Prawda i Dobro
Jeden dron i świat staje. Te miejsca decydują o cenach paliw
31 marca 2026

Od lat trenujemy mózgi w zauważaniu wyłącznie kryzysów, budując wspólnotę na fundamencie zbiorowego nieszczęścia. Czyżby uciekanie przed radością było naszym kodem kulturowym? A przecież powiedzenie otwarcie o tym, co u nas dobrego i docenianie małych rzeczy, nie jest żadnym wykroczeniem ani towarzyskim faux pas.
„Co dobrego słychać?” Często zadaję to pytanie podczas przypadkowych spotkań na biurowym korytarzu, na ulicy czy w czasie rozmów przy kawie. I coraz częściej widzę tę samą reakcję: zawahanie, zmieszanie, zmarszczone brwi, analityczne spojrzenie i nerwowy uśmiech. Jakby rozmówca skanował mnie wzrokiem, zastanawiając się: „Czego ona ode mnie chce? O co jej chodzi?”. Często pada też krótka, automatyczna odpowiedź: „A co może być dobrego?”, „Wszystko po staremu”, „Jakoś leci”.
Dało mi to do myślenia. Nie pytam przecież o to, ile rat kredytu zostało Ci do spłaty, skąd wzięłaś pieniądze na nowe auto, ani o politykę, religię czy napięcia w pracy. A mimo to, chcąc zwyczajnie docenić całe rzeczy, czuję się, jakbym popełniła co najmniej towarzyskie faux pas.
Zastanawiałaś/zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego tak proste pytanie okazuje się trudne i niewygodne? Dlaczego czujesz się nieswojo na samą myśl, że odpowiedź mogłaby brzmieć: „Wiesz, właściwie to czuję się świetnie”?
Może to kwestia wychowania, a może specyficzny kod kulturowy, w którym żyjemy. Bo nauczyliśmy się, że narzekanie jest bezpieczne. To rodzaj społecznego porozumienia, które buduje wspólnotę szybciej niż docenianie małych rzeczy czy jakakolwiek opowieść o tym, co się udało.
Kiedy narzekam na korki, rachunki, podatki czy zdrowie, natychmiast spotykam się ze zrozumieniem. Jednak gdy mówię: „U mnie dobrze. W weekend obejrzałam świetny film i upiekłam pyszne ciasto, choć nie jestem wybitną kucharką”, nagle wyłamuję się z tego niewidzialnego porozumienia opartego na wspólnym dźwiganiu ciężarów. Prawda?
Dlatego pytanie „co dobrego?” zaburza czasoprzestrzeń i zmusza do zatrzymania się i docenienia małych rzeczy. W świecie, w którym większość z nas funkcjonuje od zadania do zadania, od jednego kryzysu do kolejnego, takie zatrzymanie jest trudne, powoduje dyskomfort.
Potrafimy godzinami analizować jeden trudny mail, nieprzyjemną wymianę zdań w pracy czy nową rysę na samochodzie. Mielimy to w głowie przez cały dzień. Nazywam to „Mortal Kombat” myśli. A czy pomiędzy tym wszystkim naprawdę nie było żadnego dobrego momentu? Choćby minuty, a nawet czterech sekund – paru małych rzeczy, które można docenić?
Może poranna kawa była wyjątkowo smaczna, pani w piekarni uśmiechnęła się szczerze, a dziecko przytuliło się bez powodu. Takie małe sprawy zazwyczaj przez nas przepływają. Nie zatrzymują się. Nie zapisują w pamięci. Dlaczego?
Często łapałam się na tym, że czekałam na coś spektakularnego i imponującego – na „wielkie szczęście”. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że radość często kryje się w drobiazgach i to właśnie one, sumując się, tworzą to wyczekiwane szczęście. Bo moja satysfakcja zależy od tego, gdzie kieruję reflektor mojej uwagi.
Bardzo ważne jest, by skupiać się nie na tym, czego się nie ma, lecz na tym, co się ma. Tego trzeba się nauczyć.
– pisze Ewa Woydyłło w książce Szczęścia można się nauczyć.
To zdanie brzmi prosto, ale idzie za nim ciężar odpowiedzialności. Jeśli szczęścia trzeba się nauczyć, oznacza to, że nie jest ono kwestią przypadku, lecz treningu. To Ty i ja decydujemy, czy wieczorem będziemy odtwarzać w głowie kłótnię z szefową, czy raczej to, że zdążyliśmy na zielonym świetle, usłyszeliśmy w radiu ulubioną piosenkę lub dostaliśmy od koleżanki szczere: „Dobrze Cię widzieć”. Sami decydujemy czy będziemy doceniać małe rzeczy.
Kiedy ostatnio byłaś/byłeś „tu i teraz”? Większość czasu spędzamy w przeszłości – analizując błędy i rozkładając na czynniki pierwsze decyzje, których nie da się już cofnąć – albo w przyszłości, martwiąc się o to, co się wydarzy, choć nie mamy na to wpływu. A teraźniejszość? Ona znika. Przestaje istnieć. Dlaczego? Bo wymaga uważności, a uważność wymaga zatrzymania się. Tu kolejny raz przypominają mi się słowa Ewy Woydyłło:
Często słyszy się taką radę: żyj tak, jakby ten dzień był twoim ostatnim i to jest naprawdę dobry pomysł, bo to nic innego jak propozycja – bądź tu i teraz. Liczy się to, co każdy z nas zrobi z tym momentem, który właśnie ma do dyspozycji.
Bycie „tu i teraz” to nie jest coachingowe, manipulacyjne hasło. To prawdopodobnie jedyny sposób, aby zauważyć, że życie składa się z czegoś więcej niż tylko problemy i napięcia. Jeśli nie zatrzymasz przy sobie dobrych momentów, one po prostu znikną. Jeśli jednak przystaniesz na chwilę i je nazwiesz – docenisz małe rzeczy – one zostaną na dłużej. I być może realnie zmienią Twoje postrzeganie rzeczywistości.
Warto przeczytać: Weź życie w swoje ręce: jak być szczęśliwym
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: