Nauka
Połączeni online, a jednak samotni. Prosta rzecz może to odwrócić
08 kwietnia 2026

Wystarczy jeden zamach, jedno „wyjątkowe zagrożenie”, by pytanie „czy dobro usprawiedliwia zło, które wyrządzamy w jego imię?” przestało być abstrakcyjnym dylematem z podręcznika etyki, a stało się bardzo osobistym testem. Także dla tych, którzy nigdy nie staną z bronią w ręku.
Czy dobro usprawiedliwia zło, które wyrządzamy w jego imię? To pytanie powraca zawsze, gdy na szali leży życie wielu, a granica między moralnością a koniecznością zaczyna się zacierać. Czy torturowanie jednego człowieka, by ocalić setki, jest dopuszczalne? Czy brutalne obalenie totalitarnego reżimu usprawiedliwia tysiące ofiar? Konsekwencjalizm mówi „tak”, deontologia – kategoryczne „nie”. Pomiędzy nimi rozciąga się szara strefa, w której zwykli ludzie stają się narzędziami „wyższego dobra”.
Psychologia eksperymentalna pokazuje, jak łatwo w niej utknąć. Philip Zimbardo w Efekcie Lucyfera demaskuje mechanizmy, przez które dobrzy ludzie zaczynają czynić zło. Zimbardo nie opisuje abstrakcyjnego „zła”, ale bardzo konkretne sytuacje: eksperyment więzienny w Stanford czy torturowanie więźniów w Abu Ghraib.
Zwykli ludzie, bez szczególnych skłonności sadystycznych, w określonych warunkach zaczynają pastwić się nad innymi – przekonani, że „tak trzeba”. Mają zadbać o porządek, bezpieczeństwo, wykonać rozkaz, wydobyć informacje, które mogą „uratować życie niewinnych”. Gdy strażnik słyszy, że od jego przesłuchania zależy los miasta czy żołnierzy w terenie, argument „dobro usprawiedliwia zło” przestaje być filozoficzną łamigłówką. Staje się roboczą instrukcją.
Kluczową rolę odgrywa tu język. Rzadko mówimy o „torturach”, częściej o „wzmocnionych technikach przesłuchań”, „zastosowaniu presji” czy „psychologicznym łamaniu oporu”. Im bardziej neutralne słowa, tym łatwiej uwierzyć, że zadawane cierpienie jest tylko narzędziem w służbie bezpieczeństwa. W tle niemal zawsze pojawia się scenariusz „tykającej bomby”. Według niego, skoro jeden więzień może uratować tysiące, to odmowa użycia przemocy zaczyna wyglądać jak egoizm albo naiwność.
Zimbardo pokazuje jednak, że ta logika ma swoją ukrytą cenę. System, który raz uzna tortury za akceptowalne „w wyjątkowych sytuacjach”, bardzo szybko uznaje, że sytuacje wyjątkowe zdarzają się zaskakująco często.
Podobny dylemat na epicką skalę pokazuje Diuna Franka Herberta. Paul Atryda oficjalnie walczy o wolność Fremenów i upadek skorumpowanego ładu. Ma rację, gdy widzi niesprawiedliwość, wyzysk i brutalność starego porządku. Problem w tym, że ceną zwycięstwa staje się święta wojna, która ogarnia kolejne światy, a liczba ofiar szybko przekracza to, co był w stanie sobie wyobrazić. Rewolucja zaczyna się w imię dobra, a kończy jako fala przemocy, wymykająca się spod kontroli.
Ta fikcyjna opowieść nieprzypadkowo kojarzy się ze współczesnymi „wyzwalanie” społeczeństw, choćby w Iraku. Tam również obalenie brutalnej władzy przedstawiano jako konieczność „dla dobra mieszkańców” i „bezpieczeństwa świata”. Formalnie zniknął dyktator, ale kraj pogrążył się w chaosie, wojnie domowej, narastającej radykalizacji.
Dla części zwolenników interwencji była to nieunikniona cena wyższych wartości. Dla innych – dowód, że w imię dobra można rozkręcić machinę zniszczenia, nad którą nikt już nie panuje. Herbert, choć pisze fantastykę, bardzo wyraźnie pokazuje właśnie ten moment. Dobro, które miało usprawiedliwiać przemoc, staje się zakładnikiem kolejnych aktów przemocy.
Zarówno Zimbardo, jak i Herbert sugerują, że problem nie sprowadza się do prostego rachunku „ile istnień za ile istnień”. Chodzi o to, w jakich strukturach myślenia poruszamy się, gdy mówimy, że dobro usprawiedliwia zło. Strażnik, który widzi w więźniu tylko „nośnik informacji”, łatwo przekracza kolejne granice. Z pola jego widzenia znika człowiek po drugiej stronie. Przywódca rewolucji, który zaczyna myśleć w kategoriach „milionów istnień” i „przeznaczenia narodu”, przestaje dostrzegać pojedyncze twarze tych, którzy zapłacą za jego decyzje.
Kłopot polega na tym, że im wyższy i bardziej abstrakcyjny cel, tym łatwiej usprawiedliwić niemal wszystko, co robimy po drodze. W imię bezpieczeństwa, wolności, demokracji czy zbawienia świata możemy bardzo szybko dojść do wniosku, że nie ma takiego poziomu zła, którego nie dałoby się „przeliczyć” na większe dobro.
Odpowiadając na pytanie, czy dobro usprawiedliwia zło, nie wystarczy więc zapytać, czy warto poświęcić jednego, by ocalić tysiąc. Trzeba zapytać, jakiego rodzaju wspólnotę moralną budujemy, gdy uczymy się myśleć o ludziach głównie w kategoriach „środków” do celu. Bo może najgroźniejsze nie jest to, że raz zgodzimy się na tortury więźnia czy brutalne obalenie reżimu. Najgroźniejsze jest to, że z czasem przestaniemy widzieć w tym w ogóle coś, co wymaga usprawiedliwienia.
Przeczytaj również: Zło nie potrzebuje potworów. Milczenie ma konsekwencje
24 października, Bielsko – Biała
***
Bilety early birds już są!
Tylko do końca czerwca zamiast 69 zł … w przedsprzedaży zapłacisz
49 złotych!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: