Poczekalnia do lepszego świata

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
TOPSHOTS European Migration Commissioner Dimitris Avramopoulos (L) talks to migrant children through a metal fence at the "Moria" camp, near the port of Mytilene on the Greek island of Lesbos on October 16, 2015. The European Union's top migration official was visiting the Greek island of Lesbos today, a day after the dangerous Aegean Sea crossing attempted by thousands of migrants claimed seven more lives. AFP PHOTO / DIMITAR DILKOFF
DIMITAR DILKOFF/AFP/EAST NEWS
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 5 minut Moria to dowód naszej niemocy. Obóz ma znękać tych ludzi. Żeby pisali do swoich: „Nie przyjeżdżajcie!” – mówi działacz humanitarny Eric Kempson

LESBOS, GRECJA

Tutaj pierwsza część reportażu – o tym, jak jego bohaterowie dwa lata temu przeprawiali się z tureckiego brzegu na odległą o kilka mil grecką wyspę Lesbos, do obozu uchodźców Moria, który – jak sobie wyobrażali – będzie bramą do nowego, lepszego świata. Co ich czekało na miejscu? Odpowiedź poniżej, w drugiej części reportażu Wiktora Cyrnego.

Trudno znaleźć wyjście z labiryntu dróżek między namiotami. Ale na szczycie nieoficjalnej części obozu nikt nie rozbija namiotów. Teren służy za wielką publiczną toaletę. Z góry widać, jak tysiące kabli, sznurków do prania i linek mocujących splatają ze sobą namioty i kontenery. Moria przypomina pajęczą sieć, w którą wpadają uchodźcy.

Ahmad, 28 lat, Pakistan: Uważaj, wszędzie pełno ludzkiego gówna. Latem nie można oddychać. Moria śmierdzi odchodami i strachem. Tak, strach też ma swój zapach ‒ tego uczymy się w drodze do Europy. Jestem tu czwarty rok. Nauczyłem się greckiego. Mam pracę. Mnie łatwiej, bo mam cel. Kto nie ma celu, ten gnije.

Ramadhan, 58 lat, Kongo: Najgorsze są zimy. Ta była łagodna, ale rok temu od śniegu zarywały się namioty. Nieraz budził mnie mróz. W lutym 2016 r. spadło 30 cm śniegu. Nie było ogrzewania, bieżącej wody, prądu. Teraz mam grzejnik. Sporo się zmieniło.

Obóz Moria, listopad 2015 r. (MICHAL KRUMPHANZL / PAP / CTK)

Jest południe, zewsząd dochodzi odgłos smażenia i gotowania. Kobiety w hidżabach doglądają dzieci. Mężczyźni stoją przed kuchenkami gazowymi, po trzech lub czterech na jeden palnik. Palą papierosy, śmieją się, ale ich śmiech zaraz ulatnia się wraz z dymem. Przed jednym z namiotów szczeka mały pies. W środku panuje półmrok, na materiałowej ścianie namalowano wielki portret płaczącej kobiety. Nad głową napis: „Śniący nie umierają”.

Sinan, 29 lat, Irak: W Bagdadzie byłem aptekarzem. Czytałem Franza Kafkę, kochałem moją Zahrę. Jej klan nie zgodził się na zaręczyny. Postanowiliśmy uciec do Europy. Złapali nas w Turcji. Akcja deportacja. Klan oskarżył mnie o porwanie. Po wyjściu z aresztu dostałem w skroń. Odłamki przebiły mi siatkówkę. Ocknąłem się po operacji, gdy Zahra już nie żyła. „Splamiła honor klanu” ‒ powiedział jej ojciec. Europa mnie nie chce, a Irak zabije. Chciałbym dołączyć do Zahry, lecz w snach słyszę jej głos. „Śniący nie umierają”. To ja napisałem.

Adnan, 29 lat, Afganistan: Po dwóch latach w Morii udało mi się wreszcie wyrwać. Wynajmuję pokój w mieście. Pracuję dla organizacji pozarządowej. Angażuję uchodźców w różne aktywności. Dziś wyświetlamy europejskie kino tylko dla kobiet. Dostałem właśnie SMS od dziewczyny z obozu, chcesz przeczytać? (na ekranie wiadomość: „Moria people loves you!”).

Ahmad, 40 lat, Syria: „To moje dzieci. Ostatnio syn złamał nogę. Poszliśmy do lekarzy w Morii. Dostaliśmy paracetamol” (WIKTOR CYRNY)

Zmierzch. W namiocie uchodźców z Afryki rozbrzmiewa etniczna muzyka. Im ciemniej, tym więcej mężczyzn wychodzi przed namioty. Rodziny z dziećmi zapinają wejścia agrafkami. Chcą się odseparować od alkoholu, narkotyków, frustracji. Zewsząd dochodzą krzyki, przebija się jedno słowo: „Moria! Moria!”.

Sinan, 29 lat, Irak: To jest wielki plemienny psychiatryk. Wyobraź sobie bad trip po kwasie. Jakieś szaleńcze głosy, pijani fanatycy schowani za namiotem z kawałkiem ostrej blachy.

Nadir, 34 lata, Syria: Zobacz, gnije mi ręka. Poświecę latarką. Teraz się trochę wygoiła, ale była czarna. Próbowałem się powiesić na słupie wysokiego napięcia. Dużo osób się zabija. Czujesz moją rękę? To zapach Morii.

Ogrodzenie wzdłuż oficjalnej części obozu Moria. Obcym wstęp wzbroniony. Za wykonanie fotografii dziennikarze mogą zostać aresztowani (WIKTOR CYRNY)

W namiocie afrykańskich uchodźców wybucha pożar. Ludzie zbiegają ze wzgórz, by pomóc w gaszeniu.

Czarnoskóry mężczyzna, ok. 25 lat, Sudan Południowy: Nagrałem ogień! Patrz! Czy ktoś nam pomógł?! Nie. To wy, biali ludzie, jesteście winni! Robicie zdjęcia i wywiady, a potem wyjeżdżacie. To przez was musieliśmy uciekać z domów. To wy zgwałciliście Afrykę!

Moses, 29 lat, Nigeria: Moria nie dała mi szczęścia. Przeszłość mnie zniszczyła. Byłem uzależniony od dragów i hazardu. Chciałem tu zacząć od nowa. Azyl? Odmowa. Miałem zostać deportowany. Malowałem obrazy. Ckliwa historia: artysta w obozie. Uśmiecham się, bo tak trzeba. Nie mam żadnych szans na wyjazd.

Sinan, 29 lat, Irak: Nie chcę już z tobą rozmawiać. Przyjeżdżacie oglądać nasze cierpienie.

Polowa kabina prysznicowa własnej roboty, obóz Moria
(ALKIS KONSTANTINIDIS / REUTERS)

Łodzie przybijają do brzegu obok miasteczka Molyvos co noc. Chociaż już dużo rzadziej niż wtedy, gdy przypłynęli Adnan, Moses i Samir. Według danych Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) w ubiegłym roku dotarło do Europy 171 tys. ludzi z Bliskiego Wschodu i Afryki, a 3116 utonęło w Morzu Śródziemnym. W 2015 r. było to odpowiednio: milion imigrantów i 3771 wyłowionych topielców.

Ciała dryfują z falami popychane przez wodę jak plastikowe butelki. Przemytnicy ze strony tureckiej ładują na łodzie także martwych. Licznik śmierci rośnie po stronie Unii Europejskiej.

Kto pierwszy zobaczy, ten próbuje pomóc. 30 ucisków. Wdech. Brak reakcji. Powtórzenia do przyjazdu ratowników.

Cmentarz topielców, których ciała morze wyrzuciło na Lesbos, znajduje się niedaleko wioski Kato Tritos (ALKIS KONSTANTINIDIS / REUTERS)

Kamizelki ratunkowe, zrzucone przez uchodźców po przybiciu do brzegu Lesbos, są wywożone na wzgórze nazywane cmentarzyskiem kamizelek ratunkowych. Ich olbrzymi stos wygląda jak pomnik upamiętniający wielką ucieczkę. Na pomarańczowo-niebieskim wysypisku co kilka metrów leżą dziecięce pływaczki.

Eric Kempson, szef organizacji humanitarnej The Hope Project, rozrywa kilka kamizelek. W środku jest gąbka albo pocięta karimata.

Stosy kamizelek ratunkowych – wiele z nich to tanie podróbki, które po zmoczeniu idą na dno (WIKTOR CYRNY)

Eric Kempson, wolontariusz: 80 proc. tych kamizelek to podróbki! Najgorsza jest gąbka. Chłonie wodę i ciągnie na dno. Uchodźcy nie wiedzą, że w Turcji sprzedają im zły towar. Powinni tego zakazać.

Nikos Aris, wolontariusz: Mieszkałem w Atenach, prowadziłem dostatnie życie. Pracowałem w korporacji ‒ szklany budynek, duże pieniądze. W 2015 r. spędzałem urlop na Lesbos, to moje rodzinne strony. Położyłem się na plaży ‒ drink z parasolką, relaks. Do brzegu przybiły czarne łódki. Płaczące matki i przerażone dzieci. Już nie wróciłem do korpo. Zostałem na wyspie. Wcześniej woziłem posiłki do Morii, teraz prowadzę restaurację dla uchodźców. Podaję darmowe obiady, organizuję rodzinne imprezy ‒ kawałek normalnego życia. 

Eric Kempson: Wolontariusze są uzależnieni od pomagania. Widziałem to w ich oczach. W lutym 2017 r. przez trzy dni nie przypłynęła żadna łódź. „Eric, gdzie oni są? Gdzie łodzie? Dlaczego nie przypływają?!” – pytali przerażeni. Byli na humanitarnym głodzie. To Angela Merkel przyjechała wtedy się spotkać z Erdoğanem. Turecki prezydent pokazywał jej swoje możliwości. Gdy on sobie tego nie życzy, ani jedna łódź nie przypłynie z Turcji na Lesbos.

Niedawno do nieoficjalnej części obozu Moria podłączono prąd. To duża sprawa dla rodzin z dziećmi, które uciekły z oficjalnej, odgrodzonej części obozu w strachu przed zamieszkami i agresją (WIKTOR CYRNY)

Alina Czyżewska, wolontariuszka: Kiedyś Moria to było więzienie dla 700 skazanych. Teraz jest tu 6,5 tys. niewinnych ludzi. Ktoś śpi pod kontenerem, ktoś oprze się o śmieci. Bywa, że rano wychodzisz z namiotu, a tu odcinają wisielca. Miłego dnia! Potem dwie godziny w kolejce po śniadanie: chemiczny rogalik. Obiad? Ryżowa breja z olejem. W pakiecie szkorbut, wrzody żołądka, brak witamin. Unia śle kasę, ale kto ją dostaje? Nawet Lekarze bez Granic wynieśli się z obozu na znak protestu przeciwko łamaniu praw człowieka.

Hassan Maluf, wolontariusz i uchodźca: Jestem gejem. U nas, w Maroku, za homoseksualizm trzy lata więzienia, a na wsiach ukamienowanie. Do Europy przypłynąłem po wolność. Jak bardzo się myliłem! Zabrali mnie od razu, chwilę po tym, jak łódź dobiła do brzegu. Zamknęli w detention center. 25 mężczyzn w jednej celi. Przez sześć tygodni. Upokorzenie, brud, ryż, chleb i woda. Dostałem gorączki. Wypadały mi zęby. Gniły na mnie ubrania. Prosiłem o spotkanie z lekarzem i prawnikiem. „Jestem niewinny!” ‒ krzyczałem. Sześć tygodni lęków, paranoi i psychoz. Wypuścili mnie z tej celi bez słowa wyjaśnienia. Nienawidzę Grecji.

Eric Kempson: Moria to dowód naszej niemocy. Obóz ma znękać tych ludzi. By pisali do swoich: „Nie przyjeżdżajcie!”. Płyną dotacje z ONZ i UE, ale gdzie są te pieniądze?! Tu jest taka bieda, że widać każde dobrze wydane tysiąc euro. Moi znajomi mówią „Napisz książkę”, a ja odpowiadam, że nikt by nie uwierzył w to, co widziałem. Dzieci z ciałami pożartymi przez gangrenę, ludzie z dziurami w mięśniach. W sierpniu przybiła łódź z człowiekiem tak strasznie poparzonym, że 90 proc. jego ciała składało się z blizn. Nie miał siły, by się napić, więc wlałem mu do ust trochę wody, okryłem kocem. Zapytałem, gdzie chce się dostać. „Jadę do Niemiec na operację plastyczną. Potrzebuję nowej twarzy, by wrócić na front”.

Uchodźcy protestują na ulicach Mytilene, miasta na wyspie Lesbos, przeciwko złym warunkom życia w obozie Moria, 22 kwietnia 2018 r. (ELIAS MARCOU / REUTERS)

W nocy ciemność zlewa się z morzem. Światła tureckiego wybrzeża dają złudzenie bliskości. Charda, wolontariuszka z Holandii, rozpoczyna swoją wartę na wysokim klifie niedaleko Molyvos. Przez lornetkę z noktowizorem wypatruje czarnych pontonów. Ludziom trzeba pomóc, kiedy przybiją do brzegu.

Charda, 65 lat, wolontariuszka: Łódź z uchodźcami odróżnia się od rybackiej tym, że jest głębiej zanurzona i po brzegi wypełniona pasażerami. Noktowizor nie rozróżnia ras i pokazuje wszystkich imigrantów jako białych ludzi. Gdyby płynęła tutaj łódź pełna Polaków, wyglądaliby tak samo.

* imiona lub nazwiska niektórych bohaterów zostały na ich prośbę zmienione

]]>
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES