Nauka
Zostawił po sobie miliony genów. Nieświadomi potomkowie Czyngis-chana
13 marca 2026

Siedemdziesiąt procent młodych Polaków używa aplikacji randkowych, ale tylko dziewięć procent trwałych związków zaczyna się w taki sposób. Według specjalistów algorytmy tych produktów monetyzują ludzką samotność, zakładając jej maskę samowystarczalności i miłości do siebie.
Cofnijmy się o nieco ponad miesiąc. Jest trzynasty lutego. W witrynach amerykańskich sklepów różowe balony, na Instagramie stories z napisem „You are enough”, w kawiarniach grupki kobiet świętujące Galentine’s Day – święto wymyślone przez scenarzystów jednego z amerykańskich seriali komediowych. Jak zauważa psychoterapeuta Jacek Masłowski, stało się ono „potężnym narzędziem marketingowym promującym kobiecą niezależność i radykalną samowystarczalność”. Dzień później połowa świętujących wróci do aplikacji randkowych z nadzieją, że tym razem będzie inaczej. Algorytm zadba o to, żeby nie było.
Tu jest właśnie pułapka. Nie w prawdziwej miłości do siebie, ale w jej popkulturowej wersji: opakowanej w pastelowe grafiki i sprzedawanej jako substytut relacji.
Socjolog Anna Gromada w eseju dla Polityki Insight rysuje obraz, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Dzietność w Polsce w 2024 roku wyniosła 1,09. Szacunki za 2025 rok sugerują spadek w okolice 1,03 – poziomu, przy którym każde kolejne pokolenie jest o połowę mniejsze od poprzedniego.
Ale to nie jest przede wszystkim historia o braku dzieci. To historia o braku więzi. Czterdzieści cztery procent Polaków przed trzydziestką żyje w pojedynkę – raportuje Gromada. Wśród dwudziestokilkulatków 38 procent mężczyzn i 28 procent kobiet nie miało żadnego kontaktu seksualnego przez co najmniej rok. Siedemdziesiąt procent młodych Polaków używa aplikacji randkowych. Przy czym tylko dziewięć procent trwałych związków zaczęło się w ten sposób.
Aplikacje nie służą bowiem do znajdowania partnera. Służą do szukania.
Pasożytują na ludzkiej potrzebie intymności w sposób maksymalizujący własne zyski, a nie interesy użytkowników
– pisze Gromada. Każde niedopasowanie to sukces algorytmu. Miłość do siebie działa tu jak plaster na rany. A rany są zadawane przez system zaprojektowany właśnie po to, żebyś te rany zbierał.
Gromada opisuje zjawisko emocjonalnego analfabetyzmu: z powodu braku pogłębionych doświadczeń intymnych człowiek nie potrafi odróżnić własnych potrzeb od podszeptów popkultury. Pornografia, algorytmy i romantyczne seriale tworzą mapę emocjonalną, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.
Nauka jest tu zaskakująco jednoznaczna. Opublikowana w kwietniu 2025 roku metaanaliza zespołu naukowców z Cardiff University obejmowała 37 badań z próbą blisko 18 tysięcy uczestników. Pokazała ona silne zależności między stylem przywiązania ukształtowanym w dzieciństwie a zdolnością do współczucia dla siebie w dorosłości.
Osoby, które dorastały w poczuciu bezpieczeństwa, naturalnie potrafią być dla siebie życzliwe w trudnych chwilach (korelacja: 0,395). Z kolei u tych, których bliscy byli nieprzewidywalni lub chłodni, mechanizm ten działa dokładnie odwrotnie. Korelacja ma tutaj zbliżoną wartość, tyle że na minusie. Mówić takim osobom, żeby po prostu bardziej kochali siebie, to jak mówić komuś ze złamaną nogą, żeby więcej chodził.
Zatem algorytmy aplikacji randkowych i samowystarczalność to dwie twarze tego samego mechanizmu obronnego – oba pozwalają nie ryzykować bliskości.
Masłowski opisuje ten krajobraz bez taryfy ulgowej:
To świat ludzi po przejściach, poobijanych przez krótkie, nagle urywane relacje pozostawiające emocjonalny gruz. Pojawia się zmęczenie ciągłym castingiem, w którym jeden błąd kasuje lata starań.
Miłość do siebie, zamiast leczyć rany, zaczyna służyć do budowania muru: parametryzujemy drugiego człowieka według rynkowych kryteriów, ignorując życzliwość i lojalność.
Problem zaczyna się wtedy, gdy miłość do siebie przestaje być etapem dojrzewania, a staje się jego celem. Wtedy łatwo wpaść w złotą klatkę narcyzmu, w której nikt inny nie ma już miejsca ani głosu
– czytamy we wpisie Masłowskiego.
Złota klatka jest wygodna. Nikt w niej nie rozliczy cię z twoich niedoskonałości. Ale prawdziwe współczucie sobie – to zmierzone przez zespół naukowców z Cardiff – zawiera element, który popkultura usuwa chirurgicznie. Chodzi tu o poczucie wspólnego człowieczeństwa. Poczucie, że nie jesteś sam w swoim cierpieniu. To fundament, na którym można zbudować coś z drugim człowiekiem, bo jest się wystarczająco bezpiecznym wewnętrznie, żeby mu zaufać.
Im głośniej krzyczymy o marketingowej „miłości do siebie”, tym wyraźniej widać, jak bardzo boimy się oddać choćby kawałek własnego ego, by zbudować wspólne „my”. Ten strach przed autentycznym zobaczeniem nas przez drugiego człowieka – który Jacek Masłowski nazywa „złotą klatką narcyzmu” – w połączeniu z katastrofą demograficzną oraz algorytmami aplikacji randkowych tworzy mieszankę wybuchową.
Prawdziwą katastrofą nie jest bowiem sam fakt bycia singlem, ale systemowa i psychologiczna niezdolność do wyjścia poza własne „ja”.
Warto przeczytać: Cicha pandemia niszczy relacje. Zaczyna się w domu rodzinnym
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: