Nauka
Niebo rozbłyśnie nad Polską. Zimowy spektakl spadających gwiazd
14 lutego 2026

Granice między kulturą wysoką a popularną przesuwają się od wieków. Ale czy to oznacza, że powinniśmy zrezygnować z hierarchii wartości? Andrzej Kucybała zabiera głos w sporze, który dotyczy nas wszystkich.
W dzisiejszym świecie dostęp publiczny do tzw. kultury, czasami, a nawet najczęściej ogranicza się do kliknięcia klawisz komputera, wybrania właściwej literki na klawiaturze smartfona. I już słuchamy wybitnych dzieł muzycznych w niezliczonych wykonaniach, a także uzyskujemy błyskawiczny dostęp do prostych utworków z dowolnego gatunku muzyki.
I zasadnicze pytanie, które postawiłem, jako tytuł tego felietonu – „jak dziś bronić…”. Wydaje się ono dobre i właściwe w obecnych czasach przełomu kulturowego, ale i trudne dla uzyskania obiektywnej odpowiedzi, bo dotyka wartościowania.
Jak bronić hierarchii wartości, nie negując równości osób, a więc podstaw demokracji? Nie popełniając przy tym podstawowego błędu, polegającego na utożsamianiu krytyki hierarchii kulturowej z obroną godności człowieka.
Niepodważalne stwierdzenie rodzi się samo. Wszyscy ludzie są równi w godności i prawach. Ale jednocześnie pojawia się inne ważne stwierdzenie. Nie wszystkie wytwory kultury są równe pod względem formy, złożoności, trwałości czy poznawczej głębi.
I pojawia się kolejne pytanie. Czy zamiast bronić „elity kulturowej” należy za wszelką cenę bronić kryteriów oceny, pod względem wewnętrznej spójności, dialogu z tradycją, zdolności do wielokrotnej i zróżnicowanej interpretacji i wreszcie odporności na upływ czasu?
Owszem, tak ustalone kryteria pozwolą nam w sposób czytelny uniknąć zarzutu o egalitarność (wszystko jest równie wartościowe), ale też snobizmu, czyli zarzutu „wartość zależy od tego, kto tę kulturę i w jaki sposób konsumuje”.
Powszechny zarzut dotyczący braku uwrażliwienia i zapotrzebowania społecznego na tzw. kulturę wysoką nie dotyczy wyłącznie kultury muzycznej. On w równym stopniu dotyka literatury, teatru, codziennej prasy, a nawet polityki.
Czyż nie z sentymentem „starsi” (po czterdziestce), pamiętający czasy przełomu systemowego, wspominając język wypowiedzi i dysputy polityków takich jak minister Krzysztof Skubiszewski, czy ówczesny premier RP Tadeusz Mazowiecki tęsknią dzisiaj za kulturą ich wypowiedzi i formą dyskusji politycznej.
Definiując pojęcie tzw. kultury wysokiej, należy podkreślić, że konsumowanie jej nie jest dla wybrańców, a więc droga do jej poznawania nie jest „zamknięta”, lecz jest kulturą „wymagającą”. Zakłada się, iż kultura wysoka wymaga czasu na jej dogłębne poznanie, pracy nad sobą i właściwej skutecznej inicjacji.
I to słowo inicjacja procesu poznawania kultury wydaje się słowem kluczowym. Kiedy rozpocząć ten proces, jakimi metodami, aby nie zrażać a zachęcać, nie polecać i nie nakazywać, ale wytwarzać u młodych ludzi wewnętrzną potrzebę kontaktu z tzw. wielką sztuką itd. i itd.? Rzeczywiście, te zagadnienia rodzą więcej dalszych pytań, niż jasnych i czytelnych odpowiedzi.
Czy czasy, w których teraz żyjemy, zwariowane, szybkie, pozwalają nam na chwile refleksji, zastanowienia się, przemyślenia? Nie, my to wszystko „pożeramy” łapczywie, bez zastanowienia się, gdyż „nowość” goni „nowość”, a my łykamy to wszystko, jak karmione kluskami gęsi hodowane „na ubój”, aby jak najszybciej przybrały na wadze.
Czy w tej drapieżnej sytuacji mamy czas, aby porównać muzykę Jana Sebastiana Bacha, Mozarta, Beethovena czy wreszcie naszego Chopina, z utworami popowej muzyki, poczynając od piosenek Martyniuka, hip-hopu, w których warstwa muzyczna praktycznie nie istnieje? To wydaje się karkołomne porównanie, ale argumentując antropologicznie, a nie moralizatorsko – można.
Formułując dość powszechne stwierdzenie wybitnych kulturoznawców „człowiek ma zdolność do doświadczeń bardziej złożonych niż to, co szybkie, przewidywalne i czysto rozrywkowe”. Kultura „wysoka” te zdolności rozwija. I nie należy tego tłumaczyć, jako argumentu o wyższości ludzi kochających powieści Marcela Prousta, utwory K. Szymanowskiego, czy G. Pstrokońskiej- Navratil, ale jako wyznacznik ludzkiego potencjału twórczego i poznawczego.
Przecież w historii muzyki (bo ona jest mi najbliższa), kanon tego, co dzisiaj nazwalibyśmy „kulturą wysoką”, zmieniał się. Muzyka ojca i syna Straussów, a nawet Mozarta w owym czasie nie pełniła funkcji muzyki nobilitowanej, którą dzisiaj zaliczamy do tzw. kultury wysokiej. Była w owym czasie muzyką, nawet używając brutalnego określenia, „jarmarczną”. Ale jednak ona także przetrwała w kanonie dzieł zaliczanych do tzw. wysokiej kultury.
Kanony się zmieniają, granice między wysoką a niską kulturą ulegają przesunięciu, a wiele dzieł niegdyś marginalizowanych zyskuje z czasem rangę klasyczną. Ale to stwierdzenie nie podważa jednak podstawowej tezy samej idei hierarchii kulturowej.
Obrona tzw. kultury wysokiej dziś nie powinna oznaczać obrony za wszelką cenę nostalgii za dawnym porządkiem. Jednak rezygnacja z tego przekonania w imię źle pojętej równości prowadzi nie do emancypacji, lecz do kulturowej płaskości otaczającego nas świata kultury, w którym nic nie jest warte wysiłku, bo wszystko jest tak samo dobre. Kultura „wysoka” rozwija i uczy cierpliwości, szukania wzorów interpretacyjnych, autorefleksji i zdolności postrzegania niejednoznaczności.
Te wszystkie moje wywody i przemyślenia nie oznaczają odrzucenia kultury popularnej ani powrotu do hierarchii opartej na społecznej pozycji.
Ona właśnie, ta „popkultura”, też spełnia ważne społecznie funkcje, które musimy uwzględnić w naszej ocenie wartości. Ona także integruje, zapewnia bezrefleksyjną rozrywkę, ale często także krytyczną wobec otaczającego nas świata.
Wystarczy przypomnieć sobie wielu artystów rockowych i popowych, tak różnych, jak Crosby, Stills, Nash & Young, Bruce Springsteen, Little Steven, Rage Against the Machine, Radiohead, Manic Street Preachers, Megadeth, Enter Shikari, Architects, Muse, System of a Down, Sonic Boom Six i Drive-By Truckers, którzy otwarcie głosili przesłania polityczne w swojej muzyce.
A dzisiaj, z perspektywy czasu, wtedy czysta rozrywka, ale także rodzaj buntu społecznego, dziś uchodzi za kanon muzyki, prawie klasyki zwanej „rozrywkową”.
Podsumowując moje przemyślenia i wywody pozwolę sobie na takie stwierdzenie: egalitaryzm kulturowy nie tylko nie poszerza horyzontów, ale paradoksalnie je zawęża. Głosząc, że wszystkie formy ekspresji są równie wartościowe, unieważniamy tym stwierdzeniem możliwość rozwoju smaku, krytyki i samodoskonalenia.
Jeżeli stwierdzimy, że wszystko jest równie dobre i nie musi być wymagające, nie stwarza żadnego emocjonalnego oporu, to kultura przestanie pełnić podstawową funkcję formującą. Człowiek zostaje sprowadzony do roli konsumenta treści, a nie uczestnika procesu twórczego. Stanie się wyłącznie zjadaczem fast fooda, a nie konsumentem doszukującym się różnych wykwintnych smaków podawanych w ekskluzywnych restauracjach, czy własnoręcznie przyrządzanych potrawach.
Słuchacze i melomani zapełniający sale teatralne, sale filharmonii czy opery nie należą do klasy wyższej, ale do ludzi, którzy szukają i odnajdują w nich wyższe wartości i traktują kulturę jako narzędzie własnego rozwoju, a nie znak wyższego statusu społecznego.
Przeczytaj również: Polska chce być krajem kultury. Ale czy potrafi w nią inwestować?
Z kodem LUTY26 dostawa do paczkomatów InPost gratis!
Udanych zakupów!
Księgarnia Holistic News
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: