Od Apollo do Artemis. Dlaczego ludzie wracają na Księżyc

Misja Artemis. NASA wraca na Księżyc

Misja Artemis NASA to nie powtórka z Apollo. Tym razem Amerykanie lecą na Księżyc, żeby zostać – i nie chcą przegrać z Chinami. Z prof. Grzegorzem Wrochną, byłym prezesem Polskiej Agencji Kosmicznej - rozmawia Piotr Włoczyk.

Misja Artemis. NASA wraca na Księżyc

PIOTR WŁOCZYK: Realizując program „Artemis” Amerykanie wracają z przytupem na Księżyc, rywalizując w tym wyścigu z Chinami. Dlaczego ludzie znów chcą stanąć na powierzchni naszego naturalnego satelity, skoro przecież mamy to już – jako ludzkość – „odhaczone”?

PROF. GRZEGORZ WROCHNA: Aby zrealizować taką wielką wyprawę muszą się spotkać dwa czynniki. Pierwszy to ciekawość poznawania coraz to nowych obszarów na Ziemi czy w kosmosie. Dobrze oddaje to słynne łacińskie „Navigare necesse est”, czyli podkreślenie konieczności odkrywania, co napędza ludzkość. Dlatego tak często ludzie ryzykowali życie, by dotrzeć na inne kontynenty czy właśnie na Księżyc. Druga kwestia jest prozaiczna: ktoś musi taką wyprawę sfinansować. Krzysztof Kolumb nie odkryłby Ameryki, gdyby królowa Izabela Kastylijska nie wyłożyła na to funduszy.

I podobnie wygląda to dzisiaj. Potrzebujemy pasjonatów, którzy zaplanują taką wyprawę i rozwiną odpowiednie technologie, ale musi być też sponsor. Również dziś te najbardziej ambitne wyprawy sponsorują państwa. Chociaż faktem jest też, że coraz częściej widzimy tu sponsorów prywatnych.

Prof. Grzegorz Wrochna, fot. Autorstwa Adrian Grycuk – Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=127994177

Lot na Księżyc musi finansować państwo.

I tak, i nie. Amerykanów ponad 50 lat nie było na Księżycu, nawet misje robotyczne zostały zarzucone przez NASA. I dopiero w 2024 r. prywatna firma Intuitive Machines wylądowała na naszym naturalnym satelicie, ratując w pewnym sensie honor USA, bowiem swoje własne misje wysłały w tym czasie na Księżyc Chiny, Japonia i Indie.

Podbój kosmosu: przedłużenie ziemskiej geopolityki

Zanim odpowiemy na pytanie, dlaczego dziś USA postanowiły wydać miliardy dolarów na nowym program księżycowy, a także dlaczego doszło do trwającej niemal pół wieku przerwy w lotach na Księżyc, zastanówmy się, z jakiego powodu w latach 60. rząd amerykański zdecydował się wydać tak ogromne środki, by zrealizować program Apollo.

Rywalizacja USA i ZSRR rozgrywała się na wielu polach, szczególnie wojskowym. Budowa rakiet była konieczna, by można było przenosić głowice na inne kontynenty. Najlepszym sposobem na zademonstrowanie swojej przewagi było wysłanie rakiety w kosmos. Pierwszy etap tego wyścigu niespodziewanie wygrał ZSRR, wysyłając na orbitę w 1957 r. Sputnika. USA już po trzech miesiącach wysłały swojego satelitę – Explorera I – ale jednak były tu spóźnione. Potem nadszedł kolejny szok – Sowieci jako pierwsi wysłali na orbitę człowieka.

Zapominamy o tych dwóch porażkach Amerykanów, bo przyćmił je spektakularny sukces Apollo 11.

Po przegraniu dwóch pierwszych etapów wyścigu Amerykanie musieli zrobić coś, co pokaże, że to USA są dominującą potęgą technologiczną. Program Apollo był rozwijany w niespotykanym tempie, chyba tylko projekt Manhattan – budowa bomby jądrowej – może się z nim równać. Już w roku 1967 Amerykanie wysłali Apollo VII – pierwszą misję załogową w ramach tego programu.

„NASA jest zbyt asekurancka”. Na ile pozwoli społeczeństwo?

Dekadę temu rozmawiałem z Walterem Cunninghamem (zm. w 2023 r.), członkiem załogi Apollo VII. Ten emerytowany astronauta narzekał podczas wywiadu, że obecnie NASA jest zbyt asekurancka. „Widać, że dziś eksploracja kosmosu nie jest tak ważna jak kiedyś. Ale to ma też związek z tym, jak zmieniło się nasze społeczeństwo: podejmowanie ryzyka postrzegane jest obecnie jako coś złego, zupełnie niepotrzebnego. Ma to jednak swoje konsekwencje: bez tej śmiałości, którą kiedyś mieliśmy w sobie nie da się szybko przełamywać kolejnych barier” – mówił w rozmowie ze mną Walter Cunningham.

Ciekawe, co by powiedział dziś, obserwując jak Amerykanie prowadzą program Artemis. Widać bowiem, że są tu nad wyraz ostrożni

Wracając do Apollo VII – w tym samym czasie Sowieci zapowiedzieli, że chcą okrążyć Księżyc. Dlatego Amerykanie musieli przyspieszyć swoje plany i faktycznie jako pierwsi dokonali tego wyczynu w misji Apollo VIII. Kulminacją był lipiec 1969 r. i lądowanie astronautów Apollo XI na Księżycu.

Kolejne misje Apollo nie były już tak chętnie śledzone…

Tak, kolejne lądowania na Księżycu po prostu ludziom… spowszedniały. Wyjątkiem był lot Apollo XIII; podczas realizacji tej misji jej załoga napotkała olbrzymie problemy. I tu się potwierdziły słowa Kennedy’ego, który powiedział, że Amerykanie chcą lecieć w kosmos, bo kosmos jest „trudny”.

Richard Nixon zadecydował, że lot Apollo XVII będzie ostatnim, gdyż osiągnięto już cele programu: USA rozwinęły technologię rakietową i wyprzedziły ZSRR. Wydawało się, że tańsze misje bezzałogowe mogą kontynuować badania, ale nawet te misje zostały zarzucone. Jednak w 1971 r. ZSRR znowu zaskoczył świat: jako pierwszy umieścił na orbicie stację kosmiczną. Fundusze z obciętego programu Apollo zostały więc przekierowane na budowę stacji Skylab, która w 1973 r. pojawiła się na orbicie.

1976 r. to misja radzieckiej Łuny 24 i było to ostatnie lądowanie na Księżycu w XX w. Od tego momentu aż do roku 2013 – gdy swoją misję wysłali Chińczycy – Księżyc pozostaje „samotny”. W czasie tej „pauzy” wydawało się, że Księżyc nie jest już dla ludzi ciekawy. Że Srebrny Glob, ze swoimi bardzo nieprzyjaznymi warunkami – dwutygodniowymi dniami i nocami, wahaniem temperatury od -180 do +120°C– nie ma już nam nic do zaoferowania.

Misja Artemis NASA: Księżyc to dopiero początek

Co się zmieniło od tego czasu?

Księżyc jest znakomitym miejscem do testów. W porównaniu do lotu na Marsa, bardzo łatwo jest się dostać na Księżyc. W związku z tym na Srebrnym Globie możemy przetestować wszystkie technologie, które są niezbędne do przeprowadzenia misji na Czerwoną Planetę. I takie są założenia amerykańskiego programu „Artemis” oraz programu księżycowego ChRL.

Przez te lata dowiedzieliśmy się o Księżycu wielu ciekawych rzeczy. Teraz już wiemy, że pod jego powierzchnią istnieją tunele, wydrążone prawdopodobnie przez lawę. Być może takie miejsca będą atrakcyjne do założenia baz, dając możliwość osłonięcia się przed ekstremalnymi wahaniami temperatury. Pamiętajmy też, że Księżyc jest kluczem do rozwiązania zagadki powstania Ziemi.

Obecnie mamy do czynienia z niesamowitym „boomem” na misje księżycowe. Do końca dekady planowane jest niemal 50 misji na Księżyc z kilkunastu krajów.

Dziś widzimy swoistą „demokratyzację” technologii kosmicznych.

Tak, na przełomie wieków technologia poszła tak bardzo przodu, że już nie tylko mocarstwa są w stanie wysyłać swoje misje na Księżyc albo w jego pobliże. Chiński program księżycowy jest bardzo ambitny. Jak już wspomniałem, ChRL w 2013 r. umieściła na Księżycu sondę z łazikiem. Kolejne chińskie misje księżycowe przywoziły bardzo cenne próbki gruntu, również pochodzące z niewidocznej strony Księżyca. To są ogromne sukcesy naukowe. Teraz Pekin szykuje się do lądowania swoich astronautów. Obecnie więc wyścig USA-ZSRR został zastąpiony rywalizacją USA-Chiny.

Fot. Pixabay/Pexels

Kosmiczny koncert mocarstw

Rosja jest już w tej rywalizacji na dalekim miejscu?

Tak naprawdę Rosja już się w tym księżycowym wyścigu raczej nie liczy. Prawdę mówiąc obecnie Indie mają większe możliwości niż Rosjanie.

Czyli wciąż to polityka napędza księżycową rywalizację

W znacznym stopniu. Przed misjami stawia się cele naukowe i technologiczne, ale jednak bez ogromnych funduszy państwowych byłyby one niemożliwe.

Mamy jednak na świecie wizjonerów-miliarderów, którzy budują własne statki kosmiczne mogące dotrzeć na Księżyc, jak choćby Elon Musk, ale nawet tak bogaci ludzie nie byliby w stanie zrobić tego wszystkiego bez dodatkowego wsparcie ze strony budżetu państwa – w tym przypadku budżetu NASA. Politycy biorą też pod uwagę cele naukowe, ale jeżeli pojawia się rywalizacja międzynarodowa i militarna, to wtedy dużo łatwiej jest znaleźć pieniądze.

Prezydent Trump zmienił założenia misji Artemis

Nietrudno zauważyć, że Donald Trump chce przejść do historii na kilku polach. Czy widać to również w sferze kosmicznej?

Tak, widzimy, że Trump zmienił założenia programu Artemis, które początkowo były „długodystansowe”, z Marsem jako metą, a Księżyc traktowany był głównie jako przyczółek do zdobywania Czerwonej Planety. Prezydent USA nie chce jednak pozwolić na to, by to Chińczycy jako pierwsi w tym stuleciu wylądowali na Księżycu. Dlatego USA na razie „zapominają” o Marsie i skupiają się na locie załogowym na Księżyc. Znowu widzimy to, co było za Kennedy’ego – wszystkie ręce na pokład, Ameryka leci na Księżyc!

Perspektywy są tu bardzo ambitne, bo przecież Amerykanie planują zbudowanie bazy na Księżycu.

Tym razem faktycznie to nie jest wyścig jedynie o postawienie stopy na Księżycu. Bazy – amerykańska i chińska – to naturalna kolej rzeczy. Podobnie jak w przypadku baz polarnych, gdzie załogi przebywają cały czas, prowadząc swoje badania. Na takiej samej zasadzie mają być budowane bazy na Księżycu – tak wyglądają plany Amerykanów i Chińczyków. Jeżeli uda się to zrealizować, to naukowcy będą mogli prowadzić systematyczne badania.

Dziś jednak różnica w stosunku do programu Apollo polega na tym, że Amerykanie nie lecą sami. Obecnie bowiem korzystają ze znacznego wsparcia innych państw. Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) buduje moduł serwisowy, który zasila moduł załogowy Orion. ESA konstruuje też duży statek cargo, który będzie dostarczał ładunki potrzebne do budowy bazy księżycowej.

Co ciekawe, Stany Zjednoczone, chcąc umożliwić innym państwom udział w programie „Artemis”, zaproponowały deklarację nazwaną „Artemis Accords”. Prawo międzynarodowe stanowi, że wszystko, co jest w komosie jest eksterytorialne – nikt tego nie może zawłaszczyć. Jeżeli jednak chcemy gdzieś w kosmosie wybudować bazę badawczą, to siłą rzeczy musimy zająć kawałek terenu. Deklaracja zaproponowana przez USA mówi o tym, że jeżeli eksplorujemy kosmos, to musimy się porozumiewać w tych sprawach.

Miałem przyjemność podpisać tę deklarację w imieniu Polski, sprawując funkcję prezesa Polskiej Agencji Kosmicznej. To nie jest zagadnienie czysto teoretyczne – obecnie tyle państw planuje misje kosmiczne, że konieczna jest wymiana informacji, by podczas lądowania nie uszkodzić przypadkiem innych instalacji, o istnieniu których nie mieliśmy pojęcia.

W kosmosie robi się tłoczno. Rusza wyścig po zasoby

Aż tak tłoczno robi się na Księżycu?!

Tak. Mówimy tu przecież o kilkudziesięciu misjach. Najciekawsze i przez to najbardziej atrakcyjne są obszary podbiegunowe, gdzie trochę łagodniej przebiegają zmiany dnia i nocy, więc wraz z zawężeniem badanego terenu naturalnie rośnie ryzyko wypadku.

Ten „tłok” jest jednak bardzo potrzebny, bo musimy badać Księżyc, by zobaczyć, gdzie są niezbędne minerały. Dlaczego jest to ważne? Ponieważ nie wszystko opłaca się przywozić z Ziemi. Na Księżycu istnieją minerały, które zawierają atomy wodoru i tlenu – trzeba je znaleźć, wydobyć i przetworzyć. A wodór i tlen stanowią podstawę dla podtrzymywania przyszłych baz księżycowych.

Także Polska rozpoczęła przygotowanie misji bezzałogowej sondy kosmicznej, która weszłaby na orbitę Księżyca i stamtąd poszukiwałaby minerałów na jego powierzchni i pod nią. Sondę zbuduje firma Creotech Instruments, a aparaturę dostarczy Centrum Badań Kosmicznych PAN i inne instytucje polskie i hiszpańskie. Obecnie  realizujemy pierwszą fazę tego projektu w ramach ESA. Mamy nadzieję, że ta misja dotrze na orbitę księżycową w roku 2029.

Najpierw pokój na Ziemi, potem eksploracja kosmosu

A kiedy może powstać pierwsza baza księżycowa? Czy realny jest tu horyzont dekady?

Myślę, że w ciągu dekady mogą powstać na Księżycu pierwsze elementy bazy. Mam pewne wątpliwości, czy w takim horyzoncie czasowym ludzie będą tam na stałe rezydowali, ale na pewno będą tam dłużej przebywać.

W takim razie jak ocenia pan harmonogram najbardziej ambitnego celu NASA – załogowej misji na Marsa? Czy 2040 r. to realna data?

Obserwujemy tu dwa trendy. Pierwszy to niesamowity rozwój technologii, a drugi to ciągłe… opóźnienia. Patrząc na determinację miliarderów – przede wszystkim Elona Muska i Jeffa Bezosa – ale także ambicje USA i Chin, powiedziałbym, że rok 2040 byłby realny, gdyby na Ziemi nie byłoby większych kryzysów, które zmienią priorytety i odciągną środki. A czy tak będzie? Obecny konflikt na Bliskim Wschodzie może mieć bardzo daleko idące konsekwencje. Jedno jest pewne – jeśli chcemy podróżować na inne planety, powinniśmy najpierw zadbać o pokój na naszej Ziemi.

Przeczytaj także: Pierwszy cios w kosmosie. Ludzkość już umie się bronić


Nowy numer kwartalnika „Holistic News” 2/2026 już dostępny

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Piotr Włoczyk

Autor


Dziennikarz po amerykanistyce, piszący głównie o polityce zagranicznej i historii. Autor wielu reportaży o tematyce międzynarodowej oraz wywiadów z czołowymi ekspertami w dziedzinie gospodarki, geopolityki oraz historii. Od marca 2023 r. redaktor naczelny miesięcznika „Historia Do Rzeczy”.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.