blachy pośrodku pustyni albo slumsy wybudowane przy ścianach wielkich fabryk. Ich pracownicy są w zasadzie niewolnikami. Pieniądze, które otrzymują, dają jedynie szansę na ucieczkę przed śmiercią z głodu.

Thomas Piketty w głośnej książce „Kapitał w XXI wieku” analizował 2 tys. lat historii ludzkości i stwierdził, że zawsze, gdy nierówności osiągały poziom krytyczny, wybuchała krwawa rewolucja. W komiksowym Uruku także dochodzi do buntu. Czy uważasz, że jest nieunikniony? 

Nie da się bez rewolucji uwolnić od nierówności, od opresji bogatych nad biednymi. W mikroskali to tak, jakby żona, którą bije mąż, próbowała uciec od niego, wciąż pozostając we wspólnym mieszkaniu. Musi się pozbyć źródła opresji, by odzyskać stabilność. Sytuacja mieszkańców Uruku pod pewnymi względami jest lepsza niż nasza. Oni nie wiedzą, jak żyją ludzie z wyższego poziomu. Komunikacja między kastami jest odcięta. My widzimy wszędzie reklamy nowych samochodów, ale tylko garstka z nas może je kupić. Musiałem zrezygnować z przedstawienia tego w konstrukcji poziomej, która na co dzień nas otacza. Ta pionowa – M1, M2, M3 – wynika po prostu z ograniczonej przestrzeni w komiksie.

Ale prof. Henryk Domański w wywiadzie dla Holistic News mówił, że rewolucji nie będzie, bo ludzie – wbrew temu, co mówisz – wcale nie mają świadomości skali nierówności. „Skoro coś jest, to musi być sprawiedliwe” ‒ mówił Hegel. Ludzie się z tym godzą i dlatego nie walczą z systemem. 

Rewolucja wydaje mi się nieunikniona. Niekoniecznie zbrojna, zakończona masakrą. Lecz nierówności społeczne stają się coraz większe. Lęki i napięcia są celowo podsycane w społeczeństwie. To ma odbicie w sztuce, przede wszystkim w literaturze i filmie – dobrym przykładem będzie sukces „Igrzysk śmierci”, które pokazują, że świat nie jest czarno-biały. Cieszę się, że podobna twórczość zyskuje rozgłos. W powietrzu czuć, że coś musi się zdarzyć.

Piketty porównuje nierówności do balonu: im większe, tym balon bardziej napompowany i podatny na pęknięcie. 

W komiksie mieszkańcy M2 zamknięci od 50 lat w podziemnym mieście wierzą, że ich los jest przesądzony, godzą się więc ze stanem zastanym, czyli poniekąd wyznają teorię Hegla, o której wspomniałeś. Wszystko się zmienia, gdy w wyniku działań Niny obywatele M2 dostają możliwość wejścia do lepszego świata M1. Założenie jest takie, że od tej pory wspólnie będą korzystać z dóbr. Gdy jednak przekraczają granicę M1, dociera do nich skala nierówności ‒ tego, jak byli wykorzystywani i ciemiężeni. I to wywołuje rzeź. Podobnie może być w naszej rzeczywistości. Świadomość nierówności wzrasta, aż przerodzi się w agresję.

W twoim Uruku sytuacja jest skrajna, to już nie są nierówności, tylko niewola czy niewolnictwo, od którego nie ma ucieczki... 

Tak, dla idealnego społeczeństwa M1 pracuje cała kasta ludzi podporządkowanych swoim funkcjom tak dosłownie, że nie mogą się ich pozbyć. Rikszarz udostępnia własne ciało do przewozu ludzi, sekretarki zrastają się z biurkami i krzesłami. Asystentki w siedzibie ojców zarządców są wyciągnięte z typowej męskiej fantastyki – to piękne kobiety-półroboty o długich lokach, nagich jędrnych piersiach i idealnych kształtach. Od brzucha w dół są cyborgami, poruszają się na jednym kole. Sprowadzone do estetycznej posługi mają cieszyć wzrok mężczyzn. Gdy czytałem opisy tych postaci u Olgi Tokarczuk, widziałem gotowe obrazy. Postanowiłem wzmocnić ten przekaz. Rikszarzom nadałem rysy osoby czarnoskórej – na wzór stereotypu afrykańskiego niewolnika.

Ale postaci w komiksie nie mają koloru skóry. 

Chciałem, by każdy czytelnik ‒ bez względu na rasę ‒ mógł się utożsamić z wybraną postacią. Czytałem sporo artykułów, w których czarnoskórzy Amerykanie narzekają, że starsze kreskówki nie dają im możliwości odnalezienia swojego awatara. Człowiek tak już ma, że szuka odniesień do siebie. Afroamerykanie czuli dysonans, oglądając animacje Warner Bros czy Disneya, pytali: „Gdzie jestem ja w tej kreskówce?”. Chciałem, by każdy czytelnik mógł poczuć, że komiks jest o nim, że mówi także o jego problemach. W 2019 r. planujemy wydanie komiksu w USA, zobaczymy wtedy ‒ w niehomogenicznym rasowo kraju ‒ czy mój plan ma sens.

Jaką techniką rysowałeś Uruk? 

To jest ołówek, a raczej różne ołówki na zwykłym papierze ksero. Rysunki kolorowałem cyfrowo, by nadać im współczesny sznyt. W najbardziej emocjonalnych momentach używam czerwieni. Podstawą jest akwarelowy papier namaczany herbatą, co z kolei służy wydobyciu organiczności. 

Jedna z bohaterek komiksu ma plan naprawy Uruku. Czy jej wizja zjednoczenia trzech poziomów miasta jest metaforą ruchów integracyjnych takich jak Unia Europejska? 

Nie wierzę w możliwość absolutnej integracji. Nie dlatego, że jej nie chcę. Super, gdybyśmy mogli żyć bez uprzedzeń, strachu, głodu i w godnych warunkach. Jednak historia pokazała, że takie integracyjne projekty są wplecione w politykę i cele konkretnych, bogatych grup społecznych. Pod fałszem pięknych haseł i wspaniałych równościowych programów politycznych kryją się ich korzyści. Integracja w wydaniu zamożnych ma pozwolić na tworzenie bezpiecznych enklaw – ekonomicznie opłacalnych i korzystnych dla tych, którzy podporządkowują sobie całą resztę świata. 

Świat M1 i M2 wyglądają dziwnie znajomo. Czy architektura w komiksie ma odniesienie do rzeczywistości? 

Oczywiście. W nowoczesnym M1 jest to typowo męska, falliczna wizja architektury z drapaczami chmur. Dla przykładu, siedziba ojców to stojący do góry nogami dubajski Burj Khalifa otoczony wieżowcami z Manhattanu. Z kolei M2 to blokowiska z Polski lat 70. i 80. Wielka płyta, szary beton, smutne parkingi – gdyby nie niebo, Warszawa z tamtego okresu wyglądałaby jak podziemny schron. Wykorzystałem też kontekst historyczny: w latach 80. Polakom brakowało dosłownie wszystkiego. Rosły napięcia i niezadowolenie obywateli. Pojawiła się opozycja. W Uruku jest podobnie.

Twój komiks to historia o silnych kobietach i poskramiających je mężczyznach. Czy walka Niny to metafora szklanego sufitu? 

Szklany sufit to hasło, które ‒ mam nadzieję ‒ prześwituje przez cały komiks. Projektantka okładki, Alicja Kobza, wpadła na pomysł, by umieścić Ninę na okładce patrzącą przez litery, jak zza więziennych krat. Nina nie może wydostać się z komiksu i narzuconych jej reguł. To celowy zabieg, który symbolizuje właśnie szklany sufit. W trakcie poszukiwań kochanki bohaterka poznaje mechanizmy funkcjonowania świata. Dociera do niej, do jakich manipulacji uciekają się zarządzający Urukiem ojcowie, by podporządkować sobie społeczeństwo. W końcu dostrzega, że nie ma żadnego wpływu na swój los, jest jedynie pionkiem w grze. Ta świadomość pozwala jej stanowić o sobie. I za to spotka ją kara.

Kim są zatem dwie główne bohaterki – Nina Szubur i Inanna? 

Nina jest emanacją współczesnej feministki – pełna gniewu. Alternatywne modele społeczne okazały się porażką albo istnieją w formie niedających się jeszcze zrealizować utopii, ale wie, że musi przeć do przodu. Inanna jest podobna do ‒ niestety ‒ zbyt wielu feministek z lat 90. Niby wyzwolona, ale nadal gra wedle zasad narzuconych przez mężczyzn, w tym przypadku ojców.

Oboje – ty i Tokarczuk – zwracacie uwagę, że zarówno kobiety boginie, jak i inne wielkie, silne kobiety przez wieki wymazano z historii ludzkości. 

Cały komiks o tym opowiada. Na początku powstania miasta w radzie zarządców zasiadają również kobiety. Zostają z niej usunięte w trakcie rebelii. Uruk poznajemy 50 lat po tamtych wydarzeniach, miasto żyje zgodnie z rytmem nadanym przez trzech facetów. Ojcowie mają hierarchiczny program polityczny, uważają, że tylko stratyfikacja społeczeństwa zapewni mu odpowiednią dynamikę i rozwój. 

Dlaczego czułeś potrzebę wsparcia feministek? 

Mocno wpłynęła na mnie postawa Olgi Wróbel, mojej żony. Uświadomiła mi, ile miałem zastanych poglądów wynikających z wychowania w rodzinie solidarnościowej, katolickiej, z obrazem brodatych facetów, którzy ratują Polskę. Kobiety w tym obrazie są odsunięte w cień. Uczę się przy żonie cały czas, bo zostało we mnie dużo tej starej kultury. Wciąż odkrywam całą masę dyskryminujących sytuacji w funkcjonowaniu społeczeństwa; próbowałem to przemycić w komiksie. 

Mówiłeś o rodzinie z Solidarności, latach 80., Australii. Czy twoja biografia miała wpływ na fabułę i wygląd komiksu? 

Moje poprzednie komiksy, szczególnie „Zapętlenie”, były bardzo mocno autobiograficzne ‒ znamienne jednak, że nie pojawiała się w nich rodzina. W „Ninie” pozornie jest mniej o mnie, ale znajduje się echo dotyczące zwykłych ludzi uwikłanych w Wielką Historię. Ojciec był jednym z solidarnościowców internowanych w stanie wojennym. Zamknęli go na dziewięć miesięcy. Dostał wilczy bilet, musiał emigrować do Berlina Zachodniego, namówił do wyjazdu moją matkę. Rodzice mogli tam zostać tylko przez rok i wtedy właśnie się urodziłem. Szybko musieli podjąć decyzję, czy wyjechać do Chicago, czy do Melbourne. Padło na Australię. Tam spędziłem dzieciństwo. W naszej szkole kładziono duży nacisk na inicjatywy uczniowskie. Zapraszano mnie na wykłady nauczycieli, bym rysował na żywo, ilustrował ich wypowiedzi. Od IV klasy podstawówki rysowałem komiksy ‒ parodie superbohaterów ‒ i sprzedawałem je na festynach szkolnych. Ojciec jednak tęsknił za Polską. W 1995 r. wrócił i udało mu się wstrzelić w okres transformacji. Wkrótce ściągnął nas do siebie. Choć de facto byliśmy teraz bogatsi, ojciec jeździł samochodem służbowym, a nie tyrał w fabryce mimo ukończonych studiów, to przeżyłem zupełną degradację ekonomiczno-społeczną. Z domu, gdzie każdy miał własny pokój ‒ do klitki z pokojem współdzielonym z bratem; z dotowanej państwowo szkoły prywatnej ‒ do kiepskiej szkoły publicznej w kiepskiej dzielnicy; z kapitalistycznego raju i pięknej pogody ‒ do szarej transformacyjnej Polski. Przypłaciłem to wieloletnią depresją. Ojciec z kolei po kilku latach sukcesów zaczął wypadać z obiegu i został wypluty przez uwielbiany przez siebie neoliberalny świat. Teraz między okresami bezrobocia chwyta się różnych zajęć i narzeka, że nie płacą mu tyle, ile kiedyś. 

Nie myślałeś o tym, by wrócić do Australii? 

Powrót oznaczałby dla mnie degradację. Australia to trudny rynek dla komiksiarzy, choćby z powodu ograniczonej grupy czytelników. Aby tam tworzyć i utrzymywać się z komiksu, trzeba publikować za granicą, na co możliwość mają jedynie autorzy bestsellerów. Ale to fakt – kiedyś marzyłem o powrocie każdego dnia. Teraz znalazłem tu swoje miejsce. Mam wspaniałą rodzinę: żonę Olgę i sześcioletnią córkę Gretę. Spełniam się zawodowo. 

Czyli jednak happy end? 

Mam nadzieję, że to happy begining.

RAFAEL MARCHANTE/REUTERS/FORUM
SPOŁECZEŃSTWO
Holistic News    

Więzienie leczy pracoholików

Zamiast słonecznej plaży – surowa więzienna cela. W Południowej Korei powstał ośrodek, w którym pracownik może "za kratkami" odpocząć od pracy i przemyśleć swoje życie
PIOTR KAMIONKA/REPORTER
SPOŁECZEŃSTWO
Michał Niepytalski

Koniec bajek o bohaterach

Podobno żyjemy w najlepszych, najbardziej moralnych czasach. Dlaczego więc szukamy bohaterów w odległej przeszłości? Przecież oni - gdyby żyli dziś - byliby uznani za zbrodniarzy, zboczeńców lub rasistów
KATERINA SULOVA/PAP/CTK
SPOŁECZEŃSTWO
Łukasz Grzesiczak

Czechy: tańsza taksówka dla seniora

Niemal co piąty Czech skończył 65 lat. Czeskie miasta prześcigają się w pomysłach, jak ułatwić życie swoim seniorom. Popularność zyskują dofinansowywane przez samorządy taksówki dla najstarszych
KATE HOLT/EAST NEWS
SPOŁECZEŃSTWO
Holistic News    

Walka z małżeństwami dzieci

W Etiopii w ciągu dekady odsetek dziewcząt wychodzących za mąż przed 18. rokiem życia spadł z 60 do 40 proc. Kraj jest wzorem dla całej Afryki, w której problem małżeństw niepełnoletnich jest ciągle palący
Więcej
Ta strona używa plików cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia.
OK

Logowanie

0 %