Zwierzęta zapomniane przez prawo

Zwierzęta mają prawa, ale bronić ich nie ma komu. Nie wszystkie są też wobec tego prawa równe. To smutna rzeczywistość, którą można jednak zmienić – przekonuje adwokat Karolina Kuszlewicz, sama zajmująca się tą tematyką MARCEL WANDAS: Rozpoczął się masowy odstrzał dzików. Mają być one nosicielami wirusa afrykańskiego pomoru świń. Czy stoi za tym jakikolwiek logiczny argument? KAROLINA KUSZLEWICZ*: Nasze prawo zezwala na polowania i odstrzały […]

Zwierzęta mają prawa, ale bronić ich nie ma komu. Nie wszystkie są też wobec tego prawa równe. To smutna rzeczywistość, którą można jednak zmienić – przekonuje adwokat Karolina Kuszlewicz, sama zajmująca się tą tematyką

MARCEL WANDAS: Rozpoczął się masowy odstrzał dzików. Mają być one nosicielami wirusa afrykańskiego pomoru świń. Czy stoi za tym jakikolwiek logiczny argument?

KAROLINA KUSZLEWICZ*: Nasze prawo zezwala na polowania i odstrzały sanitarne, ale nie może mieć to formy dowolnej i sprzecznej z wiedzą naukową. Prawo zakłada, że wyjątek od zakazu zabijania zwierząt może wystąpić m.in. w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa publicznego lub poważnego zagrożenia sanitarnego. Tym razem debata toczy się wokół wirusa ASF. Żeby ocenić ją od strony prawnej konieczna jest znajomość wiedzy naukowej, a ta nie pozostawia wątpliwości, że masowy odstrzał dzików nie pomoże w walce z ASF, a nawet może zaszkodzić. Dzięki portalowi OKO.press wyszło na jaw, że Ministerstwo Środowiska chciało zezwolić na zakrojone na wielką skalę polowania. Główny Lekarz Weterynarii precyzował, że chodzi o “zsynchronizowane polowania zbiorowe”. Celem jest maksymalne możliwe obniżenie populacji.

Ile zwierząt ma zostać zabitych?

W pismach ministra dotyczących odstrzału nie było podanej liczby zwierząt, która pozostanie przy życiu, a warto dodać, że w samym sezonie łowieckim 2017/2018 zabitych zostało już prawie 340 tysięcy dzików – tak podaje Polski Związek Łowiecki.  Dla organów władzy rządowej to ciągle mało. Mamy więc uzasadnione podejrzenie, że aktualnie dochodzi do próby wyeliminowania wręcz całego gatunku, która się nie powiedzie, bo dziki przejdą zza wschodniej granicy.

To pokazuje bezsens rzezi tych zwierząt. Profesor Henryk Okarma z Instytutu Ochrony Przyrody PAN stanowczo stwierdził, że nie ma dla tego uzasadnienia. Jest myśliwym, więc nie można zbyć jego argumentów łatką „szalonego ekologa” W artykule naukowym z sierpnia 2018 roku stwierdził, że nie ma żadnych dowodów na korelację między liczebnością populacji dzików a rozprzestrzenianiem się wirusa ASF. Ministerstwo Środowiska chyba zdaje sobie z tego sprawę, a mimo to idzie w zaparte. W piśmie z listopada 2018 podało, że odstrzał dzików ma być pośrednią metodą walki z ASF.

„Pośrednią”, czyli jaką?

Moim zdaniem, przymiotnik „pośrednia” świadczy o tym, że ministerstwo ma świadomość, że dziki mają niewiele wspólnego z występowaniem ASF u świń, a przynajmniej nie ma żadnych na to dowodów. Władza publiczna zaniedbała problem związany z bioasekuracją świń – czyli przestrzeganiem rygorystycznych zasad higieny wśród osób mających z nimi kontakt. Dziki przecież nie mogą dostać się do chlewni, nie ma więc bezpośredniego kontaktu. To ludzie zazwyczaj przenoszą wirusa. Mimo, że od kilkunastu miesięcy mamy do czynienia z masowym odstrzałem dzików, nie widać jego efektów w odniesieniu do wirusa u świń, co zauważa profesor Okarma.

Protest „Solidarni z dzikami” na Rynku Głównym w Krakowie, styczeń 2019 r. (BEATA ZAWRZEL / REPORTER)

Przypadek dzików pokazuje, że mamy nieprecyzyjne mamy prawo, które nie bierze pod uwagę interesu zwierząt?

Dziki są symbolem tego, jak bardzo zapędziliśmy się w przekraczaniu granic między ochroną ekonomicznego interesu a dobrem zwierząt. To również kwestia niedoskonałego prawa – zwłaszcza tego, które ma chronić dzikie zwierzęta. Jest ogromny opór społeczny wobec złego traktowania psów czy kotów…

Symboliczny obraz psa przywiązanego łańcuchem przy budzie budzi już chyba dość zgodny sprzeciw. Ale problem leży gdzie indziej?

Z jednej strony, te psy przy budzie nadal są, ale społeczeństwo się buntuje. Mimo że i tu prawo nie działa doskonale – organy ścigania często zaniedbują takie sprawy, interwencje nie przynoszą skutku. Trzeba jednak pamiętać, że są i inne grupy zwierząt, które są pod ochroną prawa, i których dotyczy zasada humanitarnego traktowania, jednak ich cierpienie traktowane jest jako mniej ważne, bo w pierwszej kolejności postrzegane są poprzez swoją funkcję użytkową wobec człowieka, a nie poprzez prawo do życia.

O które konkretnie zwierzęta  chodzi?

Hodowlane, dzikie, tak zwane futerkowe, wykorzystywane w cyrkach, bezdomne, ryby, ptaki. Z przyczyn mentalnych trudno jednak skutecznie je chronić – to grupy zwierząt, z którymi zazwyczaj ludzie mają niewiele do czynienia, są dla nich odległe, i dlatego niewiele osób się za nimi wstawia. Wpływa na to także język. O tak zwanych zwierzętach łownych ustawa mówi jako o „zwierzynie”, a nie o „istocie czującej, zdolnej do odczuwania cierpienia”, jak w ustawie o ochronie zwierząt. Prawo łowieckie nie mówi o „zabijaniu” zwierząt, ale o „wchodzeniu w ich posiadanie”. Taki język uprzedmiotawia te zwierzęta.

ADAM ŁAWNIK / EAST NEWS

Czyli pies może być członkiem naszej rodziny, a zwierzę żyjące gdzieś w dalekiej puszczy jest już chyba tylko albo ciekawostką, albo zwierzyną, którą można odstrzelić…

Jest wiele wrażliwych osób, które mówią, że nie są w stanie obejrzeć filmu z rzeźni, ale z uśmiechem wcinają schabowego. Wyparcie i brak odwagi, by skonfrontować się z rzeczywistością. Wróćmy do polowań. Jeśli słyszymy o „odstrzale zwierzyny” i „wchodzeniu w posiadanie”, to ciężko odczuwać jednocześnie współczucie, ale gdy pojawia się informacja o zakatowanym psie z połamanym kręgosłupem, to współczuje mu cała Polska. Jest jeszcze aspekt ekonomiczny. Nie ma ustalonej granicy między interesem człowieka a prawami zwierząt. Tam, gdzie zabijanie lub inny rodzaj eksploatacji zwierząt może przynieść korzyść, jest to faktycznie dozwolone.

Czy ludzie dziwią się, że można zajmować się zwierzętami będąc prawnikiem? Czy może nastawienie do praw zwierząt zmienia się na lepsze?

Mimo tych smutnych rzeczy, o których rozmawiamy, widzę ogromny rozwój. Nie spotykam się  z lekceważeniem. Czasem ze zdziwieniem, ale najczęściej z zaciekawieniem. Jestem zapraszana na tak wiele spotkań i wydarzeń, że w tej chwili nie jestem w stanie wziąć w nich wszystkich udziału. Moim celem było to, by temat zwierząt pojawił się w bardzo profesjonalnej debacie prawniczej.

Napisałam pracę magisterską o międzynarodowym prawie ochrony zwierząt. Miałam spory problem ze znalezieniem promotora. Udało się dopiero po trzech próbach. Przyznał potem, że obawiał się płaczliwego tonu tej pracy, że to będzie żal nad kotkami i pieskami. Ale w trakcie pracy nad nią zmienił zdanie, ostatecznie uznając, że to świetny temat, ambitny z prawnego punktu widzenia.

Protest Stowarzyszenia Przyjaciół Fretek w ramach Międzynarodowego Dnia bez Futra, Warszawa, listopad 2011 r. (MARIUSZ GACZYŃSKI / EAST NEWS)

W 2017 roku zdobyłam pierwsze miejsce w rankingu Rising Stars – Prawnicy Liderzy Jutra, jednym z najważniejszych w branży prawniczej. Kapituła przyznała, że docenia w ten sposób w szczególności moją działalność w sprawie ochrony zwierząt. To pokazuje, że coś zmieniło się w zasadniczy sposób. To przede wszystkim duży krok naprzód w temacie prawnej ochrony zwierząt. Rozpiera mnie duma, że między innymi ja się do tego przyczyniłam. Oznacza to, że prawa zwierząt pojawiły się w debacie. Na spotkania zapraszają mnie sędziowie, rozmawiam również w szkole policji.

Ale czy można zajmować się tą tematyką w pełni profesjonalnie? 

Jesteśmy w pierwszej fazie tworzenia sektora rynku prawniczego, który będzie skupiał się na prawach zwierząt. Brakuje jednak współodpowiedzialności społecznej i systemu finansowania. Przecież zwierzęta nie płacą. Współpracuję z organizacjami, które szukają środków finansowych, ale robimy to trochę naokoło. Nie ma konkretnego źródła, które zabezpieczyłoby naszą działalność.

Klienci nie płacą? 

Wzrasta świadomość, że za pracę na rzecz praw zwierząt również trzeba płacić. Jednocześnie jednak wiele osób chciałoby przyklaskiwać, dziękować, ale tylko niewielki odsetek jest gotowych wspierać moją działalność finansowo. Zajmuję się różnymi sprawami, ale zwykle dotyczą one potrzeby pilnej interwencji na rzecz psa lub kota.

Dostaję też prośby o pomoc w sprawach papugarni, gdzie można oglądać ptaki. Nie są one przystosowane do pozostawania w zamknięciu w niewielkiej sali. W sezonie sprzedaży karpi każdego dnia dostawałam po kilkanaście zapytań odnośnie ich ratowania. Regularnie powtarzają się jednak sprawy z pogranicza absurdu – na przykład prośba o pomoc pro bono w zareklamowaniu rasowego psa lub kota, którego ktoś kupił za kilka tysięcy złotych, ale zwierzę – zdaniem nabywcy – ma wady. Uznaję to za szczyt bezczelności.

Osobom, które piszą, wyjaśniam, że jestem adwokatem, a oni powinni być klientami. Nawet jeśli pro bono – to zaangażowanymi i odpowiedzialnymi za sprawę. Jeśli wspomnę o tym, że trzeba skompletować dokumenty, zebrać dowody, to często nie ma kolejnego kontaktu. Mamy więc wielką lekcję do odrobienia. Trzeba nauczyć się współodpowiedzialności za takie sprawy.

Jak według pani można stabilnie finansować taką pracę?

Zbiórki, akcje crowdfundingu są, tym zajmują się organizacje pozarządowe. Aby pomóc zwierzęciu muszą liczyć na dobry wynik takiej zbiórki, a to duże obciążenie. Powinien istnieć fundusz finansowany przez państwo. Być może na zasadzie osobnego urzędu – jak Rzecznik Praw Obywatelskich, niezależny od rządu, ale z umocowaniem w ustawie i własnymi środkami finansowymi. Z własnym biurem i pełnomocnikami w każdym regionie, którzy są zabezpieczeni finansowo.

Bieg Dookoła ZOO w Warszawie. Biegacze mieli do pokonania dystans 10 km. Na ostatnim okrążeniu do biegnących dołączyła 11-miesięczna tygrysica Zoja (ADAM NOCOŃ / SE /EAST NEWS)

Chcę jednak powiedzieć, że założyliśmy też coś swojego – Fundusz Pomocy Prawnej  Zwierzętom. Tworzymy taki mały zamknięty obieg. Ludzie, którym nie jest obojętny los zwierząt, mogą pomagać nam finansowo i mieć pewność, że wpłacone przez nich środki zostaną wykorzystane, gdy zgłosi się ktoś w sprawie pomocy prawnej dla zwierzęcia. Zatem robimy to, czego państwo do tej pory nie zrobiło.

A jeśli miałaby pani wybrać jedną sprawę, którą trzeba pilnie załatwić, by poprawić ochronę dzikich zwierząt, to co by to było?

Wyeliminowałabym w pierwszej kolejności polowania na ptaki. W sezonie łowieckim 2017/2018 zginęło około 180 tysięcy ptaków. Mamy listę 13 ptaków łownych, na które można polować. Dochodzi do pomyłek – myśliwi sądzą, że strzelają do ptaka gatunku łownego, ale zabijają tego podlegającego ścisłej ochronie. Tak jest w przypadku cyraneczki i cyranki. To kompletnie zbędne, ptaki nie powodują praktycznie żadnych szkód w przyrodzie. A co gorsza, do polowań używa się zawierającą ołów amunicję.

Ale właśnie, czy zbędna? Pytam, bo niektórzy uzasadnią polowania interesem ekonomicznym.

Nasze prawo nie uzasadnia zabijania dzikich zwierząt dla pozyskania mięsa. Według ustawy, to kwestia wtórna. Celem polowań jest prowadzenie „racjonalnej gospodarki łowieckiej”, której efektem jest wyłącznie niezbędna regulacja populacji. Polski Związek Łowiecki przedstawia na swoich stronach polowania jako pasję, hobby, swojego rodzaju rekreację i kultywowanie tradycji.

Znam też głos myśliwych, że polują w celu pozyskiwania jedzenia. To nie mieści się w uzasadnieniu wynikającym z naszego prawa. Myśliwy podczas jednego ze spotkań powiedział mi: „Pani nic nie rozumie, bo pani nie poluje”. Odpowiedziałam, że zajmowałam się też sprawami dotyczącymi transportu kolejowego, ale nie prowadziłam nigdy żadnej lokomotywy! To jest absurdalny argument.

PIOTR KAMIONKA / ANGORA / REPORTER

Wtedy myśliwi odpierają, że chodzą na polowania dla zdrowego mięsa – bez chemii, sterydów, antybiotyków. Ale jeśli każdy chciałby pozyskać mięso z polowania, to w rok musielibyśmy wybić wszystkie zwierzęta żyjące w lesie. Jeśli myśliwym zależy na mięsie dobrej jakości, to niech zaangażują się w walkę o dobrostan zwierząt w hodowlach przemysłowych, dzięki czemu do takiego mięsa będą mieć dostęp.

Ale to jest tradycja, to leży w naszej naturze. Tak pewnie mówią niektórzy myśliwi? 

Tradycji nie trzeba przecież kultywować wprost. Niech robią księgi pamiątkowe, muzea, spotkania, kultywują swoje pieśni, stroje itp. Przecież rycerstwa już dawno nie ma, a grupy rekonstrukcyjne istnieją. Inscenizują walki, a nie zabijają się naprawdę.

Myśliwi nie muszą strzelać do zwierząt tak, jak się to robiło kilkaset lat temu. Można zachować pamięć o łowiectwie, ale nie poprzez masowe polowania. To nie jest potrzebne. Zapytajmy też o granice. Zapytajmy też o granice. Jeśli zabijamy zwierzęta, to według mnie musimy mieć do tego poważne podstawy. A czy je mamy? Czy dzisiaj, w XXI wieku chcemy, by jakakolwiek tradycja umożliwiała pozbawianie innych istot życia? Ja tego nie chcę.

*KAROLINA KUSZLEWICZ – adwokatka zajmująca się prawami zwierząt, działaczka społeczna i feministka, absolwentka Uczelni Łazarskiego. W 2015 roku występując przed Sądem Najwyższym doprowadziła do wydania wyroku uznającego sprzedawanie żywych karpi w siatkach bez dostępu do wody za przejaw znęcania się nad zwierzętami. Od 2018 roku rzeczniczka ds. praw zwierząt przy Polskim Towarzystwie Etycznym. Autorka bloga „W imieniu zwierząt” (http://wimieniuzwierzat.com). Na Facebooku prowadzi profil „W imieniu zwierząt i przyrody – głosem adwokata” (https://www.facebook.com/wimieniuzwierzat/).

Opublikowano przez

Marcel Wandas


Dziennikarz, autor między innymi Onetu, Magazynu Opinii WP i Weekend.Gazeta.pl. W przeszłości reporter radiowy związany między z Radiem Kraków, Radiem Eska i Radiem Plus. Fan muzyki, bywalec festiwali, wielbiciel krakowskiej Nowej Huty, hejter krakowskiego smogu.

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.