Poprzedni
Następny

Pomoc to nie sposób na wakacje. Jak być wolontariuszem i nie szkodzić?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Dzieci z sierocińca znajdującego się w Likoni, jednej z najbiedniejszych dzielnic w Mombasie w Kenii (TIHOMIR TRICHKOV/EAST NEWS)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 7 minut

Wolontariat zagraniczny zdobywa coraz większą popularność. Na rynku działają firmy, które organizują wyjazdy do biedniejszych krajów. Ale czy krótki pobyt studenta z Europy w afrykańskim sierocińcu przynosi więcej pożytku czy szkody?

Magda Kuza studiuje w Krakowie. Po licencjacie postanowiła zrobić sobie rok przerwy w nauce. Nie zamierzała jednak marnować czasu, tym bardziej że wcześniej angażowała się w różne projekty pomocowe. Tym razem pojawił się pomysł udziału w wolontariacie zagranicznym.

Magda trafiła na stronę Fundacji Asbiro, która współpracuje z Mujo’s Sky Limit School w Lindzie, jednej z najbiedniejszych dzielnic stolicy Zambii, Lusaki. Wysłała zgłoszenie, przeszła proces rekrutacyjny, po czym zapadła decyzja o dwumiesięcznym wyjeździe, w trakcie którego miała uczyć informatyki w szkole podstawowej.

Sama pokryła koszty związane z wyjazdem: loty, wizy, nocleg. „Gdyby fundacja miała zapłacić za te wszystkie rzeczy, to więcej sensu miałoby wyszkolenie i zatrudnienie miejscowego pracownika niż płacenie komuś za wycieczkę” – tłumaczy Magda.

Asbiro to nieduża organizacja z Polski, która zajmuje się wspieraniem edukacji w Zambii. Raczej nie przypomina wielkich firm pośredniczących w przygotowywaniu wyjazdów na wolontariat zagraniczny, gdzie można przebierać w projektach z całego świata. Tutaj projekt jest jeden, a udział bierze w nim maksymalnie kilku ochotników naraz.

Przyjemne z pożytecznym

Szacuje się, że rocznie na wolontariat zagraniczny wyjeżdża 10 mln osób. Większość z nich to uczniowie starszych klas liceum albo studenci. Mogło by się wydawać, że taka forma spędzania wolnego czasu to idealne połączenie przyjemnego z pożytecznym. Coraz częściej słyszy się jednak, że masowe wyjazdy na wolontariat zagraniczny bardziej szkodzą, niż pomagają. 

Na taki wyjazd organizowany przez firmę pośredniczącą może pojechać każdy – wystarczy, że zapłaci. „Czasem długa rekrutacja ma stwarzać pozory starannej selekcji wolontariuszy, ale tak naprawdę wniesienie opłaty jest równoznaczne z przyjęciem zgłoszenia – jak w biurze podróży” – mówi Alicja Kosińska, koordynatorka projektu „Zanim pomożesz” prowadzonego przez Fundację Go’n’Act.

„Klientem jest tutaj wolontariusz, który płaci, więc to on przede wszystkim ma być zadowolony z wyjazdu. To, czy udzielona przez niego pomoc ma jakikolwiek sens, schodzi na dalszy plan” – dodaje Kosińska.

Ochotnicy pomagają również naturze – afrykańskie parki narodowe proponują płatny (zazwyczaj drogi) wolontariat, ale zebrane w ten sposób pieniądze stanowią dla nich źródło dofinansowania.

Niestety, nawet wybierając małe organizacje, nie mamy gwarancji, że oferowane przez nie programy są prowadzone odpowiedzialnie i z poszanowaniem lokalnej społeczności. Jak więc ocenić, które z nich są faktycznie pożyteczne? Podstawową kwestią są kompetencje.

„Warto zastanowić się, jakie nasze umiejętności mogłyby przydać się w miejscu, do którego jedziemy” – radzi Alicja Kosińska. „Zwłaszcza jeśli osoba, która chce wyjechać, jest bardzo młoda, najlepiej znaleźć taki projekt, w którym nie zastępuje się lokalnego wykwalifikowanego pracownika, tylko się go wspiera i można się czegoś od niego nauczyć” – zaznacza.

Niestety, zdarza się, że nastolatki na wolontariacie zagranicznym prowadzą zajęcia w szkołach, nie mając żadnego przygotowania dydaktycznego ani wiedzy na temat lokalnej kultury. Czasami wykonują prace budowlane, ale te potem i tak często muszą być poprawiane przez fachowców. Takie działania to marnowanie czasu zarówno wolontariuszy, jak i tych, którzy na wolontariacie mieli skorzystać.

„Czułam, że mam predyspozycje do tego, by uczyć, chociaż nie pracowałam nigdy w szkole” – mówi Magda. „Trochę tego nie przemyślałam. Najtrudniejsze było dla mnie to, że dzieci pracują w różnym tempie. Przygotowałam sobie plan lekcji, a potem okazywało się, że czas się kończy, a ja jestem w połowie materiału. Dałam sobie radę tylko dlatego, że na bieżąco reagowałam na to, co działo się klasie” – przyznaje. Praca w szkole wymagała umiejętności pracy z grupą, które Magda musiała dopiero w sobie wykształcić.

Bardziej szkodzą, niż pomagają

Organizacje humanitarne biją na alarm – popularność wyjazdów na wolontariat sprawiła, że idee pomocy i zrównoważonego rozwoju uległy wypaczeniu. W ubiegłych latach wolontariusze chętnie wyjeżdżali do Kambodży, Nepalu czy na Sri Lankę, by opiekować się dziećmi w sierocińcach. To jeden z przykładów pomocy, który niesie spore kontrowersje.

Duży popyt na wyjazdy w takie miejsca sprawił, że sierocińców zaczęło przybywać mimo zmniejszającej się liczby sierot. Rodziców zachęcano do oddawania dzieci, obiecując lepszy poziom wykształcenia i warunki zakwaterowania. Autorzy raportu Families, Not Orphanages podają, że na Sri Lance 92 proc. podopiecznych domów dziecka miało przynajmniej jednego żyjącego rodzica, a 40 proc. z nich zostało oddanych do takich placówek z powodu ubóstwa.

Niewielu wolontariuszy zdaje sobie sprawę, że ich przyjazd przyczynia się do rozwoju orphanage business w krajach globalnego Południa. Chętnie bawią się z dziećmi, robią sobie zdjęcia, ale nie myślą o tym, że wyjazd dla ich podopiecznych będzie oznaczał utratę kogoś bliskiego. „Powtarzające się doświadczenie zerwania znaczących emocjonalnie więzi może uczyć dzieci, że nie warto zbyt mocno angażować się emocjonalnie w relacje z ludźmi, gdyż za chwilę stracą z nimi bliski, codzienny kontakt” – mówi w wywiadzie dla Fundacji Go’n’Act psycholog dziecięcy Szymon Hejmanowski.

Takie słodkie lwiątko

Inna problematyczna forma wolontariatu to opieka na dzikimi zwierzętami. „Obraz wolontariusza karmiącego butelką małe lwiątka albo opiekującego się chorym słoniem jest dla wielu bardzo zachęcający” – przyznaje Alicja Kosińska. „Często jednak za uroczymi obrazkami kryje się wyzysk tych zwierząt w turystyce albo ich sprzedaż na polowania. Wolontariusz myśli, że pomaga w ochronie zagrożonego gatunku, a tak naprawdę pracuje dla płatnej hodowli, która czerpie zyski ze sprzedaży lwów na polowania zagrodowe” – dodaje.

Zdarzają się też oferty wyjazdów do Tajlandii, gdzie wolontariusze karmią słonie i sprzątają ich zagrody. Często nie mają jednak pojęcia, że zwierzęta muszą pracować na swoje utrzymanie. Słonie przechodzą brutalny trening, by dzień w dzień wozić turystów. Wiele z nich umiera z wycieńczenia, bo takie przejażdżki cieszą się ogromną popularnością. Zaobserwowano nawet, że niektóre słonie cierpią na zespół stresu pourazowego.

Nastolatki robią zastrzyki

Na cieszące się coraz większym powodzeniem wolontariaty medyczne często wysyłane są osoby bez żadnego przeszkolenia. Nastolatki z liceum jadą na dwutygodniowy turnus do Argentyny lub Tanzanii, gdzie wydają leki, robią zastrzyki, a nawet asystują przy poważnych zabiegach medycznych.

„Takie projekty mogą być bardzo niebezpieczne dla pacjentów, jak i samych wolontariuszy. Osoba bez doświadczenia medycznego nie wie nawet, jak uniknąć zarażenia groźnymi chorobami, kiedy np. ma kontakt z krwią pacjenta” – zauważa Kosińska.

Na stronie jednej z dużych firm organizujących wolontariat zagraniczny można przeczytać relacje kilkunastoletnich wolontariuszy. „Brałam udział w operacjach (wycinania raka wątroby czy przeszczepu poparzonej skóry), a także kastracji psa” – pisze 17-latka po wizycie w Argentynie. Inna chwali się: „W Nepalu spędziłam w sumie dwa tygodnie. Najbardziej podobało mi się to, że miałam okazję być w tym czasie przy wielu operacjach oraz przy cesarskim cięciu”.

Mało prawdopodobne, by ktoś taki mógł nieść realną pomoc. Koordynatorka projektu „Zanim pomożesz” nie ma złudzeń: „Zadajmy sobie pytanie: czy chcielibyśmy być leczeni przez osobę, która w ogóle nie mówi w naszym języku, nie rozróżnia leków i nie ma podstawowej wiedzy? Jeżeli nikt nie pozwoliłby nam robić zastrzyków w polskiej przychodni, to dlaczego uważamy, że powinniśmy robić je w Argentynie? Dlaczego ludzie w krajach globalnego Południa mieliby narażać swoje życie i zdrowie po to, żeby młodzież z Europy mogła przeżyć przygodę?” – pyta.

Trudna sztuka autorefleksji

Mujo’s Sky Limit to szkoła prywatna z własnym personelem. Dyrektor placówki John Musonda przyznaje jednak, że obecność białych wolontariuszy zachęca rodziców, by zapisywali dzieci właśnie do niej. Dzięki temu pieniądze z czesnego może przeznaczyć na rozwój szkoły.

Ale czy zatrudnianie studentów z Polski w charakterze nauczycieli informatyki to rzeczywiście dobry pomysł?

„Pracując tam, uświadomiłam sobie, że nie da się w dwa miesiące nauczyć kogoś obsługi komputera, chociażby w podstawowym stopniu. Żeby to, co tam robię, miało sens, musi być kontynuowane. Ktoś musi ciągnąć materiał, robić powtórki. Będąc w Lusace, zadawałam sobie pytanie, czy to się w ogóle stanie. Zaczęłam sobie weryfikować, czy to, co robimy jako fundacja, jest dobre. Po powrocie stwierdziłam, że trzeba działać dalej’ – mówi Magda Kuza.

Nadal współpracuje z Fundacją Asbiro. We wrześniu 2018 r. po raz kolejny pojechała do Zambii. Odkąd pieczę nad pracą wolontariuszy przejęła nowa koordynatorka Monika Wojtoń, działania fundacji w większym stopniu są nastawione na to, by nieść efektywną i odpowiedzialną pomoc. Kolejnym celem jest zaopatrzenie uczniów w podręczniki, co ułatwiłoby pracę wolontariuszy, którzy mogliby realizować program nauczania w bardziej systematyczny sposób.

„Czy wolontariusze często zastanawiają się nad etycznością projektu, w którym biorą udział?” – pytamy koordynatorkę projektu „Zanim pomożesz”.

„Wiem, że bardzo trudno jest spojrzeć krytycznie na własne działania i przyznać, że wzięło się udział w czymś, co bardziej szkodzi, niż pomaga” – odpowiada Alicja Kosińska. „Sama kiedyś byłam na wolontariacie zagranicznym w Kambodży i musiałam zmierzyć się ze świadomością, że moja pomoc nie była etyczna. Łatwo jest wyprzeć tę myśl standardowymi tekstami typu: chciałam dobrze, ważne są moje intencje, robiłam, co mogłam” – zaznacza.

Pomagać po partnersku

Wybierając wolontariat zagraniczny, często kierujemy się opinią byłych wolontariuszy. Te, niestety, bywają niezbyt konkretne. „Jeżeli pojadę do szpitala w Nepalu, przeżyję przygodę życia, spędzę fantastycznie czas, będę czuła się najbardziej spełnioną osobą na świecie. Będę ten wolontariat opisywać jako fantastyczne przeżycie, które wiele mi dało, i będę przekonana, że wiele dało ono także moim podopiecznym” – opisuje przykładowo Kosińska.

Część wolontariuszy skupia się nie na tym, jak funkcjonuje placówka, tylko na własnych odczuciach. Jeśli przez dany ośrodek co roku przewija się setka osób z całego świata, żadna z nich nie jest w stanie rzetelnie ocenić, czy realizowany program odnosi jakiekolwiek skutki ani jakie są realne potrzeby osób, które tu przebywają.

Magda wróciła do Zambii po półtora roku. W tym czasie powstały dwie nowe sale lekcyjne, w tym jedna przeznaczona specjalnie na lekcje informatyki. Podczas pierwszego pobytu musiała prowadzić zajęcia w pomieszczeniu, w którym wcześniej dzieci jadły lunch. Za każdym razem na początku lekcji trzeba było przynieść i rozstawić komputery, a po zajęciach odnieść je z powrotem.

Szkoła Mujo’s zmienia się, ale w tempie zgodnym z rytmem życia całej społeczności. „To bardzo ważne, by nie próbowali zrobić za dużo” – zauważa Magda. „Można by zorganizować zbiórkę i wyremontować całą szkołę, ale nie chodzi o to, by dawać wszystko naraz. Trzeba pomagać, ale w taki sposób, żeby ci, którym pomagamy, nauczyli się sami rozwijać swoje środowisko” – podkreśla.

„Biały wybawca” daje rybę

Etyczna pomoc nie może oznaczać jedynie chwilowego zaspokojenia potrzeb. W czasie pobytu w Lusace Magda zauważyła, że mieszkańcom zdarza się traktować białych wolontariuszy jako źródło łatwych pieniędzy.

„Kiedy dzieciom podobały się moje kolczyki albo spódnica, od razu chciały je dostać. W przypadku dzieci jest to może zrozumiałe, bo one często czegoś chcą. Ale podobnie zachowywali się także dorośli” – mówi Magda. „Pewnego razu jeden z nauczycieli napisał mi, że chciałby iść na studia, które w Zambii są bardzo drogie (kosztują tyle, ile na prywatnych uczelniach w Polsce). Niemal wprost dał mi do zrozumienia, żebym opłaciła jego czesne” – dodaje.

Mieszkańcy krajów, do których przyjeżdża duża liczba wolontariuszy, są przyzwyczajeni do tego, że dla bogatych Europejczyków rozdawanie pieniędzy jest najwygodniejszą formą wsparcia, dającą szybkie poczucie zrobienia czegoś dobrego, a jednocześnie niewymagającą dużego zaangażowania. Taka doraźna pomoc nie będzie jednak prowadzić do wykształcenia w beneficjentach ducha przedsiębiorczości. „To nasza wina, białych” – stwierdza wolontariuszka.

Działacze Fundacji Asbiro starają się walczyć z takimi sytuacjami i „zamiast ryby dawać wędkę”. W sklepie internetowym fundacji można nabyć torby wyprodukowane w Zambii. „To akcja, która wspiera kilka rzeczy naraz. Materiały kupujemy od lokalnych wytwórców, a szyje krawiec mieszkający w Lusace, tak więc na tym projekcie zarabia miejscowa społeczność. My sprzedajemy je w Polsce, a pieniądze przeznaczamy na działalność fundacji. Na przykład dokupujemy dodatkowy bagaż wolontariuszom, żeby mogli przewieźć książki, które trafiają do biblioteki w szkole Mujo’s” – tłumaczy Magda.

Alicja Kosińska podaje inny przykład etycznej pomocy. „Organizowane są wyjazdy dla informatyków, którzy nawet na krótkim, kilkutygodniowym wyjeździe mogą w sensowny sposób wesprzeć lokalną społeczność. Jak? Prowadzą np. kursy tworzenia stron w WordPressie” – mówi. Z kolei Polska Misja Medyczna organizuje wolontariat zagraniczny dla lekarzy, którzy szkolą miejscowy personel medyczny.

„Nie ma nic złego w chęci przeżycia przygody, bo każdy z nas chce żyć życiem, w którym spełnia się, które uważa za ciekawe, warte opowiedzenia. Nie możemy jednak przeżywać przygody kosztem kogoś” – podsumowuje Kosińska.

Tekst ukazał się w pierwszym numerze magazynu „Holistic”

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES