Cały czas popełniamy błąd. Gdyby szkoły działały tak odpowiednio, to wojen w zasadzie nie powinno być [wideo]

Rozmowa z dr Joanna Górecką, nauczycielką, edukatorką, trenerką innych nauczycieli, twórczynią programów nauczania. Dr Górecka pracuje w szkole No Bell w Konstancinie-Jeziornie.

Maria Mazurek: W trakcie Holictic Talk Jarosław Kordziński, pedagog i edukator, zastanawiał się, po co właściwie jest szkoła. No właśnie: czy uczniowie w ogóle potrzebują szkoły?

Dr Joanna Górecka: Takiej, która uczy tylko wiedzy? Raczej nie. A większość współczesnych szkół, na dobrą sprawę, uczy tylko tego.

Jakiej więc szkoły potrzebują dzieci?

Takiej, która zaspokaja ich potrzeby: przynależności, sprawczości, bezpieczeństwa, ruchu, zabawy. Takiej, która uczy ich, jak dobrze i świadomie żyć. Która wychowuje szczęśliwych, spełnionych i empatycznych członków społeczności. Pokazuje im, jak ze sobą rozmawiać. Jak współpracować. Jak zadbać o siebie i innych. Brzmi banalnie, może górnolotnie. Natomiast tak sobie myślę, że – skoro szkoła tych wszystkich rzeczy wcale nie uczy – to może ten banał trzeba powtarzać? Naprawdę wszyscy musimy sobie to uświadomić: cały czas popełniamy błąd w sztuce edukacji. Najlepszym dowodem są wciąż trwające na całym świecie konflikty zbrojne. Przecież gdyby szkoły działały tak, jak powinny, to wojen w zasadzie nie powinno być.

Zobacz całe wystąpienie Jarosława Kordzińskiego na naszej konferencji:

Model oparty na dialogu

Zauważmy, że szkoła pruska – model obowiązujący praktycznie na całym świecie – powstała na czasy wojny, nie pokoju.

No właśnie. Szkoła pruska miała kształcić przyszłych urzędników i żołnierzy. Karnych, uległych, niekontestujących rzeczywistości, lojalnie wykonujących rozkazy. Czy naprawdę dzisiejsza szkoła ma spełniać taką samą funkcję? Nie? To dlaczego wciąż w większości szkół mamy rzędowe ustawienie ławek? Ostatnio odwiedzałam pewne liceum, prowadziłam tam dla uczniów zajęcia o emocjach. Ustawiłam ławki w konferencyjny stół. Gdy młodzież weszła do sali, zauważyłam, że czują się niekomfortowo. Zapytałam dlaczego. A oni na to: „No bo, proszę pani, czy te ławki muszą być tak ustawione?”. Więc drążę: „Dlaczego wam to przeszkadza? Czy chodzi o to, że musicie na siebie patrzeć?”.

Co odpowiedzieli?

Potwierdzili. Bardzo mnie to poruszyło. Drobna zmiana w przestrzeni klasy sprawiła, że oni poczuli się zagrożeni. Wytrąciło ich to z bezpiecznego siedzenia w ostatniej czy przedostatniej ławce, w której mogą pozostawać niezauważeni. Gdzie tu jest jakaś przynależność? Gdzie tutaj jest dialog? A przecież wiemy, że potrzeba przynależności, komunikacji z rówieśnikami, działania w grupie jest dla rozwoju dzieci kluczowa. Tymczasem my, zamiast wzmacniać w nich te cechy, wychowujemy je tak, żeby nie potrafiły konfrontować się ze wzrokiem drugiej osoby. A przecież w dorosłym życiu – jeśli będą chciały się realizować, spełniać, żyć z innymi – będą musiały.

Polecamy: Synthesis – oferta dla dzieci, które myślą samodzielnie, czy cyfrowe pranie mózgów

Dzieci, presja i emocje

My też siedzieliśmy w rzędowo ustawionych ławkach, a jakoś potrafimy sobie patrzeć w oczy.

Tylko że my mieliśmy jeszcze spotkania przy trzepakach. I znacznie więcej wolnego czasu. Oni naprawdę mają więcej obowiązków. To nie jest pusty frazes, że podstawa programowa jest dzisiaj przeładowana. Jak patrzę na współczesnych uczniów, to oni nie dość, że siedzą w szkole po siedem, osiem godzin, to po powrocie do domu spędzają kolejne cztery, pięć, sześć na odrabianiu zadań i przygotowywaniu się do klasówek. Do tego karate, pianino i siódmy język obcy.

Kiedy oni mają odpoczywać? Uczyć się życia? Kiedy mają na to życie spoglądać? Te dzieci naprawdę są przemęczone, przebodźcowane, odizolowane społecznie. Jeśli rozmawiają ze sobą, to zazwyczaj przez komunikatory. Nie potępiam technologii – wskazuję tylko, że ona nie zastąpi kontaktu z żywym człowiekiem, a to niezbędne dla rozwoju emocjonalnego dzieci i młodzieży.

Alarmujące statystyki

Na to też zwracał uwagę Kordziński: wyniki ostatnich testów PISA pokazały, że o ile polscy uczniowie dobrze radzą sobie z czytaniem czy matematyką, o tyle uzyskują alarmująco niskie wyniki w badaniach mierzących empatię, asertywność, regulację emocji czy odporność na stres.

Można też przywołać inną, równie zatrważającą statystykę: mamy jedną z najwyższych w Europie liczbę samobójstw wśród dzieci i młodzieży. Oba badania wywołały poruszenie wśród naukowców i pedagogów. Media społecznościowe zalały się treściami typu: „co się dzieje z naszymi dziećmi?”. Tylko że takie dyskusje, niestety, zwykle pozostają w sferze akademickiego dyskursu. Oczywiście upraszczam, bo mamy fundacje wykonujące kawał świetnej roboty i mamy szkoły, które powoli i na lepsze się zmieniają. Ale to wciąż za mało. Pomoc powinna być systemowa i płynąć z ministerstwa.

Przeczytaj nagrodzone eseje:

Emocje (i edukacja) na cenzurowanym

Polscy uczniowie nie potrafią konfrontować się z emocjami. My ich kastrujemy z epikurejskiej radości, ale też odcinamy od smutku, rozpaczy, żalu, śmierci, od brzydkiego świata. Nie uczymy obserwować, nazywać, rozumieć i regulować emocji – ani tych przyjemnych, ani tym bardziej tych trudnych. A nienazwane, niepokazane, nieprzepracowane dziecięce emocje same nie znikają – one kumulują się i coraz bardziej obciążają psychikę uczniów. A do tego fundujemy tym dzieciom taką dozę wiedzy, której one nie są w stanie przyjąć. Dzieci często same sygnalizują, że nie są w stanie, że nie mogą, a my się upieramy: „Ucz się, to jest klucz do tego, żeby coś osiągnąć, wyrosnąć na ludzi”. Nie dajemy dzieciom przestrzeni do refleksyjnego spojrzenia w głąb. Na to, by na chwilę się zatrzymać.

W mojej szkole mamy przedmiot, który nazywa się „inteligencja emocjonalna”. Dzieci zastanawiają się na nim na przykład, dlaczego czasem czują złość i czy odczuwanie złości to coś złego. Uczą się nazywać i rozumieć to, co czują. Tylko że ja uczę w bardzo wyjątkowej szkole, nie każdy rodzic ma możliwość, by posłać dziecko do takiej placówki. Tymczasem takie zajęcia powinny być w każdej szkole. Teoretycznie mogłaby być na to spożytkowana godzina wychowawcza, ale trudno się spodziewać, żeby każdy fizyk czy matematyk, który jest wychowawcą, miał zarazem kompetencje, żeby takie zajęcia poprowadzić. Żeby dotrzeć do dzieciaka.

Negatywne emocje i dziewczyna ze smutną emoji
Emocje uczniów to ważna kwestia. Fot. Cottonbro Studio / Pexels

Nie gasić pasji

W każdej placówce jest też psycholog lub pedagog szkolny. Może on mógłby się włączyć w taką edukację?

To jest bardzo dobry pomysł, o ile taka osoba miałaby w klasach regularne zajęcia, prowadziłaby warsztaty. Tylko że w praktyce instytucja psychologa czy pedagoga szkolnego to instytucja gabinetowa. Jeśli któryś uczeń jest – uwaga, tu moje ulubione słowo – „niegrzeczny”, to „za karę” trafia do pani pedagog. A co z tymi, którzy edukacyjnie są świetni, siedzą sobie cichutko, nie rzucają się w oczy, a w środku przeżywają jakiś dramat, nie radzą sobie z emocjami, ze sobą samym, z dojrzewaniem? Koncentrujemy się na tych, którzy są głośni i sprawiają problemy, a po drodze gubimy uczniów niewidocznych, niesprawiających problemów. Oni są często pozostawieni samymi sobie.

Poza tym zabijamy w uczniach ciekawość świata, zapał, radość. Sadzamy dzieci w ławkach i każemy wysłuchiwać monologów nauczycieli. A gdyby tak w ławce na siedem, osiem godzin posadzić rodziców, ministra, kuratora, samych nauczycieli? Czy łatwo byłoby nam wytrzymać? Na pewno i tak łatwiej niż dzieciom, które mają naturalną, bardzo fizjologiczną potrzebę ruchu. No i karzemy je stopniami. Dziecko ma naturalną ciekawość świata i zapał do nauki. Ale potem dostaje jedynkę. Raz, drugi, trzeci, dziesiąty. I już mu się nie chce. Już nie ma tej radości.

Nowe czasy – stare metody

Dlaczego wciąż uczymy dzieci według metod, które pamiętamy z własnych szkół?

Właśnie dlatego, że je pamiętamy.

Tylko że skoro pamiętamy – to i wiemy, że one nie są budujące.

Wiemy, ale tak jest nam łatwiej. Wolimy to, co znamy. To jest biologicznie uwarunkowane. Po prostu tak działa nasz mózg. O ile mózg dziecka jest plastyczny, kreatywny – dzieci lubią doświadczać nowych rzeczy – o tyle dorosły człowiek ucieka w schematy, boi się zmian. Można powiedzieć, że jesteśmy więźniami naszych mózgów.

A z drugiej strony to przecież właśnie dzięki nim potrafimy oderwać się od swoich instynktów, przyzwyczajeń i nawyków, spojrzeć na świat bardziej refleksyjnie. A jeśli refleksyjnie spojrzymy na szkołę, to może zrozumiemy, że naprawdę nie chodzi o to, żeby kazać uczniom otworzyć podręcznik na stronie 55, zrobić ćwiczenie 45. Nie chodzi o to, żeby uczeń biernie połknął wiedzę, a potem, podczas sprawdzianu, bulimicznie ją wydalił. W takim schemacie nie ma bowiem mowy o motywacji, zaangażowaniu, wolności, autonomii i wzmacnianiu w uczniach samodzielnego myślenia. Nie ma mowy o sprawczości ani o przedsiębiorczości. Ani o chęci do nauki.

Pierwszy krok na drodze do zmiany

Od czego zacząć?

Od spojrzenia na szkołę inaczej. Można na przykład pomyśleć o tym, że każdy człowiek jest twórcą wielkiej symfonii życia, a nauka jest najpiękniejszym dźwiękiem tej kompozycji. Możemy dzieciom towarzyszyć w odkrywaniu ich melodii. Odsłaniać dla nich dźwięki. Inspirować. Prowadzić. Dawać możliwość swobodnej eksploracji tej pięciolinii.

Jeśli my, nauczyciele, poczujemy na nowo piękno swojego zawodu, będziemy w stanie robić bardzo wartościowe rzeczy. Owszem – to nie jest proste. Żeby edukacja była dla ucznia atrakcyjna i efektywna, trzeba trochę pogłówkować, przygotować się dobrze do zajęć, rozplanować je. I pomyśleć, jak rozbudzić motywację, jeśli uczeń na przykład przychodzi do nas na siódmą godzinę lekcyjną. Jak z niego jeszcze wydobyć zaangażowanie i ciekawość, tę iskrę szaleństwa?

Wyjść poza schematy i wzbudzać pozytywne emocje

Jak?

Może na przykład wyjść z uczniami ze szkoły? Tu znów wrócę do naturalnej dla dzieci potrzeby ruchu i eksploracji. Może zamiast te cechy zabijać – wykorzystajmy je. Na przykład wyjdźmy z dziećmi na targ i kupmy warzywa, a potem zróbmy z nich w szkole sałatkę. Może nawet sprzedajmy ją na kiermaszu, a pieniądze przeznaczmy albo na jakiś szczytny cel, albo zasilmy nimi budżet klasowy. Spójrz, ile dzieci mogą się nauczyć podczas takich zajęć: do czego służą pieniądze, jak się je liczy, ile to jest pół kilograma, a ile to jest litr? A przy okazji jest frajda, że można wyjść ze szkoły, jest wzmacnianie więzi między rówieśnikami, jest współpraca, przedsiębiorczość, jest budowanie tych wszystkich wartości, na których powinna opierać się szkoła.

Wystarczy chcieć wyjść poza utarte schematy. Choć może „chcieć” to nie jest najwłaściwsze słowo. Spotykam się z wieloma nauczycielami, którzy może i by chcieli, ale się boją. Chyba więc lepiej jest powiedzieć: przestać się bać. Jeśli ten strach i działanie według edukacyjnych schematów będziemy zmieniać w oddolną, organiczną pracę na rzecz budowania dobrej szkoły, to nam się uda. Nasza zmiana będzie jak śnieżna kula, która toczy się swobodnie i staje się coraz większa.

Polecamy: Idole z ekranu smartfona. Tajemniczy fenomen, którego boją się dorośli

Opublikowano przez

Maria Mazurek

Autorka


Jest dziennikarką z wieloletnim doświadczeniem. Wielokrotnie zajmowała się na łamach prasy tematami naukowymi. Autorka publikacji popularnonaukowych (pisanych m.in. z prof. Jerzym Vetulanim) i edukacyjnej serii książek dla dzieci. Od 2021 roku pracuje dla Holistic Think Tank.

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.