Prawda i Dobro
Czy dziś można szukać prawdy? Gdzie są granice wolności nauki
21 marca 2026

To nie jest tekst o wielkich kryzysach ani polityce. To o tych chwilach, kiedy nagle ściska w gardle i zaczynasz się zastanawiać, co będzie dalej.
Wracając z tradycyjnego wieczornego spaceru, przysiadłem sobie na ławce, na skwerku na moich poznańskich Ratajach. Ciepło przedwiośnia gdzieś nagle zniknęło, zaczął dawać we znaki mroczny chłód, ale jeszcze nie chciało mi się wracać do krzyczącego pustką domu. Tam cisza, a tutaj, chociaż wiatr wznieci na chwilę kłęby kurzu, poszumi nim złowieszczo, zadzwoni tramwaj na dawnej pętli.
Patrzyłem na ludzi wracających do domów: starszy pan z torbą z Biedronki, ładna dziewczyna z małym dzieckiem, starsza pani podpierająca się „balkonikiem” i z trudem stawiająca kroki. Krok za krokiem do przodu. Dalej i dalej. Zwykłe życie. I właśnie w tym zwykłym życiu czai się niezwyczajny lęk, który często nie daje spać.
Nie o wielką politykę mi chodzi, nie o to, kto znowu nabił ludzi w sto obietnic. O te nasze małe, ale jakże wielkie lęki, które dopadają każdego z nas na co dzień: czy syn da radę znaleźć sensowną robotę po studiach? Czy córka będzie mogła tu kiedyś założyć rodzinę, czy wyjedzie i kontakt urwie się bezpowrotnie? Chodzi o ten dławiący ucisk w gardle, gdy myślisz o mamie, której ubywa sił, gdy zastanawiasz się, jak to będzie, gdy zostaniesz całkiem sam.
Podobno w tym właśnie miejscu lęk spotyka się z sensem i nadzieją. Taką, naszą, bardzo polską, zadziorną, kawaleryjską wręcz wersją nadziei. Tej, która każe wstać, zrobić sobie kawę i cieszyć się życiem, wierząc, że ma ono sens. Mimo wszystko.
Więc siadam sobie od czasu do czasu na tym skwerku i patrzę na ludzi, często widziane na spacerze te same twarze. Wstają rano, idą do pracy, wracają, śmieją się, przytulają ukochane osoby. I to jest ta nadzieja. Mała, cicha, uparta. Jak rodzice czekający z niedzielnym obiadem, wierzący, że o nich nie zapomnimy. Jak przypadkowi przechodnie, którzy „w razie czego” pomogą, gdy trzeba za zwykłe „dziękuję bardzo”.
Nie da się oddzielić lęku od nadziei. Jeden wdech, jeden wydech. Bo ta nadzieja to nie zawsze obietnica, że będzie dobrze. Czasami to tylko zgoda na to, że chociaż będzie źle, to wciąż warto żyć. Trzymać się za ręce, patrzeć sobie w oczy, zachwycać wiosennym niebem nad betonowym blokowiskiem.
Wielki Leonard Cohen śpiewał swoim zardzewiałym, zasnutym od dymu i smutku głosem: „We wszystkim jest szczelina, którą dostaje się światło…”. No właśnie. A kiedy wpada światło, wtedy ten lęk ucieka, rozwiewa się jak poranna mgła.
Więc nie boję się lęku. Posiedzę sobie z nim na tej ławeczce. Porozmawiam z nim. Gdy już zapadnie ciemność i nikt nie będzie widział, pozwolę mu płakać, jeśli musi. Bo zaraz z drugiej strony usiądzie nadzieja i zostanie ze mną, nawet gdy lęk już odejdzie.
Przeczytaj również: Jak nie być samotnym
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Edukacja
21 marca 2026


Zmień tryb na ciemny