Kobieca odsłona ukraińskiej rewolucji

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Maryna Bardina, deputowana do Rady Najwyższej Ukrainy
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 5 minut

Od czasów protestów na Majdanie i wojny w Donbasie coraz więcej kobiet pojawia się w polityce

Maryna Bardina staż w ukraińskim parlamencie rozpoczęła raptem trzy lata temu. Teraz sama została deputowaną w Radzie Najwyższej Ukrainy. Bardina, która startowała z listy Sługi Narodu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, specjalizuje się w kwestiach równości płci. Doradzała w tej kwestii w sztabie Zełenskiego, a potem w jego partii. 26-letnia Bardina pomagała układać listy kandydatów. W rezultacie przyjęto dobrowolną kwotę dla kobiet na poziomie 30 proc. „Wykonaliśmy to założenie. Na listach było 32 proc.” – mówi Bardina.

Jak jednak zaznacza, kobiety były niedoreprezentowane – szczególnie w okręgach jednomandatowych (połowa parlamentarzystów jest wybierana w taki sposób, reszta z list ogólnokrajowych). W rezultacie mandaty z ramienia Sługi Narodu zdobyło 21 proc. polityczek. Bardina jest jedną z nich.

Do Rady Najwyższej wybrano łącznie 81 pań. To rekord w historii ukraińskiego parlamentaryzmu. „To stała tendencja, że z każdą kolejną kadencją rośnie liczba kobiet w Radzie Najwyższej” – mówi Tamara Złobina, redaktorka naczelna portalu „Gender w detalach”.

Gdy Ukraina uzyskała niepodległość, kobiety stanowiły zaledwie 3 proc. składu parlamentu. W minionej kadencji co prawda było ich już cztery razy więcej, ale nie zmieniało to faktu, że był to najniższy wynik w Europie i jeden z najniższych na świecie. Po ostatnich wyborach sytuacja nieznacznie się poprawiła. Do tego w nowo powołanym rządzie na 18 członków 6 to kobiety.

Drugi etap zmian

W dziewiątej kadencji parlamentu ponad 80 proc. deputowanych zasiadło w Radzie Najwyższej po raz pierwszy. Chociaż Bardina nie była wcześniej polityczką, to jednak może pochwalić się pewnym doświadczeniem w pracy parlamentarnej.

W 2016 r. została stażystką parlamentarnej grupy międzyfrakcyjnej „Eurooptymiści”. Tworzyli ją dziennikarze, aktywiści i politycy, którzy weszli do parlamentu w 2014 r. po protestach na kijowskim Majdanie Niepodległości. W jej skład weszło ponad 20 deputowanych, którzy deklarowali chęć walki z korupcją i podjęcie działań na rzecz poprawy funkcjonowania państwa. Bardina poszła na staż z nadzieją, że sama kiedyś uzyska mandat, chociaż nie spodziewała się, że stanie się to tak szybko.

„Ten pomysł pojawił się, gdy uczyłam się w »Mohylance«. Tam wychowują nas dosyć patriotycznie, byśmy byli godnymi obywatelami naszego kraju” – mówi Bardina. „Biorąc pod uwagę mój ówczesny wiek, było to dziecięce marzenie” – dodaje.

„Mohylanka” to potoczone określenie Uniwersytetu Narodowego „Akademia Kijowsko-Mohylańska”, jednej z najważniejszych uczelni na Ukrainie. Bardina studiowała tam socjologię, zajmowała się tematami związanymi z równością płci.

Doświadczenie pracy w parlamencie szybko ją rozczarowało. Jak sama mówi, pewnie zrezygnowałaby ze stażu, gdyby nie zaczęła współpracować z jednym z „Eurooptymistów”, byłym dziennikarzem śledczym Serhijem Łeszczenką. Została jego asystentką i postanowiła, że będzie pracować do końca kadencji, a potem zajmie się czymś innym.

Żeby było jak u Macrona

Wszystko zmieniło się w styczniu 2019 r. Bardina przyszła z grupą działaczy antykorupcyjnych na spotkanie z Wołodymyrem Zełenskim. W sylwestra aktor ogłosił swój start w wyborach, ale Bardina na spotkanie przyszła w innym celu.

„Z korupcją trzeba walczyć, ale nie mogę powiedzieć, że to jest coś, co mnie pasjonuje. Czymś takim jest natomiast idea włączenia większej liczby kobiet do polityki” – wyjaśnia.

Jak zaznacza, już wtedy była przekonana, że siedzi przed nią przyszły prezydent. Chciała wykorzystać okazję, by opowiedzieć o sytuacji kobiet i przekonać go, że warto zająć się kwestią równości płci.

„Gdy patrzymy na parlamenty w innych krajach, widzimy kobiety na sali. Tymczasem na Ukrainie było ich tylko 12 proc. Musimy to zmienić, jeśli rzeczywiście chcemy być europejskim społeczeństwem” – mówiła.

Bardina twierdzi, że Zełenski był zainteresowany jej postulatami na rzecz równości płci.

„Potem pytał mnie, czy wiem, że w niektórych krajach 50 proc. składu parlamentu to kobiety. Odpowiedziałam, że wiem i świetnie, że on też to wie” – wspomina ze śmiechem.

Według Bardiny Zełenskiemu imponuje prezydent Francji Emmanuel Macron. Francja aktywnie działa na rzecz reprezentacji kobiet nie tylko w sektorze publicznym, ale też w biznesie.

Po kilku spotkaniach Bardina uwierzyła w Zełenskiego i jego intencje. Najpierw została doradczynią jego sztabu, a potem zdecydowała się kandydować z list jego partii.

Majdan zmienił wszystko

Tamara Złobina uważa, że zainteresowanie tematyką równości płci to rezultat zmian, które zaszły w ukraińskim społeczeństwie po Majdanie, a nie tego, że któraś z tych partii jest szczególnie progresywna. „Kobiety coraz bardziej postrzegają politykę jako sferę, w której mogą się realizować” – zauważa.

Jak wyjaśnia, kobiety masowo zaangażowały się w protesty, a przede wszystkim w ruch wolontariacki. Protesty na Majdanie wymagały koordynacji i organizacji, funkcjonowały tam oddolnie służba medyczna, ochrona, kuchnia. Ukraińcy w różnych częściach kraju przekazywali pieniądze lub rzeczy pierwszej potrzeby, by wesprzeć protestujących. Kobiety często brały w tym udział.

„Do Majdanu, gdy kobieta zajmowała się polityką, wszyscy patrzyli na nią i myśleli, czy to czyjaś kochanka, czy życie się jej nie ułożyło, no i po co w ogóle tam lezie. Kobiety postrzegano niezbyt poważnie” – mówi Złobina. „Podczas Majdanu była taka silna potrzeba mobilizacji i udział kobiet nikogo nie dziwił. Wszyscy uważali to za naturalne” – dodaje.

Ruch wolontariacki odegrał jeszcze większą rolę w pierwszym etapie wojny w Donbasie, która wybuchła tuż po Majdanie. Żołnierzom i ochotnikom brakowało wszystkiego, włącznie z mundurami i jedzeniem. Ukraińcy po raz kolejny na własną rękę musieli zastąpić państwo, by wyposażyć własną armię. Wolontariuszki zajmowały się tym równie często, jak mężczyźni.

„Dziękowano kobietom za to, że ratują kraj, a nie mówiono, że mają siedzieć w kuchni” – zauważa Złobina.

Tradycjonaliści liderami równości

O roli kobiet w procesie zmian na Ukrainie coraz częściej mówiły media, co zmieniało ich obraz. Złobina podaje przykład stomatolożki Ałły Kwacz, która została merem dziesięciotysięcznego miasta Zaleszczyki w obwodzie tarnopolskim na zachodniej Ukrainie. W 2014 r. jej 23-letni syn (jedno z pięciorga dzieci) zginął na wojnie.

Jak mówiła Kwacz portalowi Cenzor.net, po wystąpieniu w popularnym politycznym talk-show jeden z pacjentów w gabinecie zapytał ją, czy będzie kandydować na mera. Roześmiała się, ale on powiedział, że tak mówią ludzie w Zaleszczykach. Konkurenci ją zlekceważyli i przegrali. Kwacz rządzi miastem od 2015 r.

Następnie próbowała dostać się do parlamentu z ramienia partii Głos piosenkarza Swiatosława Wakarczuka, ale tym razem jej się nie powiodło. Jak w większości kraju, także w jej okręgu zwyciężył kandydat Sługi Narodu.

Głos to najmniejsza partia w parlamencie, która przoduje pod względem liczby kobiet. Zdobyły 7 z 17 mandatów, czyli 41 proc. Drugie miejsce zajęła Solidarność Europejska byłego prezydenta Petra Poroszenki. Z 23 mandatów kobietom przypadło 9 (39 proc.). Obie partie przynajmniej deklaratywnie są raczej tradycjonalistyczne, a Solidarność Europejska odwołuje się do konserwatywnych wartości.

„U nas na Ukrainie ten podział na lewicę i prawicę naprawdę nie działa” – twierdzi Złobina. Jej zdaniem ważniejsze jest to, że obie partie odwołują się do wartości europejskich, co powoduje, że liderzy tych ugrupowań chcą, by zaangażowanie kobiet rosło.

Polityka na miękko

Mimo zmian, które zaszły w kraju po 2014 r., kobiety wciąż zmagają się z licznymi problemami. Zgodnie z danymi Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z powodu przemocy domowej każdego roku ginie ok. 600 Ukrainek. W 2018 r. kobiety zarabiały średnio o 22,3 proc. mniej niż mężczyźni. Pozostają niedoreprezentowane w polityce, biznesie, a niektóre profesje są dla nich niedostępne. Spotykają się z dyskryminacją. Ponadto to na nie spada większość obowiązków domowych. Te tematy powoli zaczynają być dostrzegane, a kobiety zaczynają się organizować.

Bardina uważa, że trzeba działać powoli.

„Jestem zwolenniczką takiej polityki państwowej, która będzie sprzyjać pojawieniu się kobiet w różnych sektorach” – tłumaczy. „Ważne, by polityka równości znajdowała zwolenników, a nie wrogów. Dlatego musi być prowadzona miękko i pozytywnie” – dodaje.

Bardina nie planuje politycznych fajerwerków. Chce zacząć od przejrzenia projektów, które były przygotowane jeszcze podczas poprzedniej kadencji, zainicjować ekspertyzę prawną i sprawdzić ustawy pod kątem wymogów umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Następnie chciałaby wzmocnić już istniejące instytucje, a także powołać kolejne, takie jak doradczyni do spraw równości płci przy prezydencie Ukrainy. Innym pomysłem jest pomoc w tworzeniu infrastruktury dla pracujących matek, by nie musiały rezygnować z kariery zawodowej. Główny problem stanowi niewystarczająca liczba przedszkoli. Wierzy, że na emancypacji kobiet skorzystają także mężczyźni, którzy będą mieli więcej czasu dla rodziny.

„Nie mówimy, że kobiety podbiją świat i nastanie matriarchat, tylko że wszyscy otrzymają równe prawa” – przyznaje Bardina.

Na razie jednak nowa władza deklaruje inne priorytety – walkę z korupcją, reformy sądownictwa, organów ścigania czy gospodarki. Bardina jest jednak przekonana, że to nie wymówka, przez którą mogłoby zabraknąć czasu na zrównywanie praw kobiet i mężczyzn, lecz wymóg sytuacji. Twierdzi, że ponad 21 proc. reprezentacji w parlamencie to spory potencjał.

„Teraz odpowiedzialność leży już wyłącznie w naszych rękach i to od nas zależy, jak ją wykorzystamy i czy będziemy w stanie zaprowadzić takie standardy w kraju, by następny parlament miał już 30 i więcej procent kobiet” – podkreśla.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES