„Stare dobre czasy”? Jacek Piekara przypomina, jak było naprawdę

Ulica w Polsce w latach 90., kobiety spacerujące obok fiata i kamienic – realia lat 90 często wspominane jako stare dobre czasy.

Nostalgia kłamie. Wspominamy oranżadę w proszku i wakacje bez internetu. Rzadziej pamiętamy dentystę bez znieczulenia, przymusową armię czy przyzwolenie na przemoc wobec dzieci. Jacek Piekara sprawdza, czy naprawdę mamy za czym tęsknić.

Kto z nas nie ma tendencji do idealizowania przeszłości? Przecież kiedyś trawa była bardziej zielona, niebo bardziej niebieskie, a dziewczęta milsze i piękniejsze. Pojęcie o tym, że „dawniej było lepiej” nie jest bynajmniej wymysłem naszych czasów. Już antyczni Grecy i Rzymianie z nostalgią wspominali Złoty Wiek ich cywilizacji, narzekając na współczesne „zepsucie obyczajów”. Podobnie postępowali nasi przodkowie, wychwalając dawne „sarmackie” tradycje i stawiając je w kontrze do nieakceptowalnych „nowinek”, które przybywały z zagranicy.

Stare dobre czasy, czyli jak sami się okłamujemy

Czy jednak nostalgia ma uzasadnienie? Zabawię się w oskarżyciela, by wykazać, że w wielu dziedzinach nasza tęsknota za „starymi, dobrymi czasami” nie ma żadnego sensu. Nie cofnę się przy tym o wieki, ale zaledwie o lat kilkanaście lub kilkadziesiąt. I spoglądając na minioną epokę, zastanowimy się nie nad kwestiami politycznymi, czy ekonomicznymi, czyli nad zniewoleniem i biedą, lecz problemami dotyczącymi życia codziennego i często niezależnymi od politycznego ustroju.

Zapachy, których się nie zapomina

Powiedzieć, że ludzie nie dbali o codzienną higienę, to nic nie powiedzieć. Ileż razy się zdarzało, że rozmawiając z kimś musiałem odwracać głowę, bo z paszczy tego kogoś tak „waliło szambem”, że było to nie do wytrzymania.

Jazda zatłoczonym autobusem, w lecie, zwłaszcza prowincjonalnym PKS-em była traumatycznym przeżyciem. Ten powszechnie panujący brud i pogarda dla higieny wynikały nie tylko z braku środków czystości, ale po prostu z braku pewnej cywilizacyjnej ogłady, co zwłaszcza widać było na wsiach.

Powszechnie występował również brak zwyczaju golenia nóg i pach przez kobiety, co dzisiaj jest standardem higieny i elegancji, nieprzestrzeganym jedynie przez zbuntowane przeciwko konwenansom feministki. Podobnie zresztą sprawa wyglądała z niegoleniem miejsc intymnych. Wręcz ich golenie, przez długie lata, wielu mężczyzn uważało nie tylko za nietypowe, lecz odpychające i zniechęcające do seksu.

Łapówka i cierpienie

W służbie zdrowia powszechne były łapówki. Każdy lekarz i każda pielęgniarka je brali, niekoniecznie w zamian za nielegalne przysługi, ale po prostu jako prezent albo na zakończenie leczenia, albo jako dodatkową zachętę do zajęcia się pacjentem. Łapówki były również powszechnie akceptowane przez samych pacjentów, którzy mogli na nie po cichu złorzeczyć, ale i tak je lekarzom dawali.

Niestety równie powszechnym zjawiskiem, jak łapówki, było przyzwolenie na ból. W zasadzie nikt się nie przejmował cierpieniem pacjentów, co szczególnie mocno odczuwały dzieci w czasie wizyt u dentysty. Panująca w nie tak dawnej jeszcze medycynie zasada mówiła, że choroba musi boleć, a zapobieganie bólowi to fanaberia, kaprys wydelikaconych mimoz.

Dziecko podczas wizyty u dentysty w dawnych latach – scena podważająca mit nostalgii społecznej i wyobrażenie o starych dobrych czasach
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/ Koloryzacja: Gemini

Dentysta bez litości

Wyjątek robiono tylko przy wyrywaniu zębów, natomiast tak zwane borowanie (czyli wybieranie próchnicy z zęba maszynką z wiertłem) wykonywano bez znieczulenia, nieważne czy w gabinetach publicznej (państwowej) służby zdrowia, czy w gabinetach prywatnych.

Co gorsza, maszyny służące do owego borowania, to nie były dzisiejsze urządzenia przypominające wyposażenie statku kosmicznego. Były to prymitywne, piekielnie warczące, wiertarki wolnoobrotowe, którymi należało borować dłużej i które sprawiały naprawdę duży ból.

Też plomby, którymi zalepiano dziury w zębach, nie przypominały w niczym dzisiejszych uzupełnień. Nawet nie dlatego, że robiono je z gorszych materiałów, ale przede wszystkim z tego powodu, że nie były białe, lecz srebrne (plomby amalgamatowe, o intensywnym kolorze rtęci z termometru).

Jeśli chodzi o wstawianie koronek, to u osób starszych o pokolenie lub dwa pokolenia ode mnie normalną rzeczą były zęby złote, lub srebrne. Również te z przodu! A cechą wspólną wszystkich pokoleń Polaków był fatalny stan uzębienia. Polacy zębów nie leczyli i o zęby nie dbali.

Stąd spotykało się wiele osób z ogromnymi ubytkami i nie wynikało to z losowych przypadków, ale z tego, że ludzie doprowadzali uzębienie do tak złego stanu, że w grę nie wchodziło już leczenie, lecz rwanie. Zresztą wśród dentystów nie było zwyczaju ratowania zębów pacjenta za wszelką cenę i bardzo chętnie ułatwiali sobie życie nagminnym stosowaniem ekstrakcji.

Szef miał zawsze racje

W zakładach pracy nie zwracano uwagi na prawa pracownicze, a w Polsce to fatalne i rujnujące życie ludziom zjawisko, nasiliło się zwłaszcza w okresie tak zwanej „transformacji ustrojowej”, kiedy dzięki „geniuszowi” Leszka Balcerowicza i jego planowi ekonomicznemu, miliony Polaków wylądowały na bezrobociu.

A było to bezrobocie tak dotkliwe, że ludzie bili się nie o pracę w swoim fachu, ale o byle jaką pracę fizyczną i w wielu regionach Polski nawet na nią nie mieli szans. Dzisiaj kurierzy, dostawcy jedzenia, robotnicy budowlani czy pracownicy sklepów bardzo często pochodzą z zagranicy, bo wielu Polaków nie ma ochoty pracować za niższe zarobki czy w nie swoim zawodzie.

Realia lat 90. na rynku pracy: bezrobocie, bieda i molestowanie

Wtedy dla wielu, nawet wykształconych osób, szczytem marzeń było dostać jakąkolwiek pracę fizyczną, nawet „na czarno”, aby tylko mieć pieniądze na czynsz i kawałek chleba. To przecież w tamtych nieludzkich czasach ustawiały się liczące setki osób kolejki do punktów z darmowym jedzeniem. Nie dlatego, że ludzie chcieli oszczędzić, ale dlatego, że głodowali.

Zrozumiałe więc, że taka atmosfera, atmosfera, kiedy pracownik dziękował Bogu, że w ogóle ma płatne zajęcie, spowodowała dramatyczny regres w prawach pracowniczych. Pracownikami poniewierano i upokarzano ich, a kobiety często molestowano seksualnie.

Przyzwolenie na bezkarność podobnych zachowań było niemal całkowite, a ktokolwiek usiłował walczyć o przestrzeganie prawa, prosił się o wielkie kłopoty. Dzisiaj naganne zachowania zwierzchników wobec pracowników nadal się pojawiają, ale są powszechnie potępiane i zazwyczaj poszkodowani zyskują ochronę prawną. Wtedy panowała „wolna amerykanka”, a w wielu firmach szeregowy pracownik był traktowany niczym śmieć.

Dwa lata strachu

Największym dramatem dla młodego człowieka był obowiązkowy pobór do wojska. Bo przez cały okres PRL i jeszcze wiele lat po nim (do 2008 roku) absolwent szkoły średniej, który nie dostał się na studia mógł zostać siłą wcielony do armii, gdzie spędzał długie i bezsensowne dwa lata, które powszechnie nazywano „przerwą w życiorysie”.

Przed poborem do wojska próbowano uchronić się na wiele sposobów: przekupywano komisje wojskowe, załatwiano fikcyjne zaświadczenia lekarskie o ciężkich chorobach (armia zwłaszcza bała się osób chorych psychicznie i starano się to wykorzystywać), uciekano za granicę, dochodziło nawet do samookaleczeń.

Fala w wojsku i przemoc

Oprócz bezsensownych, zmarnowanych dwóch lat na młodego człowieka czekały w wojsku prześladowania ze strony kadry oficerskiej i podoficerskiej oraz prześladowania ze strony starszych kolegów, czyli tak zwana „fala”. Zjawisko to było tak powszechne i tak dotkliwe, że na jego tle dochodziło zarówno do ucieczek z wojska, jak i do zabójstw oraz samobójstw.

Dzisiejsi młodzi ludzie nie są w stanie nawet wyobrazić sobie tej presji i tego strachu, który panował wśród absolwentów szkół średnich zagrożonych poborem do wojska. Ponieważ do wojska nie zabierano studentów, więc studia stawały się nie tylko czasem nauki, ale oazą bezpieczeństwa przed armią.

Pas zamiast rozmowy

Bicie dzieci przez rodziców, rodzinę, czy nawet obcych dorosłych nie było niczym ani dziwnym, ani poruszającym i nie zdarzało się, by dorosłych za to ukarano, gdyż dzieci w praktyce nie chroniło ówczesne prawo.

Rodzice bili je nie tylko ręką, lecz również pasem, kablem od żelazka czy prodiża, skakanką, kijem lub trzepaczką i nikt nie uznawał tego ani za przestępstwo, ani za coś niewłaściwego. Ot, należało się. Za złe zachowanie, za złe stopnie w szkole, za nie wykonywanie poleceń.

Jedne dzieciaki miały surowsze warunki dorastania i bardziej bezwzględnych czy niecierpliwych rodziców, w innych domach panowała bardziej przyjazna atmosfera. W szkole lub na podwórku rozmawiało się z kolegami także o tym, kto, za co i czym dostał lanie od ojca.

Dzisiaj jesteśmy wszyscy pewni, że była to bardzo, bardzo zła epoka pod względem stosunku do dzieci, gdyż traktowano je niemal tak, jakby były pozbawioną praw własnością dorosłych. Pamiętam jeszcze z domu rodzinnego oburzone tyrady żony mojego ojca, która pogardliwie mówiła o prawie kanadyjskim, w którym bite dziecko mogło zawiadomić policję, do czego zresztą rząd kanadyjski wszystkie dręczone dzieci namawiał. A to była wykształcona osoba i w dodatku, uwaga!, magister pedagogiki.

Czy kiedyś było lepiej naprawdę

Oczywiście nie jest tak, że „stare dobre czasy” pełne były tylko wymienionych przeze mnie wad, a nie miały żadnych zalet. Takie zalety niewątpliwie występowały i mogłyby być tematem na inny artykuł.

Ale kiedy mówimy o „starych dobrych czasach”, to nie możemy spoglądać na świat przeszłości jedynie przez różowe okulary. Bo te „stare dawne czasy” również śmierdziały, bolały, zawstydzały i przerażały. Dzisiejszy świat, na który tak często narzekamy, jest jednak w wielu aspektach o niebo lepszy niż ten, który pamiętamy z nieodległej przeszłości.

Przeczytaj również: Jacek Piekara: Byliśmy pokoleniem wilków. Co zmieniło nasze dzieci?


Aktualny numer kwartalnika Holistic News

Z kodem LUTY26 dostawa do paczkomatów InPost gratis!

Udanych zakupów!
Księgarnia Holistic News

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Jacek Piekara

Dziennikarz


Jacek Piekara: jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy fantasy, dziennikarz i publicysta. Autor głośnego „Cyklu Inkwizytorskiego”, kilkudziesięciu książek, całego szeregu opowiadań. Współpracował również z prasą branżową i popularną, w tym z czasopismami „Click!” i „Gambler”. Poza literaturą Piekara zajmuje się scenariuszami do gier komputerowych i publicystyką.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.