Sanacja w wersji 2.0

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Marszałek Józef Piłsudski na muralu w Sulejówku wykonanym z okazji 100-lecia Odzyskania Niepodległości (ZOFIA I MAREK BAZAK / EAST NEWS)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 5 minut

Podobieństwa między polityką przedwojennej sanacji a linią obecnych rządów widać gołym okiem. Krytycy Prawa i Sprawiedliwości piętnują partię za hołdowanie hasłom ze schyłku lat 30., podczas gdy zwolennicy chwalą ją za sięganie po sprawdzone wzorce

Uwagę na podobieństwa zwracają politycy, publicyści, ale też znawcy przedwojennej historii. Rzuca się w oczy naśladownictwo w obszarze idei, środków walki politycznej, nawet rozwiązań prawnych. Fakt, że Prawo i Sprawiedliwość pełnymi garściami czerpie z rezerwuaru pomysłów przetestowanych przez obóz Józefa Piłsudskiego w latach 1926-1939 nie podlega dyskusji. Jakie zbieżności szczególnie rzucają się w oczy?

Wódz, marszałek, arbiter

Gdy Józef Piłsudski po raz pierwszy doszedł do władzy, zgodził się objąć oficjalnie urząd głowy państwa. Jako naczelnik wyznaczał premierów, a w pierwszych miesiącach niepodległości – zanim doszło do wyborów parlamentarnych – kontrolował jedyny ośrodek decyzyjny w kraju. W ten sposób spełnił swoją największą życiową ambicję. Sam przecież wspominał, że już jako paroletni chłopak „marzył o wielkości”, a jako student przymierzał się do samobójstwa, gdyż poczuł, że nie będzie mu dane stanąć na szczycie…

Zadanie zostało wykonane. I choć Piłsudski z przyjemnością widział siebie w roli demiurga o nieograniczonej władzy, to już udział w bieżących walkach politycznych wcale go nie satysfakcjonował. Jako głowa państwa znajdował się pod ciągłym ostrzałem. Odpowiadał za decyzje i błędy ministrów, był na celowniku nieprzychylnych partii, często padał ofiarą ostrej krytyki obywateli. Chcąc nie chcąc, z dnia na dzień trwonił swój polityczny kapitał.

Za drugim razem nie popełnił tego samego błędu. W 1926 r., po przejęciu władzy w drodze wojskowego zamachu stanu, natychmiast odsunął się w cień. Wyznaczył kandydata na premiera, wybrał prezydenta, trzymał pieczę nad swoim środowiskiem i wyraźnie dawał każdemu do zrozumienia, że nic nie może się dziać bez jego zgody.

Formalnie jednak był tylko generalnym inspektorem Sił Zbrojnych. Jeśli sięgał po ster rządów, to najwyżej na chwilę, dla zademonstrowania swoich możliwości i „zaprowadzenia porządku”. Ogółem jednak świadomie i z sukcesem przyjmował rolę ojca narodu, arbitra stojącego szczebel wyżej od zwyczajnych polityków zaangażowanych w bieżące konfrontacje.

Nikt nie miał wątpliwości, że to Piłsudski jest pierwszą osobą w państwie, ale to nie on odpowiada za potknięcia i nadużycia. Jarosław Kaczyński przeszedł łudząco podobną drogę, choć trzeba zaznaczyć, że jego obóz władzę zdobył w demokratycznych wyborach. Najpierw wysunął na urząd prezydencki swojego brata, sam zaś – po krótkim preludium z Kazimierzem Marcinkiewiczem – przejął tekę premiera. Przy drugim podejściu wziął już jednak przykład z marszałka.

W 2015 r. nie ubiegał się nawet o szefostwo rządu. Zachował dla siebie prezesurę partii i fotel „szeregowego” posła. Tak samo jak marszałek niespełna wiek wcześniej ustawił się w roli arbitra, biorąc odpowiedzialność za sukcesy, a odpowiedzialność za porażki składając na barkach premierów, ministrów i funkcjonariuszy partyjnych służących z jego nieoficjalnego nadania.

Konstytucja bez trybunału

Władze sanacyjne otwarcie uderzały w obowiązującą konstytucję, którą uważały za twór niewydolny, prowokujący polityczne spory, niesłusznie dający przewagę konkurentom i stojący na drodze do mocarstwowej pozycji Polski. Mimo to obóz Piłsudskiego nie od razu obalił ustawę zasadniczą. Nie pozwalały na to obecność opozycji w Sejmie i niewystarczające do zupełnego zdominowania sceny politycznej wyniki wyborów. W efekcie przez pierwszą dekadę konstytucję po prostu… omijano.

W państwie nie istniał Trybunał Konstytucyjny, a w obliczu kontroli sprawowanej przez sanację nad siłami porządkowymi Trybunał Stanu okazał się fikcyjną wydmuszką. Wobec braku jakichkolwiek środków zewnętrznego nacisku, władze samowolnie zmieniały system prawny w oparciu o rozporządzenia prezydenta lub akty prawne niższej rangi.

Wszystkiemu temu towarzyszyła stała kampania wymierzona w ustawę zasadniczą. Sam Piłsudski mówił: „Ja tego (…) nie nazywam konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty”.

Z ust Jarosława Kaczyńskiego, Beaty Szydło czy Mateusza Morawieckiego równie ostre słowa nigdy nie padły. Jest jednak rzeczą oczywistą, że partia rządząca włożyła znaczące wysiłki w możliwie szybkie przejęcie Trybunału Konstytucyjnego oraz Sądu Najwyższego, a jej intencją, zależną od woli wyborców, jest zmiana obowiązującej konstytucji.

Walka z kastą elit

Ludzie Piłsudskiego rozmyślnie konsolidowali bazę swojego poparcia poprzez ataki na same podstawy wcześniejszego systemu. Już nieoficjalna nazwa ich stronnictwa – sanacja – nawoływała do moralnej odnowy w życiu politycznym i państwowym. Sanatorzy otwarcie przekonywali wyborców, że od 1926 r. zaczęła powstawać nowa, lepsza Polska, a każdy, kto miał związek z Polską wcześniejszą, automatycznie stawał się obiektem podejrzeń o nadużycia, kolesiostwo, partyjniactwo.

Podobne ostre odcięcie trafiło także do retoryki PiS, i to już w ubiegłej dekadzie. Marszałek Piłsudski promował wizję „pracy nad wielkością Polski”. Prawo i Sprawiedliwość wizję nowej „IV Rzeczpospolitej”, która zastąpi uwikłaną w skandale i zagarniętą przez „elity” III RP.

Centralizacja władzy

Pierwsze lata niepodległej Polski cechowało dążenie do decentralizacji władzy. Po czasach zaborczych reżimów promowano hasła samorządności i oddolnych działań. Tendencja nie utrzymała się jednak zbyt długo. Środowisko Józefa Piłsudskiego opowiadało się za ścisłym skupieniem władzy w rękach wąskiej, sprawdzonej grupy o jednolitych poglądach. W tym celu ograniczano możliwości samorządów. Tam zaś, gdzie lokalne władze nie dawały się poskromić i podporządkować po prostu je rozwiązywano.

Szczególną wagę sanacja przykładała do przejęcia Warszawy. W 1934 roku cała rada miasta została odwołana przez rząd pod pretekstem błędnej polityki finansowej. Władze państwowe nie zorganizowały nowych wyborów i bezpośrednio wyznaczyły zarząd komisaryczny, z własnym prezydentem. Warszawiacy poszli ponownie do urn dopiero po czterech latach!

Ale nawet wtedy nie posłuchano ich decyzji. Podczas głosowania na prezydenta, przeprowadzonego wśród członków nowej rady miejskiej, najwięcej głosów dostał kandydat socjalistów. Mimo to rząd ponownie wyznaczył komisarza – tego samego człowieka co dotąd, Stefana Starzyńskiego. Legendarnego prezydenta Warszawy, który w rzeczywistości nigdy nie wygrał wyborów na ten urząd…

Podobne zrozumienie roli Warszawy widać także w retoryce obecnej partii rządzącej. Głośnym echem odbijają się propozycję utworzenia województwa warszawskiego i ograniczenia kompetencji stołecznego samorządu. Stale wraca też temat rządów komisarycznych. Mówiono o nich na przykład po ostatnim zwycięstwie Hanny Zdanowskiej w Łodzi.

Nacjonalizacja gospodarki

W szeregach sanacji dominowało przekonanie, że swoboda działalności gospodarczej przynosi więcej szkód i zagrożeń niż korzyści. Silny był sceptycyzm wobec obecności w Polsce zagranicznego kapitału. Przede wszystkim zaś wobec oddawania przedsiębiorcom kontroli nad ważnymi gałęziami rynku. Nie tylko w mediach, ale też w każdym innym obszarze szafowano hasłem interwencjonizmu. Budowano państwowe zakłady, obsadzano kluczowe instytucje zaufanymi ludźmi, prowadzono inwestycje z uwzględnieniem ich roli politycznej i zgodności z wyobrażeniami rządowych ekonomistów.

Podejmowane starania – jak choćby gigantyczne przedsięwzięcie znane pod nazwą Centralnego Okręgu Przemysłowego – przeszły do legendy. Warto jednak pamiętać, że historia II RP pełna była imponujących projektów… Nie zaś wielkich sukcesów. Przed wybuchem II wojny światowej sanacja nie zdążyła udowodnić, że ma receptę na kryzys gospodarczy, a ścisła kontrola nad biznesem może na dłuższą metę zapewnić prosperitę.

Agresywność przekazu

Wyjątkowa dosadność krytyki stała się nieodłącznym aspektem obecnej sceny politycznej. Wielu komentatorów wzrost brutalności w życiu publicznym łączy konkretnie z działaniami partii rządzącej. Polityczny hejt wcale jednak nie powstał za sprawą PiS ani nawet za jego czasów. Był powszechny także w przedwojennej Polsce.

Sam Józef Piłsudski nagminnie stosował słowną agresję, by osiągać swoje polityczne cele. Program sanacji streszczał w słowach „bić k**** i złodziei”. O posłach na Sejm krytykujących jego podwładnych pisał (z nazwiska!), że to „zafajdane istoty” i „zawodowi idioci”.

Nie były to z jego strony rzucane w nerwach gafy ani „wymsknięcia”. Przekaz był z gruntu przemyślany i miał na celu radykalne obrzydzenie przeciwników tak, by wyborca rozumiał, że dla obecnej władzy nie istnieje żadna zdrowa, zdatna alternatywa. Po drugiej stronie byli tylko aferzyści i złodzieje.

Z upływem lat ataki na socjalistów, ludowców czy endeków uzupełniono także o te wymierzone w całe narody i grupy społeczne. Obóz rządzący w drugiej połowie lat 30. coraz wyraźniej absorbował hasła nacjonalistyczne. Walka z obcymi – Żydami, Niemcami, Rosjanami, Czechami, Litwinami – miała pomóc w skupieniu narodu wokół rządu. Z tym tylko, że ci obcy nie mieli być zatrzymywani na granicach, jak niechciani uchodźcy, ale skłaniani do wyjazdu z Polski. Chociażby na Madagaskar…

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES