Humanizm
Jacek Piekara: podróżujemy wszędzie. Ale czy jeszcze widzimy świat?
22 marca 2026

Na całym świecie rodzi się coraz mniej dzieci. Czy to znak, że przestaliśmy chcieć potomstwa – czy raczej, że coraz trudniej to pragnienie zrealizować? Socjologowie i ekonomiści wskazują na koszty, niepewność, brak wsparcia. Ale pytanie jest starsze i głębsze: po co w ogóle ludzie mają dzieci?
W 2024 roku w Unii Europejskiej urodziło się 3,55 miliona dzieci. Sześć dekad wcześniej – 6,8 miliona. Współczynnik dzietności spadł do 1,34, daleko od zastępowalności pokoleń wynoszącej 2,1. Te liczby z raportu Eurostatu to jednak nie tylko statystyka. To zapis zapaści, która każe postawić pytanie głębsze niż o politykę prorodzinną: po co ludzie w ogóle mają dzieci?
W 24 z 27 krajów UE dzietność w 2024 roku była niższa niż rok wcześniej. Od Bułgarii (1,72) po Maltę (1,01) – rozpiętość ogromna, trend jednolity. Kobiety rodzą pierwsze dziecko średnio w wieku 29,9 lat – o rok później niż dekadę temu. Globalnie dzietność spada nieprzerwanie od szczytowego poziomu 5,3 w 1963 roku. Dziś wynosi około 2,2. Według prognoz ONZ, w 2026 roku aż 85 proc. wszystkich dzieci na świecie przyjdzie na świat w Azji i Afryce. Europa, Ameryka Północna i Oceania łącznie – zaledwie 8 proc.
Jest i nuta optymizmu. Korea Południowa, która w 2023 roku przerażała współczynnikiem 0,72, od dwóch lat notuje wzrost. W 2025 roku wskaźnik podniósł się do 0,8, a liczba urodzeń wzrosła o ponad 16 tysięcy – to największy skok od 15 lat. Za zmianą stoją wzrost liczby małżeństw, wejście w wiek rozrodczy licznego pokolenia z lat 90. oraz zmiana społecznego nastawienia. To dowód, że zmiana jest możliwa.
Psycholodzy i socjolodzy od lat próbują odpowiedzieć na to pytanie, wymieniając uniwersalne motywacje: dzieci jako źródło radości, autorytet i przekazywanie wiedzy, pragnienie zachowania tradycji, wreszcie symboliczna nieśmiertelność. Te kategorie opisywano jednak na długo przed narodzinami psychologii.
W Uczcie Platona Arystofanes opowiada mit o pierwotnych ludziach, których Zeus przeciął na pół, skazując na wieczne poszukiwanie drugiej połówki. Rodzicielstwo można odczytać jako formę tej tęsknoty – za przekroczeniem własnej śmiertelności, za symbolicznym przetrwaniem. Hannah Arendt w Kondycji ludzkiej nadała podobnej intuicji wymiar publiczny. Narodziny – natality – są dla niej fundamentem polityczności. Każde nowe życie wnosi w świat zdolność do inicjatywy, do zerwania z mechanicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Bez nowych ludzi świat staje się zamknięty, przewidywalny, skazany na reprodukcję tego, co już znane.
Albert Camus w Micie Syzyfa pisał o absurdzie – napięciu między ludzkim pragnieniem sensu a obojętnością świata. Rodzicielstwo można postrzegać jako odpowiedź na ten absurd. Jako decyzję, że mimo wszystko warto. Warto przekazać życie dalej, warto zaprosić nowego człowieka do świata, który – jak wiemy – nie jest ani idealny, ani sprawiedliwy. To akt zaufania, który nie ma racjonalnego uzasadnienia poza samym sobą.
I wreszcie głos idący w innym, radykalnym kierunku. Emil Cioran, filozof i mistrz aforystycznej rozpaczy odrzucał całkowicie sens prokreacji. Dla niego nie była ona odpowiedzią na absurd ani nadzieją – lecz przeniesieniem cierpienia na kogoś, kto nie prosił o istnienie. Uważał, że dzieci w ogóle nie powinny się rodzić i że „wszyscy rodzice to ludzie nieodpowiedzialni albo mordercy”. Dziś taką postawę nazywa się antynatalizmem. W debatach o kryzysie demograficznym rzadko gości, ale w realnych postawach życiowych – w decyzjach, by nie sprowadzać na świat dzieci – bywa obecna.
Każda z tych perspektyw inaczej odpowiada na pytanie, czy i po co mieć dzieci. Ale gdy zapytać o to samych ludzi, okazuje się, że odpowiedź jest zaskakująco prosta.
Antropolożka Paula Sheppard z Oksfordu w wywiadzie dla New Scientist podkreślała, że panika wokół niskiej dzietności jest często nieuzasadniona. Jej badania pokazują, że ludzie wciąż chcą mieć dwoje lub troje dzieci – tyle że w Wielkiej Brytanii na każde troje upragnionych rodzi się tylko dwoje. To nie jest kryzys pragnień, ale kryzys możliwości ich realizacji.
Niemieckie Federalne Instytut Badań Ludnościowych wykazał, że kluczową rolę odgrywa stabilność związku oraz poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego. Badania w Finlandii, Niemczech i Hiszpanii potwierdzają: tam, gdzie kobiety dźwigają nieproporcjonalnie duży ciężar obowiązków domowych, a rynek pracy nie oferuje wsparcia, luka między pragnieniami a decyzjami staje się szczególnie widoczna.
To tłumaczy, dlaczego w wielu zamożnych społeczeństwach Europy Południowej wskaźniki dzietności są tak niskie, mimo że młodzi ludzie deklarują chęć posiadania więcej niż jednego dziecka. I dlaczego w Korei Południowej – gdzie zmieniły się warunki – pojawiła się iskierka nadziei.
Gdy statystyki pokazują historycznie niski wskaźnik 1,34, nie mówią nam one, że Europejczycy przestali chcieć dzieci. Mówią nam, że coraz trudniej jest im to pragnienie zrealizować.
Kryzys demograficzny nie jest kryzysem woli życia ani kryzysem miłości. Jest kryzysem warunków, w jakich przyszło nam tę wolę i tę miłość realizować.
Pytanie, przed którym stoimy, nie brzmi: „czy ludzie w ogóle chcą jeszcze mieć dzieci?”. Bo odpowiedź na nie, jak pokazują badania, jest twierdząca. Pytanie brzmi raczej: jak bardzo świat, który sami stworzyliśmy, utrudnia nam bycie tym, kim naprawdę chcemy być?
A na to pytanie statystyki odpowiedzi już nie dadzą.
Przeczytaj także: Europa dwóch prędkości. Gdzie się żyje najdłużej?
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: