Humanizm
Małe zmartwychwstania. Cichy cud, który wszystko zmienia
04 kwietnia 2026

Węgiel z okupowanego Donbasu nie był tylko surowcem, był częścią systemu, w którym pieniądze łatwo oddziela się od ludzkiego cierpienia. O kulisach tego mechanizmu, wojnie i granicach moralności — ze współautorem książki „Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu”, Michałem Potockim — rozmawia Patrycja Krzeszowska
Patrycja Krzeszowska: Chciałabym zacząć rozmowę od samej książki. Jak to się stało, że zdecydował się pan przeprowadzić dziennikarskie śledztwo w sprawie przemytu antracytu z okupowanego przez Rosję Donbasu?
Michał Potocki*: Pracowaliśmy nad nim razem z Karoliną Bacą-Pogorzelską, ja zajmowałem się wątkami wschodnimi, ona – energetycznymi. Zaczęliśmy łączyć fakty. Skoro kopalnie na okupowanej części Donbasu wciąż działają, a wydobywany tam węgiel jest tańszy, pojawiło się pytanie, dokąd trafia. Trop prowadził do Polski.
Zaczęliśmy sprawdzać, zadawaliśmy pytania, przeszukiwaliśmy bazy danych oraz ukraińskie i rosyjskie media. W końcu trafiliśmy na nazwę firmy zarejestrowanej w Katowicach: Doncoaltrade. Pojawiła się w jednej z ukraińskich gazet jako podmiot widniejący w rosyjskich bazach celnych jako odbiorca węgla z okupowanej części Donbasu.
Pojechaliśmy do Katowic i sprawdziliśmy adres rejestracyjny spółki. Na miejscu nikogo nie było. Lokal był zabity deskami, skrzynka pocztowa pełna ulotek i zalegającej korespondencji. Nic nie wskazywało na to, że prowadzona jest tam jakakolwiek działalność. Podobne rzeczy mówili nam pracownicy tego biurowca. Nie odpuściliśmy jednak. Dotarliśmy do osób z dostępem do rosyjskich baz celnych, w których rejestrowano każdy transport, jego wielkość, odbiorcę i kraj pochodzenia. To tam odkryliśmy kolejne firmy, często znacznie bardziej interesujące niż Doncoaltrade.
Udało nam się odtworzyć szerszy obraz tego procederu. Ustaliliśmy kto, kiedy, ile i do kogo wysyłał surowiec. Pokazaliśmy też, jak krwawy, przestępczy mechanizm zasilał administracje okupacyjne i przyczyniał się do wzbogacania się nowych elit po drugiej stronie frontu.
Czym jest antracyt?
Antracyt jest jednym z najbardziej energetycznych rodzajów węgla, najczystszym w swojej kategorii. W efekcie dostarcza najwięcej energii spośród wszystkich rodzajów węgla. Nie spala się go w typowych piecach węglowych. Znajduje natomiast szerokie zastosowanie w przemyśle: wykorzystuje się go m.in. w procesach produkcji koksu oraz w różnych zakładach przemysłowych wymagających paliwa o wysokiej kaloryczności.
Ze względu na swoje właściwości antracyt jest również relatywnie droższy od bardziej rozpowszechnionych odmian węgla, takich jak węgiel kamienny czy brunatny, wydobywanych m.in. w Polsce.

Jaka była dla pana najtrudniejsza prawda, z którą musiał się pan zmierzyć podczas pracy nad tą sprawą?
Najbardziej uderzająca była skala łatwości, z jaką podejmowano decyzje wątpliwe moralnie, także w dużych firmach. Osoby sprowadzające węgiel z okupowanego Donbasu dobrze wiedziały, że nie pochodzi on z Rosji, choćby po jego parametrach. Trudno więc mówić o niewiedzy. Mimo to decydowały się na zakup, bo był tańszy i wygodny. Nawet jeśli oznaczało to pośrednio podsycanie krwawej wojny.
Co sprawia, że zwykli na co dzień ludzie, którzy w teorii są dobrzy, a przynajmniej przyjmujemy, że tacy są, jednak ignorują cierpienie innych i chcą zarabiać na handlu tymi surowcami. Co według pana to mówi o naszej naturze?
Myślę, że to jest o tyle łatwiejsze, że tego cierpienia nie widać na pierwszy rzut oka. Ktoś odbiera wagon węgla i tyle. Bryły węgla nie są przecież zakrwawione: nie widać po nich, skąd pochodzą, w związku z czym łatwo przejść nad tym do porządku dziennego.
Nie znaczy to, że ci sami ludzie byliby gotowi własnoręcznie skrzywdzić drugiego człowieka, by zyskać kilka dolarów na tonie surowca, najczęściej nie. Problem polega na czymś innym. Między kopalnią w okupowanym Donbasie a odbiorcą, choćby na Śląsku, rozciąga się długi łańcuch pośredników, firm i zależności. Do tego dochodzi dystans geograficzny. W takiej sytuacji łatwo przymknąć oczy na to, co dzieje się na początku tego łańcucha.
To mechanizm, który ma charakter uniwersalny. Motywacja pozostaje ta sama, chodzi o pieniądze. Trafiają one zwykle do osób powiązanych z władzą, administracją okupacyjną albo grupami, które przejęły cudzą własność i zaczęły na niej zarabiać. To schemat, który powraca przy kolejnych konfliktach zbrojnych i najpewniej będzie się powtarzał także w przyszłości.
Kiedy zaczynaliśmy pracę nad tym tematem, wydawało nam się, że jego udokumentowanie może coś realnie zmienić, np. skłonić Komisję Europejską do wprowadzenia embarga na węgiel z terenów okupowanych albo szerzej, na handel z tak zwanymi Doniecką i Ługańską Republiką Ludową. Tak się jednak nie stało.
Komisja Europejska wprowadziła takie embargo dopiero 23 lutego 2022 roku, na dzień przed rosyjską inwazją na Ukrainę. Później, m.in. pod presją Polski, rozszerzono sankcje na cały rosyjski węgiel, niezależnie od jego faktycznego pochodzenia. Potrzebna była jednak pełnoskalowa wojna, by te decyzje w ogóle zapadły.
W którym momencie obserwując Donbas, najbardziej widać, że wojna odbiera ludziom godność i sprowadza ich do elementu systemu?
Wojna odbiera ludziom godność na wielu poziomach, zarówno ofiarom, jak i sprawcom. Ci, którzy trafiają do rosyjskiej armii, często z własnej woli skuszeni wysokimi zarobkami, stają się w pewnym sensie podwójnie zależni, politycznie i finansowo. Wchodzą w system, w którym państwo najpierw płaci za podpisanie kontraktu, a potem za śmierć na froncie. Te pieniądze trafiają do rodzin poległych.
To skrajnie cyniczny mechanizm, w którym człowiek zostaje sprowadzony do roli zasobu, który można kupić. Najczęściej dotyczy to osób z najbiedniejszych regionów Rosji, dla których taka oferta bywa jedyną szansą na poprawę sytuacji materialnej.
Na drugim poziomie wygląda to tak, że cywile spędzają po kilkanaście godzin dziennie w schronach albo noce w przedpokoju, na materacu czy w wannie, bo miasta są ostrzeliwane. Na co dzień muszą śledzić alarmy lotnicze i za każdym razem oceniać, co one oznaczają, czy to zagrożenie rakietowe, czy atak dronów. Życie podporządkowane jest ciągłemu poczuciu zagrożenia, które każdy musi interpretować sam, kierując się własnym rozsądkiem. W takich warunkach trudno mówić o godnym funkcjonowaniu.
Niektórzy politolodzy i eksperci sugerują, że można „ucywilizować” wojnę. Co Pan o tym sądzi?
Człowiek ma w sobie zarówno skłonność do okrucieństwa, jak i potrzebę jego ograniczania. Stąd próby ujmowania wojny w bardziej cywilizowane ramy. Po doświadczeniach XIX i XX wieku wyraźnie widać pewien dualizm. Z jednej strony wojna agresywna jest zakazana, sama napaść na inne państwo, niesprowokowana i nieusankcjonowana decyzją Rady Bezpieczeństwa ONZ, stanowi naruszenie prawa międzynarodowego. Z drugiej strony, jeśli już do niej dochodzi, istnieją zasady jej prowadzenia, które określają, co jest dopuszczalne, a co nie.
To, co wykracza poza te ramy, określamy jako zbrodnie wojenne, a na wyższym poziomie jako zbrodnie przeciwko ludzkości czy ludobójstwo. Są to normy, które jako cywilizacja przyjęliśmy po to, by choć częściowo ograniczać cierpienie, przede wszystkim ludności cywilnej.
Wiele zależy od tego, czy państwo prowadzące wojnę, obronną lub napastniczą, traktuje te normy poważnie. W przypadku Rosji widać, że tak nie jest, co przekłada się na skalę zbrodni wojennych, o których się dowiadujemy, okrucieństwa i tortur. Mimo istnienia norm, konwencji i umów międzynarodowych, wojna w swojej istocie pozostaje systemowym odbieraniem ludziom godności.

Co pan czuł podczas pracy nad tą książką, stykając się z tymi wszystkimi okropieństwami? Czy to była bezsilność, czy inne uczucie?
Mieliśmy świadomość, że nasza praca tylko w ograniczonym stopniu przekłada się na realne ograniczenie opisywanych procederów. I tu było poczucie bezsilności. Dopiero wybuch pełnoskalowej wojny sprawił, że podjęto zdecydowane działania. Z drugiej strony widzieliśmy też bardziej wymierne efekty. Sam fakt, że temat trafił do debaty publicznej sprawił, że część firm zaczęła się wycofywać ze współpracy z kontrahentami dostarczającymi węgiel z okupowanego Donbasu.
Tak było na przykład w przypadku spółki Ciech, dużego odbiorcy węgla, która zdecydowała się zweryfikować źródła surowca i sprawdzić, czy nie pochodzi on z terenów okupowanych. To był pozytywny przykład działania. Na tym polega również rola dziennikarstwa, na uświadamianiu opinii publicznej i elit, jakie mechanizmy funkcjonują w tle. W efekcie część firm zaczęła dokładniej przyglądać się swoim partnerom, zrywać umowy albo zmieniać zasady współpracy.
Efekty były widoczne w danych. W Polsce skala tego procederu spadła o kilkadziesiąt procent. Nie oznacza to, że zniknął całkowicie, część handlu przeniosła się do innych krajów. Można jednak było powiedzieć, że do Polski zaczęło trafiać wyraźnie mniej takiego węgla niż przed rozpoczęciem naszego śledztwa. Po lutym 2022 roku import wysechł w ogóle.
Wierzę w to, że kluczem jest uwrażliwienie czytelnika na złe rzeczy, które wokół się dzieją i pokazywanie mu, w jaki sposób sam może dokonywać dobrych wyborów konsumenckich. To jest coś, na co wpływać możemy, ale czy ktoś się na to zdecyduje czy nie, to jest kwestia sumienia każdego człowieka.
Czy osobom odpowiedzialnym za ten proceder postawiono zarzuty?
Trudno takie osoby postawić przed sądem ze względu na to, że są to obywatele Rosji, którzy z Rosji nie wyjeżdżają. Toczyły się różne sprawy przed sądami, zwłaszcza ukraińskimi. W większości są to sprawy zaoczne, tzn. sądzono tam przedstawicieli okupacyjnej administracji. Część z tych ludzi to także obywatele Ukrainy, bo część Ukraińców zdradziła i poszła do okupanta.
Ja nie widzę wielkich szans na sprawiedliwość. Tym bardziej że trwająca wojna sprawiła, iż duża część z tych kopalń już nie istnieje. To jest paradoks, bo Rosja zaczynała wojnę w 2014 roku pod hasłem ochrony Donbasu. Tymczasem doprowadziła tą wojną do absolutnej degeneracji tego regionu, do faktycznej likwidacji Donbasu jako zagłębia węglowego i regionu przemysłowego.
Co mogłoby się zmienić w naszym myśleniu jako ludzi, aby taka historia, jak ta z Donbasu, już nigdy więcej się nie wydarzyła?
To, co przeszkadza rosnącej liczbie ludzi, to mylenie ofiar z agresorem. Mamy tendencję, widoczną przede wszystkim w mediach i serwisach społecznościowych, do szukania winy nie po stronie agresora, lecz ofiar. Tymczasem fakty są proste. Rosja jest odpowiedzialna za tę wojnę. Przed 2022 r. wystarczyła jedna decyzja podjęta na poziomie unijnym, żeby węgiel z Donbasu przestał płynąć do UE.
Generalnie zaś warto pamiętać, żeby z większą wrażliwością podejmować decyzje biznesowe i konsumpcyjne. Dlatego że wszystko, co kupujemy, zostało gdzieś wyprodukowane i mogło powstać w bardzo różnych warunkach, także środowiskowych.
Warto zadać sobie pytanie, czy firma, która coś dla nas wytworzyła, przestrzega norm środowiskowych, czy je łamie? Czy nie szkodzi otoczeniu? Czy nie wykorzystuje pracy więźniów lub pracy niewolniczej. I czy pieniądze, które zarabia, nie trafiają do kieszeni watażków, bojówek czy autorytarnych reżimów.
*Michał Potocki – dziennikarz z ponad 20-letnim doświadczeniem. Autor licznych książek, w tym Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu. Specjalizuje się w geopolityce, szczególnie Europy Wschodniej. Laureat prestiżowych nagród.
Warto przeczytać: „Granice Rosji nie kończą się nigdzie.” Rosjanie śnią o imperium
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: