Co zrobić, żeby Polacy zaczęli czytać?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Ilustracja George'a Smitha przedstawiająca projekt regału na książki, pochodząca z poradnika wydanego w Wielkiej Brytanii w 1826 r. (GETTY IMAGES)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 9 minut „Jeśli chcemy, żeby Polacy czytali, stawiałbym na edukację. Szkoła to najlepsze miejsce na promocję czytelnictwa, potem jest już za późno. Zamiast tłuc środki stylistyczne lepiej nauczyć dzieciaki, jak bawić się literaturą. Trzeba tylko przestać myśleć o niej jako o świętości” – mówi literaturoznawca Maciej Jakubowiak w rozmowie z Holistic News

DOMINIKA KARDAŚ: Polacy nie czytają?

MACIEJ JAKUBOWIAK*: To zależy, jak na to spojrzeć. W raporcie wydawanym co roku przez Bibliotekę Narodową na pytanie „Czy w ciągu ostatnich 12 miesięcy przeczytałeś przynajmniej jedną książkę lub jej fragment” odpowiada twierdząco niecałe 40 proc. Polaków i ten wynik utrzymuje się już od dobrych kilku lat. Kilka procent badanych więcej deklaruje, że w ciągu ostatniego miesiąca przeczytało tekst dłuższy niż trzy strony. Ale do czytania prasy papierowej i internetowej przyznaje się już ponad połowa. Raport Biblioteki Narodowej o stanie czytelnictwa nie świadczy o tym, że jesteśmy narodem analfabetów, tylko że nie czytamy książek i dłuższych tekstów.

Co raport o stanie czytelnictwa może nam w takim razie powiedzieć o polskim społeczeństwie?

O społeczeństwie – niewiele. Sporo mówi o trendach w czytelnictwie i o rynku książki, ale żeby dowiedzieć się czegoś o krajobrazie medialnym współczesnej Polski i kompetencjach kulturowych Polaków, potrzebowalibyśmy bardziej obszernych badań.

Kilka lat temu Narodowe Centrum Kultury opublikowało raport. Pokazywał on, że ludzie uczestniczą w kulturze na najróżniejsze sposoby: biorą udział w spotkaniach, oglądają seriale, chodzą do kina. Książki są tylko wycinkiem tego całego krajobrazu. Ale tak naprawdę pojęcie kultury trzeba by jeszcze rozszerzyć. Należy popatrzeć na całokształt ludzkich potrzeb i sposobów ich zaspokajania. Zamiast pytać ludzi, czy korzystają z Facebooka, lepiej zapytać, jak z niego korzystają, co lajkują, kogo obserwują na Twitterze, jak spędzają wolny czas. Zapytałbym też o to, skąd czerpią informacje o świecie. Czy przypadkiem najważniejszym źródłem wiedzy nie są dla nich rozmowy z sąsiadami?

Rozmowy z sąsiadami jako forma uczestnictwa w kulturze? To mogłoby być dość zaskakujące dla osób, dla których kultura jest dziedziną życia wymagającą specyficznego wysiłku intelektualnego.

Bo myśląc o kulturze, ciągle opieramy się na fałszywym założeniu, że jest ona czymś wyjątkowym. Wiele mówi się o tym, że literatura rozwija umiejętności komunikacyjne albo zwiększa empatię. Ale skoro tylu Polaków nie czyta książek, to może lepiej się zastanowić, jakie inne sposoby zaspokajają tę potrzebę – przecież każdy z nas ma biologiczną potrzebę empatii. Znam ludzi, którzy nie mają kiedy przeczytać jednej książki w roku, bo pomagają zwierzętom w schronisku, poświęcając swój wolny czas na wolontariat. Są najbardziej opiekuńczymi i empatycznymi osobami, jakie znam. Mam im powiedzieć, żeby rzucili te psy i koty i poszli czytać książki?

A więc czytanie można uznać za bezużyteczne społecznie?

Jest raczej tak, że trochę za sprawą edukacji, trochę za sprawą rynku literatura staje się rupieciem, fetyszem – książka to ładny obiekt, który kolekcjonujemy, którym czasem się chwalimy w mediach społecznościowych. Roman Chymkowski, kierownik Pracowni Badań Czytelnictwa w Bibliotece Narodowej, powiedział w rozmowie z autorkami książki Szwecja czyta. Polska czyta, że choć wyniki czytelnictwa są u nas od paru lat stabilne, to jeden proces narasta: proces prywatyzacji literatury. Literatura staje się jak wino albo jak sery pleśniowe. Uczymy się wybierać to, co najlepsze, najbardziej cenione, a potem się tym delektujemy. Ale na tym koniec – nie gadamy o książkach, nie używamy ich do opowiadania sobie o świecie.

Mamy kulturę czytania, która nie prowadzi do budowania wspólnoty?

Takie jest medium książki. Książką bardzo trudno się podzielić, nawet fizycznie. Czytamy więc w odosobnieniu, a wtedy łatwo nabrać przekonania, że czyni nas to kimś wyjątkowym. Zostałem kiedyś zaproszony do komisji konkursu literackiego dla młodzieży, którego tematem była rola czytania w życiu człowieka. Dostaliśmy do oceny jakieś 50 prac i absolutnie wszystkie eksplorowały jeden schemat: 1. Czytanie jest fajne. 2. Nikt nie czyta, ale ja czytam, więc jestem lepsza/lepszy. 3. Przez to czasem się ze mnie śmieją, ale to nic, bo czytam. Taki – bardzo eskapistyczny i snobistyczny – scenariusz układał się w głowie czytających dzieci. Ale trzeba pamiętać, że one po prostu odtwarzały pewne klisze, które są związane z kulturą czytelnictwa.

W tym roku największe emocje wzbudziła informacja, że 28 proc. Polaków nie ma w domu żadnej książki. Czy to naprawdę powód do lamentu nad stanem polskiej kultury?

Były niedawno bardzo ciekawe badania, które pokazywały, że samo posiadanie dużego księgozbioru w domu sprawia, że młodzi ludzie, którzy się w nim wychowali, lepiej radzą sobie na rynku pracy. Magiczne połączenie: wystarczy przebywać wśród książek i nasiąkać ich atmosferą, żeby być mądrzejszym i więcej zarabiać. Bzdura. Tak naprawdę te badania pokazały, że na rynku pracy lepiej radzą sobie dzieci z rodzin, które stać na kupowanie i kolekcjonowanie książek. Czyli po prostu: dzieci bogatych rodziców mają w życiu łatwiej. Żadne odkrycie.

Bo czy to o czymś świadczy, że mamy mało albo dużo książek? Co najwyżej o zasobności naszych portfeli. Polacy nie mają książek, bo nie mają na nie miejsca i nie mają na nie pieniędzy. Książki są drogie – średnia cena w ciągu ostatniej dekady wzrosła o 10 zł. Polaków nie stać też na duże mieszkania. Najczęstszy model to przecież salon z kuchnią i sypialnia, do tego jedno albo dwoje dzieci. Gdzie tu miejsce na książki? Zresztą jeśli mamy kupować kolejne tomy i wcale ich nie czytać, to chyba już lepiej wcale ich nie kupować.

Oduczyłem się zachłannego kupowania książek, kiedy kundelek, którego adoptowałem, w ataku lęku separacyjnego pozjadał wszystkie książki z dolnych półek mojej biblioteczki. Na początku się denerwowałem, ale w pewnym momencie uznałem, że przecież ten piesek jest ważniejszy niż książki. Przy następnej przeprowadzce przejrzałem swoją biblioteczkę, spakowałem pięć wielkich siat i wywiozłem je do biblioteki. Zostawiłem sobie tylko mały podręczny księgozbiór, mam też mnóstwo e-booków, które nie zagracają mieszkania.

Sugerujesz, że kolekcjonowanie książek to snobistyczny nawyk, którego powinniśmy się wyzbyć?

W Polsce książki wyglądają coraz ładniej, są atrakcyjnym i drogim produktem, oznaką statusu i przynależności do pewnej grupy społecznej. A np. we Francji najpopularniejszy sektor książki to pocketbooki. Książki, które nawet w przeliczeniu na złotówki są tańsze niż w Polsce. Jak się przywołuje obrazy Francuzów masowo czytających w metrze, to trzeba pamiętać, że oni czytają właśnie te książeczki, które można sobie wcisnąć do kieszeni i nie przejmować się, jak zaleją się kawą.

W Polsce rynek pocketów jakoś się nie rozkręcił, wydawcy swego czasu bardzo na to narzekali. Ale w tym formacie wypuszczano głównie stare kryminały, które były tanie w wydaniu. Natomiast we Francji w pocketach ukazuje się praktycznie wszystko. Jeśli książkę wyda się w kieszonkowym formacie po roku od premiery, to jest czytana.

W dyskusjach na temat czytelnictwa pojawiają się też takie głosy, że jak ludzie mają czytać złą literaturę, to niech lepiej nie czytają w ogóle. Inni z kolei twierdzą, że lepiej czytać słabe książki niż żadne. Kto ma rację?

Źle ustawiamy tę dyskusję. Skupiamy się na mediach i je hierarchizujemy: to medium jest lepsze od tamtego. Niektórzy twierdzą, że czytanie poprawia funkcjonowanie naszego mózgu. Ale przecież nie każde czytanie. Lepiej obejrzeć serial Fargo niż przeczytać kolejne takie samo romansidło albo powieść fantasy niskich lotów. To może być dobra rozrywka, ale książki rozrywkowe nie podziałają bardziej stymulująco na nasz mózg dlatego, że są książkami. W ćwiczeniu neuroplastyczności mózgu chodzi o coś innego: o to, żeby wytrącać się ze schematów myślowych, cały czas uczyć się czegoś nowego. Możemy to osiągnąć zarówno czytając dobre książki, jak i oglądając dobre filmy.

Nie chodzi o to, żebyśmy dali sobie spokój z literaturą. Ale miejmy trochę więcej skromności i odpuśćmy sobie fetyszyzowanie jednego medium, które – tak się złożyło – przez 500 lat było głównym sposobem dystrybuowania wiedzy. Zastanówmy się raczej nad tym, o jakie potrzeby życiowe nam chodzi i jak możemy je najlepiej realizować. Bo na pewno strategia zawstydzania ludzi, którzy nie czytają, nic tu nie pomoże.

Mamy jednak wiele inicjatyw, które promują czytelnictwo.

Przyznam, że nie do końca kupuję sam pomysł promocji czytelnictwa. Te akcje zwykle są kierowane do osób, które już czytają, albo do dorosłych, którzy niechętnie zmienią swoje nawyki. Na liście wydarzeń dotowanych w ramach programu „Promocja czytelnictwa” Ministerstwa Kultury są głównie festiwale literackie i targi książki. To ważne wydarzenia, ale chodzą ludzie, którzy już czytają, więc nie nazywajmy tego promocją czytelnictwa. Jeśli zależy nam na rozwijaniu czytelnictwa, to lepiej byśmy zrobili, przeznaczając większe środki na edukację. Szkoła to najlepsze miejsce na promocję czytelnictwa, potem jest już za późno.

Niełatwo chyba namówić młodych ludzi, żeby odkleili nosy od smartfonów i zanurzyli je w książkach? Panuje takie pesymistyczne przekonanie, że literatura przegrywa ze scrollowaniem Facebooka.

Jedno drugiego nie wyklucza, czego przykładem jest chociażby platforma Wattpad. Korzysta z niego właśnie młode pokolenie czytelników w wieku 12-16 lat, które nie tylko lubi korzystać ze smartfona, ale lubi też czytać, a nawet pisać. Teraz Wattpad rozwija się bardzo intensywnie, głównie dzięki twórczości fan-fiction. I to jest świetne: dzieciaki, które piszą własną literaturę, zainspirowane książkami, serialami czy filmami, które lubią.

Niedawno prezes firmy ogłosił, że trwają prace nad algorytmem, mającym skanować wszystko to, co się znajduje na Wattpadzie, i wychwytywać materiały, które mają jakiś potencjał, żeby je wydać i dobrze sprzedać jako książki. Być może tutaj dzieje się właśnie jakaś rewolucja technologiczna? I jeśli my, ludzie rynku książki, nie mamy pojęcia o czymś takim jak Wattpad, to nie mamy pojęcia, jak wygląda czytelnictwo w dobie nowych technologii.

Czy nowe media uratują literaturę?

Kuba Szestowicki napisał niedawno ciekawy tekst o tym, jak promować czytelnictwo w nowych mediach – wydaje się, że to jest najlepsza droga. On sam pisze, że – podobnie jak ja – nie wychował się w domu z inteligenckimi tradycjami, gdzie książka była jakimś nadzwyczajnym dobrem. Zainteresował się literaturą w okolicach premiery Harry’ego Pottera, bo towarzyszące jej akcje promocyjne (prowadzone np. na blogach) pokazywały czytanie jako coś fajnego. Ale przede wszystkim do książek zachęcili go nauczyciele, którzy chcieli z nim o tych książkach rozmawiać. Potrafili mu pokazać, że to jest fajne zajęcie. Nowe media to jedno, ale jeśli chcemy, żeby Polacy czytali, naprawdę stawiałbym na edukację.

W raportach Biblioteki Narodowej widać, że najmłodsza grupa badanych (15-24 lat) jest dość aktywnyma. Ale – jak zauważają sami autorzy raportu – po zakończeniu edukacji czyta już niewielu. Dlaczego nie jesteśmy w stanie zaszczepić w młodych ludziach chęci do czytania?

Odpowiedź jest bardzo prosta: za mało płacimy nauczycielom. Teraz nauczyciele nie dość, że mają mało pieniędzy, to jeszcze są przytłoczeni biurokracją. Często boją się albo nie mają motywacji i energii, żeby zmieniać system edukacji od środka. A choć zdarzają się wspaniałe wyjątki, to jednak osoby, które mają świetne pomysły i wysokie kompetencje, raczej nie pomyślą o karierze nauczycielskiej albo szybko ją porzucą. I zaczyna panować siła inercji: uczy się tego samego i tak samo jak 10-20 lat temu. System nie nadąża za zmieniającym się krajobrazem kulturowym, za potrzebami młodzieży. Nauczyciele stoją w miejscu, a kolejne roczniki uczniów coraz bardziej się od nich oddalają.

Może lektury omawiane w szkole są zbyt odległe od doświadczeń współczesnych nastolatków?

Debatowanie o kanonie, o liście lektur jest wymówką. Chodzi o to, jak się rozmawia o książkach w czasie lekcji, czego się chce z nich nauczyć. Klasycznej wiedzy filologicznej? Budowy dzieła, elementów poetyki? Czy raczej chce się pokazać, że literatura może stanowić punkt wyjścia do opowiadania sobie nawzajem o naszym życiu? Jeśli nastolatki nie chcą czytać i rozmawiać o tym, co przeczytały, to dlatego że z ich punktu widzenia książki są narzędziem nauczycieli, którzy każą tworzyć plan akcji i wypisywać cechy charakterystyczne dla epoki romantyzmu. Taki sposób pracy z książką zabija całą przyjemność z lektury.

Ale jak rozmawiać z uczniami o tekstach napisanych kilkadziesiąt, kilkaset lat temu bez zarysowania całego kontekstu historycznoliterackiego? Uczniowie na próbnym egzaminie ósmoklasisty dostają np. zadania do Półpancerzy praktycznych Mrożka, nie mając w ogóle pojęcia o realiach komunistycznej Polski. I to opowiadanie na potrzeby testu staje się historyjką o mechanizmach reklamy.

I co w tym złego? O to chodzi, żeby każdy mógł używać literatury na własny sposób. Większość czytelników traktuje literaturę użytkowo, nie potrzebuje całego tego sztafażu historycznoliterackiego i poetologicznego. Zamiast tłuc środki stylistyczne, lepiej nauczyć dzieciaki w szkole, jak bawić się literaturą. Dlaczego nie potraktować Mrożka jako komentatora mechanizmów marketingowych? Może dzięki temu inaczej spojrzymy na współczesny świat reklamy? Tylko trzeba przestać myśleć o literaturze jako o świętości.

No dobrze, ale mimo wszystko, jeśli chcemy zapoznawać uczniów z arcydziełami literatury polskiego renesansu, potrzebne jest jakieś przygotowanie, prawda?

Jasne, choć to nie jest takie łatwe. Dobrze się oswajać z rzeczami, które nie są dla nas oczywiste i łatwe w odbiorze – ale powoli. Czytanie Kochanowskiego w podstawówce wydaje mi się za dużym wyzwaniem. Nawet po wprowadzeniu w realia historyczne współczesnym nastolatkom trudno będzie odczuć wspólnotę z XVI-wiecznym ziemianinem. Oczywiście nie jest tak, że dawne teksty zupełnie się zestarzały i nie są w stanie przemówić do współczesnego czytelnika.

Nasze doświadczenie od końca XIX wieku nie zmieniło się aż tak bardzo, żebyśmy nie byli w stanie współczuć Jankowi Muzykantowi. Ale najpierw rozbudźmy w młodych czytelnikach ciekawość i apetyt na sięgnięcie po książki, których czytanie sprawi im po prostu frajdę.

Może szkoła i poloniści powinni bardziej otworzyć się na literaturę współczesną skierowaną do młodego czytelnika? Książki z gatunku young adults są przecież ostatnio bardzo popularne, także wśród dorosłych.

W Polsce wobec young adults nieufna jest nie tylko szkoła, lecz także rynek wydawniczy. Obawiamy się, że wejście literatury dla młodych do mainstreamu całego rynku książki zdemaskuje, że nasze „dorosłe” kompetencje się zubażają i potrzebujemy czytać powieści dla młodzieży, bo na takim jesteśmy poziomie, tyle wiemy o świecie. Ale z drugiej strony, są tacy autorzy, którzy wykorzystują tę konwencję, żeby opowiadać bardzo ciekawe rzeczy. Przecież Igrzyska śmierci to książka o polityce, o kapitalizmie, nierównościach społecznych, o manipulacjach medialnych, o emancypacji, feminizmie. O miłości też, oczywiście. Znowu wszystko zależy od tego, jak się traktuje tych „młodych dorosłych” – jak partnerów do rozmowy czy jak niższy, głupszy podgatunek człowieka.

Czyli jednak książki mogą nadal być ważnym źródłem wiedzy o świecie.

Tak, ale nie zapominajmy, że aby funkcjonować we współczesnym świecie, potrzebujemy też innych kompetencji, np. cyfrowych. Musimy nauczyć nasze dzieciaki, jak nie paść ofiarą internetowych przestępców. Sami też musimy się tego nauczyć. Nawet nasi politycy muszą się nauczyć, jak odróżniać fake newsa od prawdziwej informacji.

Kiedy odbyła się ta niefortunna akcja palenia książek w Gdańsku, znów w mediach pojawił się argument, że książki są bardzo ważne, skoro ktoś jeszcze chce je palić – tak jak robili to naziści. Tak się składa, że różne niecne organizacje działające dziś na świecie mają książki w nosie i jak coś palą, to palą internet. Federacja Rosyjska nie zalewa nas falą propagandowej literatury, tylko raczej proputinowską publicystyką i trollami w internecie. „Naziści” są dzisiaj w sieci.

Palenie książek to tylko pusty gest?

Głupi, choć oczywiście mający swoją symbolikę. W ubiegłym roku ukazała się po polsku powieść Manaraga Władimira Sorokina, której akcja toczy się w niedalekiej przyszłości. Tam czyta się tylko w formie elektronicznej – za pomocą hologramów albo czipów w mózgu. A drukowana klasyka literatury jest używana w drugim obiegu. Do grillowania. Są mistrzowie grilla, którzy jeżdżą po świecie i przygotowują wyrafinowane potrawy opalane książkami. To w zamierzeniu autora miała być chyba wstrząsająca dystopia, ale powieść jest ostatecznie zabawna. I pokazuje, co się stało z książkami – największym problemem wcale nie jest to, że są palone, ale że nie używamy ich w codziennym życiu.

*Maciej Jakubowiak – krytyk literacki, redaktor magazynu „Dwutygodnik”, autor książki Nieuchronny plagiat (2017).

]]>
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES