Miliard ludzi, którzy chcą być śledzeni przez swoje smartfony

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
GETTY IMAGES
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 3 minut

W czasie gdy mieszkańcy najbogatszych państw zmagają się z naruszaniem prywatności przez wielkie firmy technologiczne i walczą o respektowanie „prawa do bycia zapomnianym”, w innych krajach pojawia się pytanie: co z prawem do bycia zauważonym?

To pytanie – jak oszacowała Grupa Banku Światowego – dotyczy miliarda ludzi, którzy są pozbawieni dostępu do usług uznawanych przez nas za oczywiste, takich jak konto bankowe, akt własności domu czy rachunek za telefon. A wszystko dlatego, że osoby te nie posiadają dokumentów tożsamości i nie są w stanie udowodnić, kim są. Tacy ludzie są de facto „niewidzialni”, co wynika z niedostatecznego dostępu do danych osobowych.

Miliard „niewidzialnych”

Możliwość korzystania z naszych najbardziej podstawowych praw – prawa do głosowania, prawa do własności czy swobody przemieszczania się – jest regulowana przez wielkie agencje administracyjne. Całość ich działań opiera się na informacjach umożliwiających określenie, kto jest do czego uprawniony. Na przykład w celu otrzymania paszportu konieczne jest przedstawienie aktu urodzenia. Ale co jeśli ktoś nie ma aktu urodzenia? Otwarcie rachunku bankowego wymaga podania miejsca zamieszkania. Ale co jeśli twój dom nie ma adresu?

Brak tych najbardziej podstawowych informacji to przeszkoda na drodze do stabilizacji społecznej i ekonomicznej. „Niewidzialni” są wykluczeni z formalnej ekonomii, nie mogą głosować w wyborach, podróżować za granicę, nie mają dostępu do opieki zdrowotnej. I nie jest tak, że osoby te nie kwalifikują się do udziału w programach edukacyjnych czy medycznych – taka sytuacja to po prostu skutek niemożności wylegitymowania się wiarygodnymi danymi.

Ten problem mogłaby rozwiązać obfitość rozmaitych informacji gromadzonych choćby przez nasze telefony komórkowe – oczywiście biorąc pod uwagę także ryzyko. Urządzenia tego typu odgrywają coraz większą rolę w naszym codziennym życiu i pozostawiają za sobą ślady w postaci danych, które napędzają – jak to określiła Shoshana Zuboff – „kapitalizm nadzoru” (ang. surveillance capitalism). Historia lokalizacji Google’a pokazuje przecież, gdzie mieszkamy i pracujemy, a poczta elektroniczna podsumowuje sporą część naszej społecznej aktywności.

Screen z lokalizatora Google. Dane o naszej lokalizacji są zapisywane domyślnie, a jeśli nie chce się być „namierzanym”, opcję tę należy wyłączyć ręcznie

Historia kredytowa ze smartfona

Jeśli „niewidzialny człowiek” byłby w stanie wykorzystać siłę takich danych, stałby się podmiotem dla państwowych służb i uzyskałby dostęp do zasobów, które mu przysługują. W ten sposób wirtualny szlak naszych działań mógłby stać się fizycznym faktem przynoszącym nam wymierne korzyści.

Tak już powoli zaczyna się dziać. W Indiach osoby mieszkające w slumsach wykorzystują dane ze swoich smartfonów do zarejestrowania adresów, na które mogą otrzymywać korespondencję, dzięki czemu mogą np. ubiegać się o uzyskanie dokumentów. Z kolei mieszkańcy Tanzanii używają historii transakcji przeprowadzonych przez smartfony do budowania historii kredytowej i korzystania z szeregu usług finansowych.

Możliwości tego typu jest o wiele więcej. Zdarza się, że właściciele domu zniszczonego przez gwałtowne zjawiska pogodowe, takie jak huragan, nie mogą ubiegać się o pomoc rządową, ponieważ nie są w stanie udowodnić, że dom rzeczywiście należał do nich. Mogliby to jednak zrobić, wykorzystując dane zgromadzone przez lokalizator Google’a, by pokazać urzędnikom, że rzeczywiście w ciągu kilku ostatnich lat fizycznie w nim przebywali. Historia transakcji mobilnych mogłaby z kolei wykazać, że ludzie ci płacili za remont dachu czy postawienie ogrodzenia wokół terenu, na którym znajdował się zamieszkiwany przez nich dom.

Dane cyfrowe mogłyby radykalnie zmienić sytuację ludzi przebywających w miejscach, w których nie ma innych zbiorów danych lub takie zbiory zostały zniszczone, np. w wyniku działań wojennych.

Nadzór państwa kontra prawo do prywatności

Kluczową kwestią jest znalezienie równowagi między ryzykiem wynikającym z państwowego nadzoru i prawami jednostki. To nie jest przecież tak, że ci, którzy chcieliby w ten sposób wykorzystywać swoje dane, byliby jednocześnie gotowi do poświęcenia swojego prawa do prywatności. Ludzie powinni mieć możliwość samodzielnego kontrolowania tej równowagi, a nie zdawać się na łaskę lub niełaskę rządowych instytucji i wielkich firm technologicznych.

Częściowym rozwiązaniem tego dylematu byłoby wyposażenie ludzi w prawo do wykorzystywania własnych danych do realizacji określonych celów. Tym samym do góry nogami wywrócona zostałaby tradycyjna struktura, w której rząd i podmioty gospodarcze gromadzą wielkie zbiory danych do realizacji własnych celów. Innymi słowy: warunki gry zostałyby wyrównane.

Według Center for Data Innovation bez dostępu do naszych danych osobowych nie będziemy w stanie efektywnie korzystać z innowacji. Problem niedostatku danych związany jest bowiem coraz bardziej z nierównościami o charakterze społecznym i ekonomicznym.

Działacze walczący w obronie prawa do prywatności prowadzą niezwykle ważną kampanię, której celem jest zapewnienie nam wszystkim możliwości zachowania kontroli nad naszymi danymi oraz sposobem ich wykorzystywania. Dzięki tym wysiłkom będziemy mogli powiedzieć „nie” nadzorowi ze strony agencji rządowych. Powinniśmy mieć jednak również możliwość powiedzenia „tak” używaniu danych w taki sposób, który będzie dla nas najbardziej odpowiedni i zagwarantuje nam czerpanie określonych korzyści.

© Project Syndicate, 2019. www.project-syndicate.org

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES