Poprzedni
Następny

Nowe Ateny. Opowiadanie

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Getty Images
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 13 minut

Panarukan A gdyby tak zamiast polityków światem rządziły algorytmy? Dominika Słowik, autorka powieści Zimowla nagrodzona Paszportem Polityki 2019, w swoim opowiadaniu pisze dla Kivertsi Holistica app citas gratis o tym, jak wyglądałby świat bez partii site de rencontre franГ§ais gratuit pour homme politycznych

1.

Agata.

Backspace. Jeszcze raz.

Agatha.

Zacisnęła nerwowo dłoń na wisiorku.

Musi pamiętać o tym kantońskim „h”.

W skupieniu wypełniała formularz. Laptop co jakiś czas głośno wył.

Wiek, płeć, numer dowodu, numer paszportu, numer ubezpieczenia, numer certyfikatu medycznego… Musiała go wcześniej wyrobić w ich placówce dyplomatycznej, w Europie mają tylko dwie, jeździła po to specjalnie do Niemiec, do Berlina. Przyjechała tam zestresowana, przygotowana na badanie lekarskie, ale okazało się, że trzeba tylko podpisać dokument, zgodę na dostęp do danych. Sami sprawdzą, co trzeba.

Po co w ogóle musiała się w takim razie stawić osobiście?

Wcześniej paru jej znajomych próbowało tam wjechać – na stałe, nie jako turyści, bo wiadomo, wycieczkę można sobie kupić bez problemu, o ile oczywiście kogoś było stać na ich gigantyczną opłatę klimatyczną – ale większość nie dostała nawet zaproszenia na rozmowę w sprawie certyfikatu. Spośród tych, o których słyszała, że starają się o prawo pobytu, do konsulatu pojechało wyłącznie kilka osób.

Znów przeszyło ją ukłucie niepokoju, ale natychmiast odrzuciła te myśli. To zbyt ważna sprawa. Musi pozostać skupiona. Ma szansę być pierwsza.

A teraz siedziała przed tym przegrzewającym się laptopem. Była na granicy od dwóch dni. To normalna procedura, wiedziała o wszystkim wcześniej z listu, w którym przysłano jej promesę wizy. A jednak czuła się bardzo zdenerwowana. W pewnym sensie, pomyślała, ważyły się tutaj jej losy.

Dwie poprzednie noce spędziła w małym pokoiku w jednym z blaszanych kontenerów.

Pobrano jej krew do podstawowych badań (wiedziała, że to zrobią, uprzedzono ją w tym samym liście, chcą mieć jak najbardziej aktualne wyniki). Zmierzyli jej ciśnienie. Oddała im walizkę do dokładnego sprawdzenia. Tyle. Na szczęście nie zabrali jej biżuterii. W pokoju było parę książek – wyglądały na nietknięte – i trochę turystycznych ulotek. Nudziłaby się, gdyby nie była tak zestresowana.

Pomieszczenie, w którym teraz siedzieli, oświetlone mdłym światłem elektrycznym, nie miało okien. Kątem oka widziała kilka innych osób. Kobieta po prawej wypełniała ten sam formularz, Agata widziała, jak wpisuje kolejne numerki dokumentów. Oprócz nich papiery wypełniały trzy inne osoby. Tylko jeden mężczyzna.

Jeszcze raz przebiegła wzrokiem po swoich danych, upewniając się, że nigdzie się nie pomyliła. „Agatha”. Przez „h”.

Nacisnęła palcem enter.

Komunikat.

„Proszę położyć dłoń na myszce, palec wskazujący na lewym przycisku”.

Słyszała o tym: że podobno czujnikami mierzą jakieś parametry.

Zastanawiała się, czy to coś jak miniwykrywacz kłamstw.

Albo ściągają jej po prostu odciski. W sumie logiczne.

Ułożyła wolno rękę, a wtedy ekran się zmienił.

Spodziewała się następnych pytań, ale zamiast tego ujrzała serię obrazków, jakieś miasta, niektóre znajome, pejzaże, kilka słynnych osób, zwierzęta… Przypominało to wygaszacz ekranu złożony z przypadkowych zdjęć.

Zerknęła na kobietę obok. U niej także kolorowe zdjęcia migały na ekranie.

Było jej niewygodnie na plastikowym krzesełku, ale bała się poruszyć, żeby przypadkiem nie oderwać dłoni od myszki.

Gapiła się w komputer. Nie miała pojęcia, ile to trwało. Wreszcie zdjęcia zniknęły. Na białym ekranie pojawił się kolejny formularz.

Kilkanaście podstawowych pytań. Takie same wypełniała już wielokrotnie, kiedy wyjeżdżała poza Unię.

Czy jest Pani uzależniona od narkotyków? Czy jest Pani powiązana z organizacją terrorystyczną? Czy ciąży na Pani prawomocny wyrok?

Szybko przeklikała „nie, nie, nie”.

I ostatnie pytanie, większym, pogrubionym fontem.

„Czy chce Pani wjechać do Kantonu w celu osiedlenia się, egzekwując przywilej w zgodzie z art. 2 imigranckiego kodeksu stałego pobytu?”

„Wyślij”.

Pasek postępu. „Aplikacja jest przetwarzana”. Serce zabiło jej mocno. Czuła, że pocą jej się dłonie. To już. Oby się udało. Długo, długo nic. Ikonka ładowania. Dziwna, kwadrat, prostokąt, kwadrat.

A potem ekran zamigotał na zielono.

„Witamy w Kantonie”.

– Gratuluję. – Poczuła ciężką rękę na swoim ramieniu.

Kiedy żołnierka zabrała ją, by przeprowadzić przez granicę, widziała, że wszystkie pozostałe ekrany świeciły na czerwono. Kobieta po prawej ukryła twarz w dłoniach.

*

– Kochana…!

Blondynka rzuciła się w jej stronę z otwartymi ramionami. Złożyła na jej policzkach dwa całusy.

– Agatha, prawda?

Agata skinęła głową.

– Gdzie masz swój bagaż…? Co, tylko to?! – Dopiero teraz zauważyła podręczną walizkę.

– Pozwalają wwieźć 10 kilo.

Kobieta wydawała się szczerze zmartwiona.

– Biedactwo, to ty nic ze sobą nie masz! Ubrań ci starczy?

– Dostałam bony. – Agata dotknęła ręką kieszonki na piersi, gdzie schowała pieniądze i kilka kuponów, które urzędniczka wręczyła jej na granicy.

– Ach tak, wyprawka, Mark wspominał. No to co, głodna?

Nie, nie była głodna. Ale spojrzała na przyjaźnie uśmiechniętą kobietę, która wpatrywała się w nią z wyraźną nadzieją, i skinęła głową.

2.

Była już w Kantonie od dwóch tygodni.

Właściwie sama nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć.

Cieszyła się, że udało jej się wjechać, ale dopiero Groggsowie, którzy się nią teraz opiekowali, wyjaśnili, jak duże szczęście miała.

– Jesteś wybrana! – dowiedziała się już pierwszego dnia, nad lunchem, na który prosto z pociągu zabrała ją Barbara.

Roześmiała się.

– Naprawdę. Przeludnienie to największe zagrożenie współczesności, dbamy więc chociaż o ten nasz skrawek ziemi. Co roku na stałe wjeżdża do nas nie więcej niż 10-15 osób. Ci najlepiej predestynowani, by stać się Kantończykami.

– A ile aplikuje?

Barbara się uśmiechnęła.

– Tego nie mogę ci powiedzieć… – Nachyliła się nad talerzem. – Ale nawet sobie nie wyobrażasz.

Teraz Agata siedziała znów przed laptopem, dokładnie jak dwa tygodnie wcześniej w baraku na granicy, ale ten komputer był znacznie nowszy, cienka biała obudowa przypominała złożoną kartkę papieru. Dziewczyna miała na sobie miękki dres, obok laptopa stał kubek z kawą. Była w „swoim” pokoju w mieszkaniu Groggsów.

Wypełniała kolejne testy, bawiąc się w zamyśleniu wisiorkiem. „Przygotowanie do życia w Kantonie”.

Barbara była pracownicą urzędu. Wyjaśniła jej, że wszyscy imigranci na początku mieszkają z lokalnymi rodzinami. Oni z mężem zgłosili się do programu opiekunów już dawno temu, ale dopiero teraz udało im się dostać na pierwsze miejsce listy.

– To ogromny zaszczyt – wyjaśniła. – Myślę zresztą, że poszło tak szybko tylko dlatego, że Mark jest technologiem.

– Technologiem?

– Nudy… – Barbara się roześmiała. – Programuje. Jest świetnym programistą. Światowej klasy. A sama wiesz, jak to dzisiaj jest.

Agata skinęła głową.

Tyle rzeczywiście nawet ona wiedziała.

Wciąż nie mogła w to wszystko uwierzyć. Ostatnie dwa tygodnie spędziła jak we śnie. Groggsowie byli przemili, zwłaszcza Barbara, która z prawdziwą troską dbała o to, żeby Agata nie czuła się zagubiona w nowym dla niej świecie Kantonu. Pani Groggs dostała nawet tydzień wolnego w urzędzie. Za to Mark miał znacznie mniej czasu. Pochłonięty pracą, większość doby spędzał w biurze, a kiedy był w domu, najczęściej zamykał się w swoim pokoju ze służbowym laptopem.

Groggsowie bardzo się starali, żeby Agata czuła się jak u siebie. „Bo w końcu teraz jesteś u siebie”, wyjaśniła już pierwszego dnia Barbara z szerokim uśmiechem.

Była u siebie. Była u siebie. Znów powtórzyła szeptem te słowa, jakby sama nie mogła w nie uwierzyć.

Tylu marzyło o podobnej szansie. W ostatnich latach możliwość legalnego osiedlenia się w Kantonie była rodzajem zbiorowego, złotego snu emigracji. A w kraju, z którego pochodziła, z jednym z najniższych kapitałów wody pitnej, Kanton wydawał się prawdziwym eldorado.

Agata wciąż spodziewała się jakiejś rozmowy z urzędnikiem, szczegółowego wywiadu, ale poza krótką pogawędką z żołnierką na granicy, która wręczyła jej „wyprawkę” i bilet na pociąg, nikt jej o nic nie pytał.

Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że żadnej następnej rozmowy nie będzie. Tylko te kilkadziesiąt godzin filmów instruktażowych i informacyjnych (większość z nich to były po prostu filmy przyrodnicze o regionie), które musiała obejrzeć na komputerze, zamknięta w domu Barbary i Marka. I już. Założą jej profil w Nowych Atenach, wydadzą dokumenty, będzie mogła szukać pracy, mieszkania. Będzie Kantonką.

Oczywiście już na początku wyjaśniono jej kilka podstawowych spraw związanych z codziennymi zasadami kantońskiego życia. Na przykład limit wody na osobę. Podobało jej się to. Owszem, trudno było uwierzyć w zakaz latania dotyczący wszystkich mieszkańców Kantonu – ale na niebie ponad miastem rzeczywiście nie dostrzegła nigdy żadnych samolotów. Turyści, którzy przyjeżdżali na wycieczki, lądowali na lotnisku w przygranicznym Kuquara i na granicy przesiadali się w pociąg.

Zaawansowana segregacja śmieci, limit zakupowy („nie dotyczy produktów wirtualnych”, jak poinformował ją w jednym z instruktażowych wideo głos z offu), zakaz wyrzucania elektroniki, kuchnia oparta na lokalnych produktach. Dieta bezmięsna. A wszystko to ustalone w ogólnopaństwowych, obligatoryjnych referendach.

Kiedy pierwszy raz przejeżdżały z Barbarą przez miasto, Agata zwróciła uwagę na mnóstwo punktów serwisowych z zielonym logo listka. „Elektronika, tekstylia, sprzęt domowy – naprawy”. I pełno sklepów z używaną odzieżą, tej samej sieci. Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, nie widziała żadnych sklepów z nowymi ubraniami.

Na ulicach zauważyła za to sporo wojska – ale w dzisiejszych czasach wszędzie było sporo wojska.

3.

Od kilku dni nie mogła spać.

Założenie profilu przeciągało się, siedziała u Groggsów już blisko sześć tygodni.

Nie wolno jej było wychodzić samej na ulicę, bez profilowania wciąż brakowało jej legalnych dokumentów. Mogła przebywać na zewnątrz tylko w towarzystwie Barbary.

Leżała bezsennie w łóżku. Może to przez te filmy, które oglądała całymi dniami, bo kiedy tylko zamykała oczy, panoramiczne ujęcia wodospadów w kantońskich górach przesuwały jej się pod powiekami. Co, jeśli coś pójdzie nie tak? Dlaczego zakładanie profilu tak długo trwa? A jeśli ją stąd wyrzucą…

Nie mogła dłużej wytrzymać. Z irytacją odrzuciła kołdrę.

W kuchni stanęła w zamyśleniu przed zamkniętą lodówką. Miała ochotę na zmrożoną wodę, ale z instruktażu wideo zapamiętała, że lód był limitowany. Czy Groggsowie nie będą mieć problemów, jeśli weźmie sobie parę kostek? Lodówka miała wagę i dane o wszystkich zużywanych produktach wysyłała do chmury.

– Głodna?

Aż podskoczyła.

Nie zauważyła Marka. Twarz oświetlał mu blask ekranu laptopa. Obok komputera stała filiżanka z czarną kawą.

– Nie możesz spać?

Skinęła głową. Odruchowo zacisnęła rękę na maleńkim wisiorku, jak zawsze, kiedy się denerwowała.

– Dlaczego to tak długo trwa? – wyrwało jej się. Mark budził w niej niepokój. Był taki poważny.

Spojrzał na nią.

– Profilowanie?

– Myślałam, że to formalność.

– Musisz być cierpliwa. Pracujemy zawsze nad tym, żeby profile były jak najdokładniejsze.

– My…?

Uśmiechnął się ciepło.

– Słyszałem, że żona wyjaśniła ci co nieco na temat Nowych Aten?

– Tak. Wspominała, że pracujesz przy tym algorytmie.

– Algorytm… – skrzywił się. – Technolog obraża się, kiedy słyszy to słowo. Nie lubimy tej nazwy. – Nagle wstał. Był raczej niskim mężczyzną, Agata zauważyła to dopiero teraz. I bardzo dobrze jak na Kantończyka ubranym. Koszula, którą miał na sobie, wyglądała na zupełnie nową.

– Poczekaj, wiem czego ci trzeba.

Zniknął na chwilę w drzwiach kuchni, słyszała jak cicho trzaska jakimiś szafkami. Czuła pokusę, żeby zajrzeć do jego laptopa, zobaczyć wreszcie te Nowe Ateny. Zrobiła krok w stronę komputera, przechyliła się, żeby spojrzeć w ekran… Odskoczyła, gdy Mark pojawił się kuchni. W dłoniach trzymał papierową torbę. Przestraszona, znów odruchowo zacisnęła rękę na swoim wisiorku.

– Proszę! Tylko nic nie mów Barbarze, lepiej, żeby nie wiedziała… – powiedział, sięgając do torby.

– Ubieraj się, jedziemy świętować!

Barbara stała w progu jej pokoju. Agata spojrzała na nią zdezorientowana.

– Założyli ci profil! Na wieczór masz wyznaczone pierwsze logowanie.

Udało się.

Nareszcie, po raz pierwszy od wielu tygodni, poczuła ulgę.

Usiadły w jakimś bistro. Zanim Agata zdążyła przejrzeć menu, podszedł do nich kelner.

– Coś do picia?

– Dla mnie kawa – rzuciła i pochyliła się nad kartą, żeby wybrać coś do jedzenia. Dopiero po chwili zorientowała się, że w restauracji zapadła cisza. Podniosła głowę. Kilku gości wpatrywało się nią z dziwnym wyrazem twarzy. Kelner wyraźnie pobladł i rzucał nerwowe spojrzenie na zmieszaną Barbarę.

– Agatha się pomyliła, jest w Kantonie od niedawna, prawda, kochana? Doskonale wiesz przecież, że obrót kawą jest u nas NIELEGALNY…

Gapiła się na Barbarę zdziwiona.

– Ale przecież… – przypomniały jej się wszystkie kubki kawy, które wypiła w mieszkaniu Groggsów. W szafce mieli pięciokilową paczkę. Rzeczywiście, była tak zestresowana czekaniem na profil, że nawet nie zwróciła na to uwagi. – To znaczy, tak, przejęzyczyłam się, dla mnie woda. – wydukała przepraszająco.

– Z miętą? – zapytał z wyraźną ulgą kelner.

Agata jeszcze przed przyjazdem wiedziała, że ustrój panujący w Kantonie jest dziwną hybrydą demokracji bezpośredniej. Większość spraw rozstrzyga się w głosowaniach, w czymś w rodzaju obowiązkowych referendów. Głosowania są przeprowadzane drogą elektroniczną. Kanton był maleńkim państwem, więc mogli sobie pozwolić na takie fanaberie.

Znacznie więcej dowiedziała się już po przyjeździe.

Przede wszystkim obejrzała oficjalną wersję historii Kantonu. Krótkie wideo o drodze do autonomii, a potem do niepodległości. Wzruszająca opowieść o tym, jak mała prowincja odłączyła się od znacznie większego państwa, korzystając z chaosu pierwszego kryzysu wodnego.

Niemal natychmiast zniesiono istnienie partii politycznych i wdrożono system referendalny.

„Niestety, wielu obywateli nie rozumiało, na co głosuje. Czasem sprawy były zbyt skomplikowane, ale częściej nie zadawano sobie po prostu najmniejszego trudu, żeby dowiedzieć się czegoś o przedmiocie głosowania. Mimo wysokiego wskaźnika wykształcenia w społeczeństwie, głosowania były przypadkowe i nieprzemyślane.

Najpierw wprowadzono obowiązkowe testy. Na karcie umieszczono krótki sprawdzian wiedzy, dotyczący tematu, nad którym głosowano. Jeśli udzielono złych odpowiedzi, głos stawał się nieważny.

Niestety, z różnych powodów, system się nie sprawdził.

To wtedy postanowiono wdrożyć głosowanie elektroniczne. Tak powstał projekt Nowe Ateny”.

Agata była gotowa do pierwszego logowania.

Wprowadziła swój PIN, zeskanowała odcisk palca.

Na ekranie znów wyświetliła się znajoma ikonka, ta sama, którą widziała, wypełniając formularz na granicy. Dopiero teraz zorientowała się, że to karta wrzucana do urny.

A potem seria zdjęć, zdawałoby się zupełnie przypadkowych. Parę pytań. Głupich. O to, co jadła, co jej się ostatnio śniło, czy rozumie kilka słów w języku obcym. Później na ekranie pojawiła się kolorowa gra, Agata małą piłeczką musiała zbić mur z kolorowych klocków.

Znów ikona ładowania.

Obniżenie siły głosu osób identyfikujących się jako kobiety w sprawach z zakresu art. 37.2 CQ, zagłosowano: tak

Wymierzenie kary śmierci w sprawie Ottus Berg vs Kanton: tak

Zmniejszenie limitu osoboplastiku wg ustaleń art. 360.b/b/098: tak

Deportacja chorych na gruźlicę bez możliwości odwołania: tak

– To musi być błąd, nie odpowiedziałam na żadne pytania! – wpadła przerażona do salonu.

– Jak to? Zawiesiło się…? – Barbara spojrzała na nią zdezorientowana – To się już właściwie nie zdarza. Mark ma dostęp do statystyk, system miewa maksymalnie dwa, trzy indywidualne zawieszenia rocznie…

– Nie, nie odpowiedziałam na żadne pytanie. Wyświetlił się zupełnie bezsensowny wynik.

– Czyli miałaś wynik…?

– No tak, ale całkiem przypadkowy.

Pani Groggs westchnęła i sięgnęła do szuflady biurka.

– Mark uprzedzał, że możesz tak zareagować. Prosił, żeby ci to dać.

Agata wzięła podawaną jej ulotkę, wydrukowaną na brązowym, makulaturowym papierze.

„Syndrom oszusta jest przypadłością, która dotyka wielu imigrantów po pierwszym zalogowaniu do Nowych Aten. Wydaje im się, że głosowanie, w którym wzięli udział, nie odzwierciedla ich prawdziwych poglądów. Aby lepiej pojąć system polityczny Kantonu, należy przede wszystkim zrozumieć, że Nowe Ateny są nie tylko sposobem zliczania głosów, ale przede wszystkim bardzo zaawansowanym kodem, zaprojektowanym do demokratycznych głosowań nowej generacji.

Nowe Ateny, na podstawie swojej spersonalizowanej bazy danych, balansując szeroki wachlarz parametrów, zestaw poglądów, warunków życiowych, stanu zdrowia, zainteresowań głosującego, trendów ekonomicznych, sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej, tworzą szereg symulacji i generują najdokładniejsze wyniki głosowania, jakie można osiągnąć przy współczesnym rozwoju cywilizacyjnym – znacznie dokładniejsze niż impulsywna decyzja nad kartką papieru.

W pewnym sensie Nowe Ateny przewidują przyszłość”.

I dalej:

„Nowe Ateny zapisują w pamięci wszystkie nasze głosowania. Na tej podstawie mogą wyliczyć, kto podejmuje dobre decyzje dla Kantonu, a kto głosuje w sposób niekorzystny dla naszej społeczności. Ci, którzy podejmowali w przeszłości decyzje, które okazały się dobre, albo unikali tych, które okazały się wyraźnie złe, zyskują większą wagę głosu. W podobny sposób głosy tracą także na wartości.

Istnieją również warianty przeliczania głosów dotyczące wieku, płci, zawodu, koloru skóry itd. oraz tak zwane głosowania specjalistów. Jak zadecydowano w referendum, w sprawach dotyczących niektórych zaawansowanych tematów głosowania powinny być bardziej restrykcyjne”.

Agata mogłaby się już wyprowadzić od Groggsów, ale wciąż coś stawało na przeszkodzie. A to brakowało jakichś dokumentów, a to okazało się, że musi najpierw nadrobić wszystkie głosowania z tego kwartału.

Miała wrażenie, że Groggsowie zachowywali się ostatnio dziwnie. Podejrzanie? Jakby wcale nie chcieli, żeby się wyprowadzała.

Mark znikał teraz nawet na kilka dni, często wracał w środku nocy. Raz, mogła przysiąc, słyszała pod oknem silnik samochodu. A przecież w mieście nie widziała jeszcze żadnego osobowego auta!

Rzuciła się do szpary w drzwiach, kiedy dobiegł ją dźwięk przekręcanego w zamku klucza, ale Mark zdążył już zniknąć w swoim pokoju. Na środku korytarza stała tylko walizka, do rączki było coś przyczepione. Agata wytężyła wzrok… Wtedy z pokoju obok wybiegła postać w piżamie. Barbara. Zerwała nerwowym ruchem banderolę z walizki, zmięła ją i schowała do kieszeni. Obejrzała się w stronę ciemnego pokoju Agaty, jakby chciała się upewnić, że ta nic nie widziała. Agata z bijącym sercem cofnęła się w stronę łóżka.

To była samolotowa banderola.

Za loty groziła Kantończykom kara śmierci.

Agata głosowała teraz prawie codziennie. Czasem były to poważne pytania, czasem zupełnie błahe sprawy, na przykład odświeżenie elewacji na jakimś budynku, zakup ponadprogramowego zapasu artykułów biurowych do któregoś z urzędów, ale i stanowisko Kantonu na najbliższym szczycie Unii i państw ościennych albo skomplikowane aspekty finansowania oświaty. Po obejrzeniu kolażu ze zdjęć, filmów, piosenek pojawiała się lista jej przekonań.

Na początku była oburzona.

Z czasem zauważyła, że coraz mniej zaskakują ją te odpowiedzi. Parę dni po głosowaniu nad deportacją gruźlików gwałtownie odsunęła się od kaszlącej kobiety, która stała za nią w kolejce w sklepie. Mieszają mi głowie, pomyślała wtedy nerwowo.

Ale co, jeśli algorytm ma rację?

Co, jeśli ja naprawdę tak myślę?

Getty Images

Zastanawiała się, czy rzeczywiście była w stanie skazać kogoś na śmierć. Potem wyszukała te sprawę z pierwszego głosowania, Ottus Berg robił straszne rzeczy. Ale to nie przyniosło jej żadnej ulgi.

Mogła już spacerować sama po mieście.

Na ulicach było bardzo czysto. I cicho. Nie chodziło nawet o to, że w Kantonie widziała niewiele pojazdów silnikowych. Ludzie po prostu mało mówili. Zauważyła też, że wielu z nich chodzi, trzymając się za ręce.

Ale nie wszyscy wyglądają, jakby chcieli to robić, pomyślała.

Drobiazgi, które zaczęła dostrzegać dopiero niedawno.

Na przykład wszystkie dzieci ubrane tak samo. Brak psów, chociaż w okolicy było dużo zwierząt, zwłaszcza owadów. Wieczorem drobne muszki potrafiły przecisnąć się przez gęstą moskitierę, a w Kantonie nie używano klimatyzacji, więc spanie w upale przy zamkniętym oknie nie wchodziło w grę.

Raz widziała na ulicy kogoś skazanego na prace społeczne. Wiedziała już wtedy, że Kantończycy uznają tylko dwa rodzaje kary: prace społeczne albo karę śmierci. Więzienia są nierentowne, wyjaśniła jej Barbara. „Przegłosowaliśmy to w referendum”. Skazany miał na szyi obrożę, był przykuty łańcuchem do latarni.

Spojrzał na Agatę, ale dziewczyna spuściła głowę i przyspieszyła kroku.

*

Następnego dnia po swoim ostatnim kwartalnym głosowaniu jechała pociągiem w stronę granicy. Miała udać się do sąsiedniego miasta, gdzie Groggsowie znaleźli jej mieszkanie i pracę, ale nie wysiadła na wskazanej stacji.

W dłoni ściskała zawieszoną na szyi nanopamięć, ukrytą w wisiorku, z danymi skopiowanymi z komputera Marka. Zrobiła to tamtej nocy, kiedy na chwilę zostawił komputer w kuchni, gdy nie mogła spać.

Oczywiście, Agata wiedziała znacznie więcej, niż dała po sobie poznać. Wybrano ją specjalnie do wjazdu do Kantonu. Przewidywano, że „nowi” trafiają najpierw do ludzi bezpośrednio związanych z Nowymi Atenami. Agata była idealna do tego zadania. Nie miała żadnych powiązań z mediami albo, co gorsza, z polityką.

Od lat przekazy z Kantonu były filtrowane, ograniczone, zafałszowane. Kilku dziennikarzy, którzy próbowali pisać o Nowych Atenach, przepadło bez śladu.

– Technologiczna dyktatura – to były pierwsze słowa wypowiedziane przez M. przygotowującą Agatę do tego wyjazdu. – Łamanie praw człowieka pod przykrywką demokracji. Tortury, dyskryminacja, fałszerstwa.

„Pewni ludzie chcą się dowiedzieć, kto za tym stoi”, wyjaśniała. Sama próbowała wyśledzić strumienie pieniędzy, jakiekolwiek źródła finansowania, ale z zewnątrz niewiele się dało zrobić: wyglądało to, jakby w Kantonie naprawdę nie było nikogo, kto pociągałby za sznurki.

„Tylko te ich referenda”.

Tamtej nocy Mark pracował nad wystąpieniem. Według adnotacji miał wygłosić referat podczas nadchodzącej podróży, tej, po której banderole z walizki zrywała Barbara. W „nowej Dolinie Krzemowej”, w Kanadzie.

Tytuł „Kanton, wersja 48.3”.

A potem seria tabel, wykresów, większość dotycząca symulacji klimatycznych i danych związanych z rolnictwem.

Kilka stron rozliczenia budżetowego – wyszczególnione ogromne kwoty, które przeznaczono na kolejne wersje projektu. Pośród „inwestorów” – nazwiska z pierwszych stron gazet. Rządowe pieniądze. Unia też inwestowała.

Strony pełne analiz elementów Nowych Aten, które można wdrożyć w innych krajach. Raporty z tego, co już wdrożono.

I prognozy. Dotyczące drugiego kryzysu wodnego. To nie były nowe rzeczy, Agata wiedziała, czego można się spodziewać, mówiło się o tym od tak dawna, że właściwie na nikim nie robiło to już wrażenia – a jednak liczby, które zobaczyła w raporcie Marka, były znacznie bardziej przerażające niż cokolwiek, co przeczytała w oficjalnych źródłach.

Przypomniały jej się okoliczności kantońskiego przewrotu. Media prognozowały, że Kanton szybko zostanie pozbawiony niepodległości, że jak w wielu podobnych przypadkach ruch niepodległościowy zostanie natychmiast zmieciony przez silniejsze wojsko.

A jednak nic takiego się nie stało.

Kanton istniał przecież – jak wiedziała Agata – trochę wbrew logice i temu, co działo się wokół, w świecie. To nie miało prawa działać, jednak działało. Wyspa pośrodku rosnącego chaosu.

A teraz nareszcie wiedziała dlaczego.

To od początku była inwestycja, „wspólny projekt korporacji i rządów”.

„Kanton stanowi dobrą prognozę na rzecz stworzenia kontrolowanych enklaw. W obecnych warunkach wydaje się to jedyną skuteczną formą działania w obliczu nadciągającej zapaści ekosystemu”.

Zamiana społeczeństwa we fragmenty sterowanego kodu, będącego zasobem cenniejszym niż paliwa, ba, cenniejszym niż woda, według wyliczeń w dokumentach Marka.

Znów zobaczyła jego twarz, oświetloną bladą poświatą ekranu komputera.

– Człowiek jest egoistą. Myśli tylko o własnej wygodzie. Nawet kiedy wydaje mu się inaczej, zawsze myśli tylko i wyłącznie o sobie samym. I to nas gubi – powiedział jej tamtego wieczora, zanim wyjął z papierowej torby pomarańcze, zakazane w Kantonie. – Nasz kod czyni go lepszym. Mądrzejszym. Dodaje mu duszy.

W kuchni rozszedł się cierpki zapach cytrusów. Mark wbił palce w owoc. Zdarł skórkę, rozerwał miąższ i włożył cząstkę do ust. Sok pociekł mu po palcach.

– Nowe Ateny są duszą tego miejsca, idealnym rozwiązaniem… najpiękniejszym językiem, jaki zdołała stworzyć cywilizacja – uśmiechnął się, ale w jego uśmiechu Agata zobaczyło coś, co ją przeraziło. – Językiem najwyższego zrozumienia: zrozumienia siebie samego.

Getty Images

Tak, ona też zrozumiała. Nowe Ateny nie były po prostu systemem głosowania. Kanton był projektem ocalenia ludzkości. A przynajmniej – tej szczęśliwszej części ludzkości.

Było jednak coś jeszcze. Agata wciąż czuła dreszcz, kiedy o tym myślała: na końcu referatu znalazła własne zdjęcie. „Analiza wdrażania w Nowe Ateny”.

A potem jej krótka biografia, schemat próbnych głosowań, jakieś wykresy, których nie potrafiła odczytać. „Eksperyment rokuje pozytywnie”.

– Czy chcesz opuścić Kanton?

Znów siedziała w baraku na granicy przed przegrzewającym się komputerem. Każdy wyjeżdżający musiał wypełnić test.

Seria obrazków, krótka gierka komputerowa z odbijaniem kolorowych piłek.

I tylko jedno pytanie: CZY CHCESZ OPUŚCIĆ KANTON?

„Przetwarzanie”. Ikona ładowania, maleńka urna, którą tak dobrze już znała.

A potem na ekranie pojawiła się wygenerowana przez system odpowiedź.

„Nie”.

Agatha nie była zdziwiona.

Spodziewała się tego.

I co gorsza – algorytm miał rację. Chyba naprawdę nie chciała.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES