Strach o klimat ma swoją cenę. Kto naprawdę za to płaci?

Lęk klimatyczny a zdrowy rozsądek. Czy strach o planetę jest racjonalny?

Czy strach przed katastrofą klimatyczną jest adekwatny do naukowych danych – czy stał się paliwem dla kosztownych decyzji politycznych? Spór o klimat coraz częściej toczy się nie tylko wokół temperatur, lecz także rachunków za energię, systemu ETS2 i granic społecznej wytrzymałości.

Lęk klimatyczny: metafizyczny i ekonomiczny

To nie tak, że ludzie w krajach Europy Środkowej nie mają obaw w związku z klimatem. Ich lęk nie ma jednak kształtu apokalipsy, lecz realnych podwyżek. Rosnące ceny paliw, system ETS2, który od 2027 roku obejmie paliwa transportowe i budynki, spory o lokalizację farm wiatrowych – to wszystko przekłada się na konkretne rachunki i codzienne decyzje. To nie lęk metafizyczny, tylko ekonomiczny. I bardzo wymierny.

I tu pojawia się pytanie, które w dzisiejszej debacie często brzmi jak herezja: czy produkowanie lęku na masową skalę – i wprowadzanie pod jego wpływem polityki generującej gigantyczne koszty społeczne – ma sens, jeśli naukowe przesłanki nie są tak pewne, jak się powszechnie twierdzi?

Konsensus się rozszczelnia: naukowcy o cyklach słonecznych

W naukowym obrazie klimatu pojawiają się rysy. Nicola Scafetta, fizyk z Uniwersytetu w Neapolu, w badaniu opublikowanymGondwana Research (2026) dowodzi, że globalne modele klimatyczne nie odtwarzają prawidłowo nawet holocenu – jedenastu tysięcy siedmiuset lat naturalnych ociepleń i ochłodzeń. Średniowieczne optimum cieplne, mała epoka lodowcowa – te fluktuacje miały amplitudę zbliżoną do współczesnej, a działy się przy stabilnym CO₂.

Scafetta nie neguje wpływu człowieka. Wskazuje jednak, że modele klimatyczne, na których opiera się polityka Unii – od ETS2 po zakaz spalinówek w 2035 roku – pomijają dwa długookresowe rytmy: cykl Eddiego (około tysiąca lat) i Hallstatt-Braya (około dwóch i pół tysiąca lat). Są one widoczne w rdzeniach lodowych i słojach drzew. I od XVII wieku oba znajdują się w fazie wzrostowej. To z kolei każe postawić niewygodne pytanie:

Ile z obserwowanego ocieplenia jest naprawdę nasze?

Sporem kluczowym jest ECS – równowagowa czułość klimatu, czyli to, o ile stopni ogrzeje się Ziemia przy podwojeniu CO₂. IPCC szacuje ECS na 2,5–4 stopnie. Scafetta, opierając się na danych empirycznych, mówi o 2,2 stopnia. Gdyby aktywność Słońca miała większy wpływ – wartość ta mogłaby być jeszcze niższa, nawet około 1,1 stopnia.

Różnica między 3 a 1,1 stopnia to nie akademicki spór. To różnica między wizją, w której za dwadzieścia lat być może nie kupimy już samochodu spalinowego, bo UE znów uzna, że to jedyny sposób, by zatrzymać katastrofę – a wizją, w której modernizujemy gospodarkę we własnym tempie, bo Ziemia jednak nie „płonie” tak szybko, jak nam mówiono. To różnica między systemem ETS2, który według szacunków Komisji Europejskiej podniesie koszty ogrzewania i paliw o kilkanaście procent, a polityką, która nie zmusza gospodarstw domowych do wyboru między ogrzewaniem a jedzeniem.

Lęk, który ma swoją cenę

Krytycy Scafetty zwracają uwagę, że jest on fizykiem, nie klimatologiem, a jego wnioski sytuują się na marginesie głównego nurtu. Zarzuca mu się, że rola cykli słonecznych nie znajduje potwierdzenia w większości badań.

Te kontrargumenty są istotne. Jednak nie zmieniają one fundamentalnego faktu: w nauce o klimacie istnieją niepewności. Dotyczą one czułości klimatu, roli naturalnych cykli, wpływu chmur czy aerozoli. I to one – a nie kwestionowanie antropogenicznego ocieplenia – są przedmiotem pracy Scafetty.

I tu pojawia się kwestia lęku klimatycznego. Marlis Wullenkord, psycholożka środowiskowa z Uniwersytetu w Lund, bada zjawisko klimatångest. W rozmowie z The Conversation mówi wprost:

Lęk klimatyczny nie jest przejawem nadwrażliwości. To racjonalna odpowiedź na realne zagrożenie.

Dobre rady na koniec świata

Jej badania pokazują, że większość ludzi w krajach zachodnich deklaruje zaniepokojenie klimatem, ale sądzi, że jest w mniejszości. To zjawisko pluralistycznej ignorancji. Wullenkord radzi: nazywaj emocje, nie bagatelizuj, szukaj sensu, działaj na miarę swoich możliwości.

Te zalecenia opierają się na założeniu, które w świetle pracy Scafetty można uznać za dyskusyjne. To założenie, że skala zagrożenia jest pewna i niepodważalna. Tymczasem jeśli w konsensusie istnieją szczeliny, jeśli modele mają margines błędu – to czy lęk, który leczy się terapią, jest w ogóle adekwatny do rzeczywistej skali ryzyka?

Lęk klimatyczny a zdrowy rozsądek: czas polaryzacji

Scafetta pisze: „Przeważająca narracja o kryzysie klimatycznym nie wydaje się w pełni poparta dowodami”. Wullenkord pisze: „Lęk klimatyczny jest racjonalną odpowiedzią na realne zagrożenie”.

Kto ma rację? Oboje – ale w różnych porządkach. Scafetta mówi o faktach, Wullenkord o emocjach. Problem w tym, że w debacie publicznej te porządki uległy pomieszaniu. Lęk uznano za dowód. Niepewność za herezję.

Tymczasem fakty są takie, że modele mają margines błędu. Naturalne cykle istnieją i wpływają na temperaturę – to nie teoria spiskowa, tylko paleoklimatologia. Skutki polityki klimatycznej są wymierne – ETS2 podniesie rachunki, zakaz spalinówek zmieni rynek motoryzacyjny, a koszty transformacji poniosą konkretni ludzie. Te fakty należy brać pod uwagę. Bo dylemat: lęk klimatyczny a zdrowy rozsądek ma wymiar nie tylko psychologiczny. To przede wszystkim właśnie kwestia wymiernych kosztów.

Nawet jeśli modele okażą się trafne, nie usprawiedliwia to centralnie planowanej polityki opartej na przymusie. Z raportu samej Europejskiej Agencji Środowiska z 2025 r. wynika, że przy i tak już gigantycznych kosztach dla przemysłu i społeczeństwa tylko 2 z 22 kluczowych celów Zielonego Ładu są na drodze do osiągnięcia. A założone cele redukcji emisji w kluczowych sektorach, jak transport i rolnictwo, nie zostały osiągnięte od 2005 r.

Apokalipsy, których nie było: horror czy śmieszny film?

Nie należy przy tym zapominać, że ludzkość od wieków staje przed rozmaitymi zagrożeniami i potrafi się do nich przystosować – zwykle bez centralnie planowanej polityki i nakładania kosztów na całe pokolenia. Wystarczy spojrzeć na katastroficzne przepowiednie, które miały za sobą autorytet „nauki”, a jednak się nie spełniły.

Thomas Malthus na przełomie XVIII i XIX wieku dowodził, że wzrost populacji nieuchronnie przerodzi się w katastrofę głodu, gdyż liczba ludności rośnie wykładniczo, a produkcja żywności jedynie liniowo. Jego teoria budziła lęki. Okazała się jednak ślepa na wynalazczość człowieka – od nawozów sztucznych po zieloną rewolucję, które wielokrotnie zwiększyły wydajność rolnictwa.

Podobnie w latach 70. XX wieku część naukowców ostrzegała przed nadchodzącą epoką lodowcową. Dziś tamte przepowiednie raczej śmieszą niż straszą. Podobnie jak oparty na nich katastroficzny film Pojutrze Rolanda Emmericha z 2004 roku, który przedstawiał wizję nagłego zlodowacenia.

Modele, które zapominają o ludziach

Te historie powinny uczyć dystansu. Pokazują, że obawy przed katastrofą, nawet gdy mają pozory naukowego uzasadnienia, nieraz okazywały się przesadzone. I że ludzka zdolność do adaptacji i innowacyjność często podążają ścieżkami, których nie jest w stanie przewidzieć żaden, nawet najbardziej zaawansowany model. Do tego potrzebują jednak wolności – bo to ona, a nie odgórne nakazy, zawsze najlepiej sprzyjała znajdowaniu rozwiązań na najtrudniejsze wyzwania.

Na samym lęku natomiast ostatecznie najbardziej korzystają ci, którzy go produkują i sprzedają – politycy budujący na nim swoje racje, korporacje sprzedające „zielone” produkty, terapeuci oferujący ukojenie. A najwięcej płacą ci, którzy go kupują. Ci, których przed ponad 140 lat temu William Graham Sumner opisał w eseju Zapomniany człowiek. Kto to taki? To zwykły, pracujący obywatel, który robi swoje, płaci podatki, nie domaga się przywilejów. Ale to właśnie na jego barki spadają koszty kolejnych reform przeprowadzanych w imię „wyższych” celów.

Przeczytaj także: UE zmienia segregację śmieci. Zamiast 5 koszy będzie 11?


Aktualny numer kwartalnika Holistic News

Z kodem LUTY26 dostawa do paczkomatów InPost gratis!

Udanych zakupów!
Księgarnia Holistic News

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Radosław Różycki

Zastępca redaktora naczelnego


Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej UW, specjalizujący się w tematyce kultury, literatury i edukacji. Zawodowo zajmuje się słowem. Czyta, pisze, tłumaczy, redaguje. Czasem coś powie. Prywatnie głowa rodziny. Ma doświadczenie pracy w mediach, administracji publicznej, PR i komunikacji, gdzie zajmował się m.in. projektami edukacyjnymi i kulturalnymi. W wolnej chwili lubi dobrą literaturę i mocne dźwięki.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.