Poprzedni
Następny

Feminizm to nie dyskusja o chustach

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Kobiety w trakcie protestu w Algierze, stolicy Algierii, 17 września 2019 r. (BILLAL BENSALEM / NURPHOTO / GETTY IMAGES)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 9 minut

W naszej historii kobiety brały udział we wszystkich ważnych dla kraju bataliach. Jednak gdy chodziło o prawa kobiet, zawsze słyszały to samo: to nie jest odpowiedni moment. Ale tym razem uznałyśmy, że nie możemy ustąpić – mówi Amel Hadżadż, algierska działaczka na rzecz praw kobiet, organizatorka Bloku Feministycznego biorącego udział w odbywających się od roku antyrządowych protestach.

LUDWIKA WŁODEK: Pod koniec lutego 2019 r., na wieść o tym, że urzędujący od 20 lat prezydent Abd al-Aziz Buteflika zamierza ubiegać się o kolejną kadencję, w Algierii wybuchły masowe protesty. Dlaczego dołączyły do nich algierskie feministki?

AMEL HADŻADŻ: Po raz pierwszy wyszłyśmy na ulicę 8 marca. Tak się złożyło, że w zeszłym roku Międzynarodowy Dzień Walki o Prawa Kobiet wypadł w piątek, dzień, w którym odbywają się protesty. Niektórzy chcieli, żeby kobiety dołączyły do marszu bez własnych haseł, popierając protestujących od dwóch tygodni mężczyzn. Nie zgodziłyśmy się na to – na manifestacje chodziłyśmy z poczucia obywatelskiego obowiązku, ale 8 marca to dzień walki o nasze prawa, a my chciałyśmy, żeby to wyraźnie wybrzmiało.

W naszej historii kobiety brały udział we wszystkich ważnych dla kraju bataliach, ale gdy chodziło o prawa kobiet, zawsze słyszały to samo: to nie jest odpowiedni moment. A kiedy walka się kończyła, od kobiet oczekiwano, że wrócą do domów, znów zajmą się gotowaniem i dziećmi.

Dlatego uznałyśmy, że tym razem nie możemy ustąpić; że prawa kobiet muszą stać się częścią tej ogólnonarodowej walki; że nie damy się uciszyć. Chciałyśmy, by nasze żądania też zostały wypowiedziane, usłyszane i spełnione.

Wzięłyście więc udział w marszu pod własnymi hasłami. I jak to się potoczyło?

Poszłyśmy jako Blok Feministyczny, pod hasłami dotyczącymi praw kobiet. Wiele osób – zarówno kobiet, jak i mężczyzn – okazało nam sympatię, ale media kompletnie nas zignorowały. Niestety, wtedy nie zajęłyśmy się nagłośnieniem naszej obecności. Nie nagrałyśmy żadnych filmików, żeby je potem wrzucić do sieci, nie zrobiłyśmy transmisji.

16 marca w Algierze odbyło spotkanie feministek z całej Algierii. Zastanawiałyśmy się, jak w kontekście dotychczasowych doświadczeń historycznych zorganizować się jako feministki w ramach hiraku (tak Algierczycy nazywają swój obywatelski ruch protestu – red.). Nie chciałyśmy, by po raz kolejny prawa kobiet zostały uznane za mniej ważne, złożone na ołtarzu walki narodowowyzwoleńczej, czy wyśmiane. I wtedy postanowiłyśmy, że nasz Blok na stałe powinien zagościć na marszach. Uznałyśmy, że w hiraku musi być przestrzeń na działania feministyczne, na dyskusje o prawach kobiet. 22 marca ogłosiłyśmy powstanie Carré Feministe (Bloku Feministycznego – red.) i to w jego ramach maszerujemy po dziś dzień.

Jakie kobiety tworzą Blok?  

Są z nami działaczki, członkinie różnych stowarzyszeń, aktywistki działające na rzecz praw kobiet, ale także dziewczyny, które wcześniej nie angażowały się w żadną działalność społeczną, a o Bloku dowiedziały się z Facebooka. Różnorodność Bloku może zaskakiwać. Są z nami studentki, wykładowczynie uniwersyteckie, emerytki, gospodynie domowe. Stopniowo stawałyśmy się jednym z najważniejszych segmentów hiraku.

Jakie są wasze najważniejsze postulaty? Czego domagacie się w pierwszej kolejności?

Na zjeździe uznałyśmy, że naszym głównym hasłem będzie „Algierskie kobiety na rzecz równości”. Chodzi nam zarówno o równość formalną, jak i faktyczną. Żeby ją osiągnąć, potrzebne są zmiany w prawie cywilnym, szczególnie w prawie rodzinnym. Dotychczasowy kodeks powinien zostać unieważniony. Konieczne jest wprowadzenie procedur niwelujących nierówności, np. na rynku pracy. Różnie mizoginistyczne i patriarchalne zachowania, głęboko zakorzenione w naszym społeczeństwie, muszą być karane, napiętnowane. Potrzeba wiele pracy na rzecz eliminacji przemocy wobec kobiet. Kolejna sprawa to molestowanie seksualne. Konieczny jest parytet w polityce, w miejscach pracy. W Algierii kobiety stanowią zaledwie 18 proc. zatrudnionych. Część pracuje na czarno, ale dysproporcje i tak są ogromne.

Wasza działalność nie ogranicza się do piątkowych protestów?

Skądże. Organizujemy debaty, spotkania, prowadzimy akcje informacyjne. Staramy się wejść do świata polityki i skoordynować nasze działania na terenie całego kraju. Pracujemy nad kampaniami organizowanymi wokół ogólnoświatowych akcji, takich jak kampania 25 listopada poświęcona walce z przemocą wobec kobiet. Staramy się uświadamiać ludziom, że przemoc może mieć różne formy – poza agresją fizyczną istnieją także przemoc ekonomiczna i psychiczna. Teraz np. chcemy przywrócić pierwotne znaczenie 8 marca. Władza latami starała się odpolitycznić ten dzień. Zamieniła go w groteskowe Święto Kobiet. Przypominamy, że 8 marca to nie święto, to dzień walki o nasze prawa.

Algierki w trakcie obchodów Międzynarodowego Dnia Kobiet w Paryżu, 8 marca 2019 r. (DAVID CORDOVA / NURPHOTO / GETTY IMAGES)

Macie jakieś szczególnie ważne hasło na dziś?

Tak: „Nasze prawa są ważne wszędzie i zawsze”. Mamy już dość tego, że nawet demokraci czy osoby nazywające siebie postępowymi mówią nam, że to nie jest odpowiedni moment, by walczyć o prawa kobiet. Poza tradycyjnym piątkowym marszem w niedzielę odbywa się protest poświęcony wyłącznie prawom kobiet. Będą różne hasła, różne plakaty. Poprosiłyśmy też każdą z kobiet, by zastanowiła się, co dla niej na obecną chwilę jest najważniejsze. Dla jednych to będzie walka z przemocą domową, dla innych zmiany w kodeksie rodzinnym, a dla jeszcze innych zmiany w prawie pracy.

Jak pani stała się feministką? Czy może była nią od zawsze?

Kiedy mieszkałam z rodzicami, odczuwałam presję patriarchalnej struktury rodzinnej, za pomocą której usiłowano wpływać na nasze wybory i decyzje życiowe. Myślę jednak, że nawet podświadomie droga, którą przeszła moja matka, miała na mnie ogromy wpływ.

Jaka to droga?

Moja mama jest z zawodu nauczycielką. Należała do tej zdecydowanej mniejszości kobiet, które oparły się żądaniom terrorystów. Mimo zastraszania, ich apeli o to, by kobiety siedziały w domach, mama nie zrezygnowała z pracy w czasie wojny domowej w latach 90. Nigdy nie założyła chusty. Mój ojciec mieszkał wtedy z nami, ale w ogóle nie czuł się odpowiedzialny za to, co działo się w domu. Mama pracowała zawodowo i jednocześnie zajmowała się nami. Musiała też nas utrzymywać, bo pensja ojca szła na jego własne potrzeby.

Mama doświadczyła przemocy fizycznej ze strony ojca. Mimo to nigdy się nie poddawała, zawsze dbała o nasze wykształcenie, naciskała, żebyśmy wszyscy – ja, moje siostry i mój brat – pokończyli studia. Nie nazywała siebie feministką, ale rozumiała, że w tym kraju kobieta bez dyplomu i bez pracy nic nie znaczy. W domu nie mówiliśmy o wyzwoleniu kobiet, ale moja mama całym swoim zachowaniem do tego dążyła. Jej postawa miała na mnie ogromny wpływ.

Uformowało mnie też to, co sama przeżyłam jako kobieta, w rodzinie, w społeczeństwie. Od zawsze czułam tę niesprawiedliwość. Po prostu wcześniej nie potrafiłam w sposób polityczny sformułować moich oczekiwań. Decydujący był czas studiów. Udzielałam się w dyskusjach w klubie filmowym. To była dla mnie szkoła politycznego myślenia. Pisałam też bloga. Moje teksty w naturalny sposób oscylowały wokół kwestii nierówności pomiędzy studentkami i studentami.

Po pewnym czasie okazało się, że nie tylko mnie nurtują podobne tematy. Założyłyśmy kobiecy kolektyw działający na rzecz wyzwolenia kobiet. Zależało nam, żeby spotykać się w ściśle kobiecym gronie po to, żebyśmy nie musiały się cenzurować, żeby można było swobodnie rozmawiać o wszystkich sprawach. Nadszedł czas, że zaczęłam się mocno identyfikować z ruchem feministycznym, poczułam, że chcę walczyć.

Co pani studiowała?

Medycynę. To były studia narzucone mi przez rodziców. Nigdy nie zostałam lekarką. Pracuję w stowarzyszeniu, które zajmuję się zapobieganiu przemocy wobec kobiet.

Europejczykom często wydaje się, że największym problemem muzułmańskich feministek jest kwestia chust.

Chusty tylko z perspektywy Europy wydają się problemem. Tutaj jest inaczej. Owszem, w latach 90., gdy kobiety były zmuszane do noszenia hidżabu, to był problem, teraz zupełnie nie. Hidżab czy makijaż to konstrukty kultury patriarchalnej. Mogą być kwestią wyboru, ale mogą być narzucane przez społeczeństwo jako rodzaj opresji. Wszystko zależy od narracji. Przecież nie dlatego jestem feministką, że się maluję, nie dlatego ktoś nosi chustę, że nią nie jest. Części kobiet hidżab pomaga zyskać wolność. Ułatwia przemieszczanie się bez problemów, dzięki niemu ich rodziny zgadzają się, by mogły pracować. To oczywiście jest pójście na ustępstwo, ale każda z nas ma inną strategię. Mam poczucie, że dyskusja o chustach jest bardziej obecna w Europie niż tutaj.

Czy bycie feministką w muzułmańskim społeczeństwie jest szczególnie trudne?

Największe znaczenie ma fakt, czy dane społeczeństwo jest konserwatywne. Wielokrotnie przeciwko nam występowali demokraci, którzy przecież na ogół nie są religijni i nie odwołują się do islamu. Tak czy siak wszystkie religie są patriarchalne, ale problem raczej tkwi w strukturze społecznej, nie w wyznawanej religii. Cały świat diabolizuje feministki. Naszym głównym wrogiem jest konserwatyzm społeczny.

W Algierii studiuje więcej kobiet niż mężczyzn. Kobiety stanowią 65 proc. absolwentów. Jest coraz więcej kobiet w przestrzeni publicznej, w ruchach obywatelskich, w polityce. Widać zmiany, ale konserwatywna część społeczeństwa wciąż stara się je zatrzymać. Jednym ze sposobów jest właśnie oczernianie feministek i marginalizowanie roli kobiet w społeczeństwie.

Wspomniała pani, że oficjalna historia Algierii nie docenia wkładu kobiet.

Tak właśnie jest. Na przykład rola kobiet w wojnie o niepodległość w latach 1954–1962 została całkowicie zmarginalizowana, mimo tego że ich udział miał decydujący charakter. Na przykład w miastach tylko kobiety zajmowały się przenoszeniem broni. W razie wpadki groziła im śmierć. Tymczasem w szkołach w ogóle się o tym nie mówi. Opowiada się tylko, że kobiety były pielęgniarkami, opatrywały rannych. To jedynie część prawdy. Bez kobiet walki w miastach byłby niemożliwe. Ale na uroczystościach kombatanckich prawie nie ma kobiet, zdarza się, że upamiętnia się kilkudziesięciu mężczyzn i jedną, może dwie kobiety.

Demonstracja na ulicach Algieru w 1960 r. w trakcie wojny o niepodległość (DOMINIQUE BERRETTY / GAMMA-RAPHO / GETTY IMAGES)

To też chcemy zmienić. Przed ostatnimi obchodami 1 listopada (data wybuchu antyfrancuskiego powstania – red.) ogłosiłyśmy, że zbieramy historie kobiet, które uczestniczyły w wojnie o niepodległość. Oddźwięk przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Ludzie ze wszystkich regionów Algierii wysyłali nam zdjęcia swoich matek, babek, ciotek i kuzynek. Opisywali ich historie. Mnóstwo kobiet zostało aresztowanych przez władze kolonialne, wiele zgwałcono. Kobiety cierpiały tak jak mężczyźni, a mimo to historia milczy, a ludzie nie znają ich nazwisk. Nawet tych kilka ogólnie znanych postaci, jak Dżamila Bupasza czy Zohra Drif, po wojnie zostało całkowicie zmarginalizowanych. Nie weszły do władz, nie odcinały kuponów od swoich działań na rzecz niepodległości.

Dlaczego tak się stało?

Cały system społeczny był patriarchalny. Także bojownicy Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN) nie byli wolni od mizoginii. Chodziło o walkę interesów. Zaczęła się rywalizacja klanów. Żeby wygrać, trzeba było zrzucić niepotrzebny balast. Kobiety z całą ich wrażliwością były niewygodnym utrudnieniem. Dlatego mężczyźni je wyeliminowali, by podzielić między siebie Algierię. I doprowadziło nas to do tego, co mamy dziś.

W zeszłym roku 1 listopada to też był piątek. Ci z członków rodzin dawnych bojowniczek, którzy mogli przyjechać do Algieru, wzięli udział w marszu. Szli w naszym Bloku, nieśli portrety swoich krewnych, sąsiadek, znajomych. Było ich mnóstwo. Setki ludzi. Okazało się, że nie tylko feministkom zależy, żeby oddać cześć tym zastępom kobiet, które przyczyniły się do naszej niepodległości. 

Protest w stolicy Algierii w 65. rocznicę wybuchu wojny o niepodległość, 1 listopada 2019 r. (BILLAL BENSALEM / NURPHOTO / GETTY IMAGES)

A jak wojna domowa w latach 90. wpłynęła na sytuację kobiet? To nie był krok w tył? Mówiła pani np. o terrorystach, którzy usiłowali zmusić kobiety do rezygnacji z pracy. W latach 90. wiele kobiet zaczęło nosić chusty. Jak tamte wydarzenia odcisnęły się na kobietach?

Kobiety faktycznie były głównym wrogiem fundamentalistów – to pod ich presją zaczęły znikać z przestrzeni publicznej, z miejsc pracy. Radykałowie porwali i zabili kilka znanych bojowniczek o prawa kobiet. W czasie wojny wstrzymano też kilka ważnych kampanii, jak ta na rzecz unieważnienia przyjętego w 1984 roku r. kodeksu rodzinnego, który zawiera wiele krzywdzących dla kobiet zapisów.

Skutkiem ubocznym walki z terroryzmem było to, że zniknęło także wiele liberalnych fundacji i stowarzyszeń, także tych feministycznych. W Algierii zagnieździł się skorumpowany, zamordystyczny reżim, który w żadnym razie nie był zainteresowany zwiększaniem swobód obywatelskich, w tym praw kobiet.

Ale mimo to nie można mówić o kroku wstecz. W latach 90. kobiety zrozumiały, że jeśli same sobie czegoś nie wywalczą, nikt im tego nie przyniesie na tacy. W rezultacie, dziś stanowią większość wśród studentów, przychodzą na demonstracje, działają aktywnie w sprawach obywatelskich.

Mówiła pani o dyskryminacyjnych praktykach fundamentalistów religijnych, wspominała też, że demokraci wielokrotnie zdradzali kobiety, tłumacząc im w przełomowych momentach w życiu kraju, że to nie jest moment na zajmowanie się ich prawami. Kto jest obecnie największym przeciwnikiem algierskich feministek?

Cały system społeczny i polityczny. Wszystko tu jest połączone. Z jednej strony mamy autorytarny rząd, któremu opresja kobiet jest na rękę. Jeśli 50 proc. społeczeństwa zostanie w domach i poświęci się sprzątaniu i gotowaniu, rządzący będą musieli zajmować się tylko pozostałymi 50 proc. Są konserwatywne masy, które też nie chcą wyzwolenia kobiet, są też demokraci, z całą tą patriarchalną strukturą w głowach.

Gdy w 2015 r. toczyła się dyskusja o przyznaniu kobietom specjalnych kwot na listach wyborczych, demokraci byli przeciwni temu rozwiązaniu, tak jak reszta polityków. Nie można wszystkiego, całej winy zwalać na fundamentalistów religijnych. Oni po wojnie domowej są politycznym trupem. Przeciwni wyzwoleniu kobiet są wszyscy uprzywilejowani mężczyźni, czyli cały system. Dla nas to jest zachęta, żeby się upolitycznić. Jesteśmy w trakcie budowania algierskiego feminizmu politycznego i nie ukrywamy, że naszym celem jest zdobycie udziału we władzy. Tylko tak można zmienić sytuację kobiet.

Algierczycy mieszkający w Tuluzie we Francji protestują domagając się wprowadzenia w Algierii rządów demokratycznych, 8 grudnia 2019 r. „Potrzebujemy rządu, a nie mafii” – głosi jeden z transparentów (ALAIN PITTON / NURPHOTO / GETTY IMAGES)

Jakie są główne argumenty przeciw feministkom?

Najpopularniejszy to właśnie ten, że to nie jest stosowny moment, że wciągniecie feministycznych haseł na sztandary doprowadzi do podziałów w społeczeństwie. A drugi koronny argument to oczywiście to, że feminizm przyszedł z Zachodu, że jest obcą naleciałością. Tu mamy jedną odpowiedz. Feminizm może i jest importowany, ale przemoc i opresja wobec kobiet są tu, na miejscu, dotyczą większości kobiet i trzeba z tymi zjawiskami walczyć. Poza tym ruch feministyczny w Algierii jest bardzo stary, organizacje walczące o prawa kobiet są starsze niż nasza walka o niepodległość. Już w latach 40. XX w. odbywały się marsze na rzecz wyzwolenia kobiet, a to, że obecny reżim ten fakt przemilczał, nie znaczy, że tego nie było.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES