Nieustający powojenny problem z niemieckością?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
26.06.2018 Zachodniopomorskie. N/z poniemiecka zabudowa stodola ( Piotr Kamionka/REPORTER)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 9 minut

„Zarówno w stosunku do rzeczy pożydowskich, jak i poniemieckich zakładano, że ich poprzednich właścicieli już nie ma. Można się tu dopatrywać myślenia magicznego, życzeniowego, że nie chcemy, aby poprzedni właściciele tych rzeczy wrócili. Przywłaszczanie sobie mienia pożydowskiego oceniamy negatywnie, bo jest to szaber na osobach, które także były ofiarami wojny. Ale już w przypadku Niemców, którzy II wojnę światową wywołali i przegrali, poczucia winy nie ma, a w każdym razie jest ono mniejsze” – mówi w rozmowie z Holistic.news dr Karolina Ćwiek-Rogalska

ANNA WILCZYŃSKA: Kiedy zaczyna się okres „po wojnie”? Czy istnieje wyraźna granica, moment, od którego zaczynamy na nowo liczyć czas i podejmować refleksję nad tym, czego doświadczyliśmy w okresie konfliktu?

DR KAROLINA ĆWIEK-ROGALSKA*: Prawdziwy koniec wojny to moment bardzo trudny do uchwycenia. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że takie granice wyznaczają nam daty historyczne, np. że 8 lub 9 maja 1945 r. skończyła się II wojna światowa. Ale to by oznaczało, że jednego dnia automatycznie zamknęła się jedna epoka w historii Polski i świata, a zaczęła druga.

Ale w rzeczywistości ludzie nie zaczęli sobie wypracowywać nowego trybu życia zaraz po kapitulacji III Rzeszy. Kiedy spojrzymy np. na sytuację tzw. Ziem Odzyskanych i przybywanie pierwszych osadników na świeżo przyłączone do Polski tereny, to zauważymy, że data 8 maja 1945 r. nie jest taka istotna. Dla jednych osadników okres powojnia zacznie się już w marcu lub kwietniu 1945 r., a dla drugich dopiero w roku 1946.

Z czego wynika ta płynność granic czasowych wojny, a szczególnie granic II wojny światowej?

Po pierwsze z tego, że II wojna światowa miała dalekosiężne reperkusje, które były rozciągnięte w czasie. Po drugie, doświadczenie konfliktu zbrojnego zawsze zmienia podejście do wielu aspektów dotychczasowego życia. Ludzie zaczynają inaczej myśleć o przestrzeni, o sobie samych, o tym, co mogą, a czego nie. Po wojnie nigdy nie wraca się do tego, co było przed nią. Bywa, że jest to okres bardzo radykalnych przemian. Jednocześnie jest to czas, kiedy niby nie ma otwartych działań wojennych, bo niezbędne traktaty już podpisano, ale w niektórych miejscach mogą wciąż toczyć się walki. Ta płynność wynika w dużej mierze z wciąż trwającej niepewności.

Koniec wojny może zależeć od indywidualnej biografii?

Tak, nawet wśród stosunkowo niewielkiej grupy można zauważyć różnice w odbiorze końca wojny. Prowadziłam wywiady z osadnikami, którzy przyjechali na tzw. Ziemie Odzyskane oraz na tereny byłej Czechosłowacji, z których wysiedlono ludność niemieckojęzyczną. I ludzie przyjeżdżający ze wschodu do Czechosłowacji, np. z Rusi Zakarpackiej, odmiennie postrzegali czas zakończenia wojny, bo dla nich ten konflikt miał zupełnie inną chronologię. Na ich tereny bardzo wcześnie dotarła Armia Czerwona, wcześnie zaczęły się wysiedlenia. Jednak nie tylko na poziomie indywidualnym, ale również w skali makro wyznaczanie realnych ram czasowych wojny jest bardzo trudne.

Jak historycznie wyglądało radzenie sobie z faktem, że wojna się skończyła, a w naszych nowych granicach mamy przedmioty, budynki, infrastrukturę, które pozostawili po sobie Niemcy – wrogowie? Kiedy ludzie zaczęli tworzyć sobie mechanizmy radzenia sobie z poniemieckością?

W podejściu do tego, co zostało po Niemcach, możemy mówić o różnych fazach. Te fazy są zależne od działań prowadzonych zarówno na poziomie państwowym, jak i lokalnym. Bo nie tylko polskie władze powojenne zmieniały swój stosunek do dziedzictwa poniemieckiego. Ten stosunek zmieniał się także w przypadku pojedynczych osób czy mniejszych grup ludności. Wpłynęły na to przede wszystkim uwarunkowania polityczne. Chociaż wcześnie było wiadomo, że zachodnia granica Polski zostanie wyznaczona na Nysie Łużyckiej i Odrze, to długo nie było pewności, czy ta granica tam pozostanie. To generowało szereg problemów w radzeniu sobie z poniemieckością.

Ziemie Zachodnie, lata 70. (EAST NEWS / ZENON ZYBURTOWICZ)

Skąd niepewność, czy granica na Nysie i Odrze przetrwa?

Stosunkowo szybko podpisano porozumienie o granicy na Odrze i Nysie z Niemcami Wschodnimi. Natomiast z Niemcami Zachodnimi ostateczne porozumienie podpisano dopiero w roku 1970. To aż 25 lat niepewności, czy granica zostanie uznana. Taka sama niepewność narodziła się po 1989 r. i zjednoczeniu Niemiec. Wtedy również wróciła dyskusja o tym, czy granica z Niemcami powinna zostać w tym samym miejscu.

Wraz z powrotem tej debaty wrócił niepokój ludności o to, czy Niemcy nie cofną się na dawniej zajmowane tereny. Ten brak do końca ustalonej granicy miał duży wpływ na kondycję psychiczną osadników na tzw. Ziemiach Odzyskanych i na to, jak zmieniał się ich stosunek do dziedzictwa niemieckiego. Bo mechanizmy radzenia sobie z poniemieckością były przede wszystkim próbami wytworzenia w sobie poczucia bezpieczeństwa.

Jakie to były mechanizmy?

Na wypadek powrotu Niemców do swoich dawnych domów część osób wywoziła rzeczy z tzw. Ziem Odzyskanych na tereny, z których przyjechała, o ile mogła tam wrócić. Część osób osiedlała się na nowych terenach tylko na tak długo, na ile dało się z nowego miejsca zamieszkania wyciągnąć jakieś korzyści. Na przykład przebywano w jednym miejscu tylko do momentu, kiedy można było zebrać żniwa na poniemieckich polach albo dopóki poniemiecki dom, w którym zamieszkiwano, się nie rozpadł.

Osadnicy na Ziemiach Odzyskanych, lata 70. (EAST NEWS / ZENON ZYBURTOWICZ)

W końcu podejmowano także próby oswajania poniemieckiej przestrzeni, od przypadków przerabiania bardzo wyraźnych oznak niemieckości zajętych terenów aż po całkowite niszczenie wszelkich przejawów niemieckości na tzw. Ziemiach Odzyskanych. I nie mówię tutaj tylko o architekturze, ale także o miejscach pamięci – pomnikach, cmentarzach, kościołach – które próbowano przerabiać według swojej wizji krajobrazu kulturowego wyniesionego z miejsc, z których osadnicy przyjeżdżali.

Od czego zależało to, czy poniemieckie dziedzictwo niszczono, czy próbowano je oswajać?

Od dwóch czynników. Po pierwsze, od rejonu tzw. Ziem Odzyskanych, ponieważ jest to bardzo zróżnicowany obszar. Inaczej podchodzono do dziedzictwa poniemieckiego na Pomorzu, inaczej na Warmii, inaczej na Mazurach, inaczej na Śląsku. Po drugie, zależało to od tego, skąd przybywali nowi osadnicy i jakie były ich doświadczenia wojenne. Myśląc o tzw. Ziemiach Odzyskanych, najczęściej mamy w pamięci osadników zza Buga, bo ten obraz utrwaliła w nas kultura, np. filmy z cyklu Sami swoi.

Ale nie wszyscy osadnicy na tzw. Ziemiach Odzyskanych byli z Kresów. Przybywali tam też ludzie z mocno zniszczonej działaniami wojennymi centralnej Polski, gdzie panował duży głód ziemi. Przyjeżdżali osadnicy z byłych terenów pogranicznych, czyli ludzie mieszkający stosunkowo niedaleko. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych osiedlano także repatriantów, np. Polaków mieszkających w osadach górniczych we Francji, których zachęcano do powrotu do kraju. A więc sposób, w jaki traktowano dziedzictwo poniemieckie, zależał od tego, kto i na jakim terenie je odkrywał.

Co dzisiaj znaczy, że coś jest poniemieckie?

Słowo poniemiecki jest specyficzne dla języka polskiego. W innych krajach opisanie jakiejkolwiek formy dziedzictwa pozostawionej przez niemieckojęzycznych mieszkańców – nierzadko mieszkających na takim terenie od stuleci – wymaga stworzenia całego zdania, bo nie ma na to jednego przymiotnika. Po czesku mówi się np., że coś „zůstalo po Němcích”. Wydaje mi się, że dla nas poniemiecki znaczy przede wszystkim „inny, odróżniający się od tego, co znamy”. Wielu badaczy sprzeciwia się używaniu słowa poniemiecki”, twierdząc, że poniemieckie jest niczyje i sugeruje wyłącznie negatywny stosunek do opisywanych rzeczy.

Ziemie Zachodnie, lata 70. (EAST NEWS / ZENON ZYBURTOWICZ)

Dziedzictwo poniemieckie w Polsce może być też odbierane pozytywnie?

Przyjrzymy się temu, jakie wyniki wyrzuci nam wyszukiwarka Google, gdy wpiszemy słowo poniemiecki. Okazuje się, że poniemiecki jest nie tylko bunkier, ale też infrastruktura, np. most albo autostrada zbudowana przez Niemców, która jest bardzo solidna. Poniemiecka architektura nie musi być związany z militariami. Może to być też stary, monumentalny budynek użyteczności publicznej. A gdy przyjrzymy się ogłoszeniom sprzedaży domów na terenach tzw. Ziem Odzyskanych, które sprzedający opisują jako poniemieckie, to okaże się, że ten przymiotnik będzie waloryzowany pozytywnie. Bo nie znaczy to przecież, że dom jest znienawidzony czy niechciany, ale że jest stary, ma potencjał historyczny i jest bardzo trwały. Więc poniemieckość może mieć pozytywny wydźwięk.

Czy fakt, że tylko w języku polskim mamy przymiotnik na określenie rzeczy pozostawionych przez Niemców oznacza, że mamy do nich jakiś wyjątkowy stosunek? Bo jeśli coś jest poniemieckie to chyba znaczy, że nie jest polskie?

Wydaje mi się, że mamy wyjątkowy stosunek do poniemieckich rzeczy. Bo skoro dla tych „odzyskanych”, przejętych po Niemcach przedmiotów potrzebujemy osobnego słowa, to znaczy, że nie uznajemy ich do końca za polskie. To nie są ani rzeczy niemieckie, ani polskie. Są gdzieś pomiędzy, w stanie zawieszenia, bo jak mówiłyśmy wcześniej, nie było do końca wiadomo, czy Niemcy czasem nie wrócą.

Podobne wątpliwości występowały w przypadku mienia pożydowskiego. Jednak nasz stosunek do rzeczy pożydowskich jest już zupełnie inny.

Słowa „pożydowski” i poniemiecki językowo są tak samo skonstruowane. Zarówno w stosunku do rzeczy pożydowskich, jak i poniemieckich zakładano, że ich poprzednich właścicieli już nie ma. Więcej – antropologowie często przywołują taki wniosek z badań Bronisława Malinowskiego, że „mówienie już jest działaniem”. Dlatego w przymiotnikach poniemieckii „pożydowski” można się dopatrywać myślenia magicznego, życzeniowego, że nie chcemy, aby poprzedni właściciele tych rzeczy wrócili.

Tym określeniem językowym próbujemy czarować rzeczywistość, że przedmioty po Żydach i po Niemcach na zawsze straciły swoich poprzednich właścicieli. Natomiast przywłaszczanie sobie mienia pożydowskiego oceniamy negatywnie, bo jest to szaber na osobach, które także były ofiarami wojny. W tym słowie jest dodatkowo zawarte jakieś poczucie winy. Ale już w przypadku Niemców, którzy II wojnę światową wywołali i przegrali – nawet w przypadku przymusowo wysiedlonej ludności cywilnej – tego poczucia winy nie ma, a w każdym razie jest ono mniejsze.

Czy podobne myślenie życzeniowe przejawia się w nazewnictwie Ziem Odzyskanych?

Tak, bo przecież one wcale odzyskane nie są. W różnym okresie historii niektóre, ale nie wszystkie tereny określane mianem Ziem Odzyskanych, przynależały do tego czy innego organizmu politycznego pod nazwą Polska. Sam fakt, że propaganda PRL-u używała terminu „Ziemie Odzyskane”, jest zabiegiem magicznym. Zresztą problem językowy z nazwą tych terenów mamy do dziś, choć mijają 74 lata od symbolicznego zakończenia wojny.

Nazwy „Ziemie Odzyskane” używamy często w cudzysłowie lub ze słowami „tak zwane”, żeby się zdystansować od języka PRL-owskiej propagandy, bo mamy świadomość, że jest to element mitologii komunistycznego państwa. Inny proponowany termin – „Ziemie Zachodnie” – też nie działa, bo trudno powiedzieć, że Warmia i Mazury są na zachodzie. Mamy jeszcze do dyspozycji „Ziemie Zachodnie i Północne”, ale spójrzmy prawdzie w oczy – nie jest to najbardziej „chwytliwa” nazwa. Cały czas mamy też problem z tym, czy ziemie poniemieckie są zdobyte, czy wyzwolone.

Ziemie Zachodnie, lata 70. (EAST NEWS / ZENON ZYBURTOWICZ)

Odwiedzasz i badasz niemieckie miejsca pamięci na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Jaki stosunek do tych miejsc panuje obecnie wśród lokalnej ludności?

Odwiedzając i dokumentując poniemieckie miejsca pamięci w Polsce, spotykam się z różnym podejściem miejscowych do tych pozostałości. Zdarzają się reakcje wrogie, ludzie bywają niepewni lub przestraszeni słysząc, że pytam o poniemieckie cmentarze czy pomniki. Ale bywa też tak jak podczas mojej ostatniej wyprawy w poszukiwaniu poniemieckiego pomnika z I wojny światowej w małej wiosce na Pojezierzu Drawskim.

Kiedy odszukałam i zbadałam pomnik, zgromadzili się okoliczni mieszkańcy i zaczęli pytać, co to w ogóle jest za obiekt. Okazało się, że miejscowi znaleźli ten pomnik i wykopali go z ziemi. Wiedzieli, że jest niemiecki i że jest stary, ale nie do końca mieli świadomość, co przedstawia, nie potrafili odczytać tablic. Byli jednak zainteresowani, czym jest ten obiekt.

Czy sądzisz, że w jakiś sposób poradziliśmy sobie z naszą trudną historią z Niemcami? Czy nasze podejście do poniemieckości prawie 80 lat po wojnie pozwala wysnuć na ten temat jakieś wnioski?

Tutaj musimy oddzielić sferę makro od sfery mikro. Na tym bardziej ogólnym poziomie – z setkami prac naukowych, działań społecznych, politycznych czy ekumenicznych – możemy mówić o radzeniu sobie z tym fenomenem. Z drugiej strony, celowo mówię o „radzeniu sobie”, a nie „poradzeniu sobie” ze względu na to, że w tej skali lokalnej, a nawet schodząc jeszcze głębiej, w skali osobistej, wygląda to bardzo różnie. Chociażby to, w jaki sposób mieszkańcy danych miejscowości reagują na to, że ktoś przyjeżdża i interesuje się a to cmentarzem, a to pomnikiem, który tam „został po Niemcach”, uwidacznia ten problem.

Prowadzisz warsztaty z młodzieżą w szkołach i innych placówkach na temat poniemieckości, nie tylko na tzw. Ziemiach Odzyskanych, ale w różnych miejscach w Polsce. Jak te warsztaty wyglądają?

Prowadzę wiele warsztatów, szczególnie na tzw. Ziemiach Odzyskanych, bo tam uczniowie na przykładzie własnej miejscowości mogą prześledzić doświadczenia związane z poniemieckością. Podczas tych warsztatów najczęściej uczymy się o tym, jak odczytywać pozostałości po Niemcach, które mamy w naszym regionie. W pierwszej części zajęć wypracowujemy sobie narzędzia językowe i podejście do miejsc pamięci związanych z Niemcami. W drugiej części – części praktycznej – zajmujemy się konkretnymi miejscami pamięci i pomnikami znajdującymi się w danym mieście lub miejscowości.

Czy dla młodych ludzi nie jest to już pieśń przeszłości, zbyt odległa historia?

Gdy da się młodzieży narzędzia do mówienia o lokalnej historii, czyli o ich własnej historii, i pomoże im się odczytać znaczenia obiektów, które mijają codziennie w drodze do domu czy do szkoły, to okazuje się, że jest to dla nich ważny temat. Podczas warsztatów młodzież zauważa, że część obiektów w ich okolicy nie stała się poniemiecka, ale została niemiecka. Czyli pozostały jakieś elementy dziedzictwa niemieckiego, z którymi się nie pogodziliśmy, bo temat poniemieckości w nas ciągle pracuje.

Na warsztatach przywołujemy fragmenty źródeł archiwalnych. I gdy czytamy tam, że komuś przydzielono poniemieckiego konia, chodziło się na poniemieckie jabłka albo że były problemy z poniemieckimi krowami, to odkrywamy, że przyroda i zwierzęta też mogły być poniemieckie. Podczas warsztatów często pada bardzo ważne pytanie – czy są też poniemieccy ludzie? I czy mieszkając na tzw. Ziemiach Odzyskanych, to nie my jesteśmy poniemieccy? Wspólnie zauważamy, że w najnowszej historii mamy jeszcze wiele osobistych wątków do odkrycia i że to jest bardzo ważny temat w budowaniu naszej tożsamości.

Karolina Ćwiek-Rogalska – kulturolożka i bohemistka, pracuje jako adiunktka w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. Autorka książki Zapamiętane w krajobrazie. Krajobraz czesko-niemieckiego pogranicza w czasach przemian. Zajmuje się wpływem wysiedleń społeczności niemieckiej i niemieckojęzycznej z Polski i Czechosłowacji po 1945 r.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES