Holistyczny apel do Lecha Wałęsy

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Lech Wałęsa na Harvardzie, 18 listopada 2019 r. (PAUL MAROTTA / GETTY IMAGES)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 3 minut

Panie prezydencie, nie zabiegajmy o światowe przywództwo Ameryki, tylko róbmy swoje. Bo zjednoczona Europa wyszła nam całkiem spoko

„Zabiegam o to, by Stany Zjednoczone odzyskały przewodzenie” – zadeklarował Lech Wałęsa po wczorajszej wizycie w Białym Domu. Wiceprezydent Mike Pence, który go podejmował, obiecał, że „dołoży wszelkich starań, aby USA nadal mogły skutecznie przewodzić w świecie dla dobra całej ludzkości”.

Nie wiemy, gdzie Wałęsa zabiega i jakich starań dołoży Pence, ale choćby obydwaj znieśli jajka, to powrotu do hegemonii Ameryki już nie będzie. Jesli w to wierzą, są leśnymi dziadkami* z drugiej połowy XX w., którzy zaplątali się we współczesności.

Wałęsa i Stany – miłość odwzajemniona

Wizyta Wałęsy w Ameryce to sentymentalna powtórka sprzed 30 lat, kiedy przyjmowano go za oceanem jako bohatera świeżo po zwycięstwie nad komunizmem. Wtedy w Kongresie wypowiedział pamiętne „My, Naród” – dwa słowa, od których zaczyna się amerykańska konstytucja – i tym sposobem zdobył serca Amerykanów na zawsze. Tamto tryumfalne przemówienie w jakimś stopniu – trudno policzalnym, ale niezaprzeczalnym – przyczyniło się naszego późniejszego wejścia do NATO i Unii Europejskiej.

I za to wszyscy powinniśmy być Wałęsie wdzięczni – bez względu na słowotok, którym zalewa nas na emeryturze.

W Ameryce wciąż jest podejmowany z honorami. Nie tylko gości w Białym Domu, ale również rozmawia ze studentami na Harvardzie i z kongresmenami w Waszyngtonie. Inaczej być nie może, bo przecież jest jedną z ikon XX w., podobnie jak np. Nelson Mandela. A też zwycięstwo nad komunizmem było wspólne – Ameryki i Wałęsy – dlatego Wałęsa kocha Amerykę, a Ameryka kocha Wałęsę. I tak już zostanie bez względu na to, jakie jeszcze papiery wyciągną z teczek SB dr hab. Sławomir Cenckiewicz i inni historycy IPN.

Słynne przemówienie Lecha Wałęsy w Kongresie, 15 listopada 1989 r. (J. SCOTT APPLEWHITE / AP / EAST NEWS)

 „Musimy zrobić wszystko, by Stany Zjednoczony odzyskały kierowanie światem, bo inaczej może czekać nas tragedia światowa” – przestrzega Wałęsa amerykańskich kongresmenów. Poucza ich, że „obecne czasy i wyzwania są jeszcze trudniejsze niż obalenie komunizmu” (to może, ale nie musi być prawdą; po przekroczeniu pewnego wieku wszystkim wydaje się, że kiedyś było łatwiej).

Świat już nie ogląda się na Amerykę

Czy hegemonia Ameryki, za którą tęskni Wałęsa, była dobrodziejstwem dla świata? Polacy albo mieszkańcy zachodniej Europy, którzy po II wojnie stanęli na nogi dzięki planowi Marshalla, na pewno na niej zyskali. Zgoła odmienne będą wspomnienia oblewanych napalmem i bombardowanych wieśniaków w Wietnamie, Kambodży, Iraku czy Afganistanie.

Przykłady zadowolonych i niezadowolonych z „amerykańskiego przywództwa” można mnożyć, ale chyba nie ma po co, bo istotniejsza od oceny moralnej i historycznej jest pragmatyczna konstatacja: hegemonia jednego mocarstwa powoli się kończy. Świat staje się wielobiegunowy; Chiny, Indie i południowo-wschodnia Azja są na fali wznoszącej, niedługo dołączą do nich inne kraje i regiony. Ameryka to już nie 40 proc. światowej gospodarki jak w czasach młodości Wałęsy i Pence’a, tylko 25 proc., jeśli liczyć nominalne, albo 15 proc. – jeśli liczyć według siły nabywczej pieniądza.

W jakimś stopniu Amerykanie stają się ofiarami własnego sukcesu – inni przejmują od nich dobre wzorce i stają się konkurencyjni albo nawet miejscami już przewyższają amerykańskich nauczycieli.

Europa nam wyszła całkiem spoko

Tymczasem sami Amerykanie stali się nieprzewidywalni i nieodpowiedzialni. Udają, że globalne ocieplenie to nie ich problem (jako jedyni wystąpili z układu klimatycznego w Paryżu); właśnie zdradzili swoich wiernych sojuszników w wojnie z terroryzmem, czyli Kurdów; wstrzymali pomoc wojskową dla Ukrainy, żeby zmusić jej przywódców do pomocy w kampanii wyborczej Donalda Trumpa. Przy czym problemem nie jest tylko sam Trump, ale 40 proc. Amerykanów, którzy – pomimo wszelkich brewerii – wciąż nieodmiennie go popierają i wcale niewykluczone, że za rok wybiorą na drugą kadencję.

W tej sytuacji, kiedy wizerunek Ameryki ucierpiał, do roli światowego lidera bardziej predystynowana wydaje się Unia Europejska. Ten pionierski eksperyment na skalę światową, mimo brexitu i lokalnych sukcesów populistów, ma się całkiem dobrze. Ponad 60 proc. mieszkańców Unii ocenia go pozytywnie. Gospodarczo UE jest równa Ameryce, a zaangażowaniem w problemy globalne znacznie ją przewyższa. Jeśli np. wziąć pod uwagę pomoc dla krajów rozwijających się, to UE przeznaczyła na ten cel 87 mld dolarów – prawie trzy razy więcej niż USA (31 mld dolarów; dane OECD z 2016 r.). I to UE, a nie Ameryka, przyjęła w ostatnich latach setki tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki (Stany Zjednoczone wpuszczają teraz ok. 30 tys. uchodźców rocznie).

Kiedy tego wszystkiego nie dostrzega jeden z ojców naszej wolności, to jeszcze można i trzeba mu wybaczyć. Ale pozostali Europejczycy nie powinni zabiegać o przywództwo Ameryki, tylko robić swoje. Czyli robić jeszcze lepszą zjednoczoną Europę, bo – mimo wszystkich ostatnich problemów – wyszła nam ona całkiem spoko.

* Określenie „leśny dziadek” nie ma związku z wiekiem ani z miejscem zamieszkania, a jedynie opisuje przestarzałe, nieaktualne poglądy.

Więcej o powrocie Europy do globalnej gry o przywództwo polityczne przeczytasz w eseju Aleksandra Kaczorowskiego Sceptycy, nie traćcie wiary w Europę
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES