Szkoła bez perspektyw. Dlaczego młodzi nauczyciele wolą iść do korpo?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Getty Images
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 5 minut

Media coraz częściej donoszą o rosnących brakach w kadrach nauczycielskich, szczególnie w dużych miastach. Praca w szkole przestaje, o ile już nie przestała, być atrakcyjna dla młodych ludzi

Aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, należy sobie uświadomić, co jest dla młodych nauczycieli alternatywą. Nie mówimy już o osobach w trakcie studiów, którym zależy na osiągnięciu minimum socjalnego jak najmniejszym kosztem, ale o tych, którzy studia już ukończyli i rozpoczynają kariery zawodowe. Nie chcą już pracować na kuchni albo w recepcji hotelu, gdzie przez większość czasu mogą doczytywać teksty na zajęcia albo scrollować Facebooka. Mają uprawnienia do nauczania w szkole, mogliby więc pracować w zawodzie. A jednak coraz częściej – zamiast podążyć nauczycielską ścieżką kariery – idą pracować w korpo. Dlaczego? Bo to po prostu lepsze miejsce pracy: z wyższym wynagrodzeniem, jasną ścieżką awansu, płatnymi nadgodzinami i kartą Multisport.

Szkoła, czyli parodia pracy

Proszę sobie wyobrazić młodego człowieka, który przychodzi do pracy w korporacji. Jego zadaniem będzie – powiedzmy – zarządzanie grupą grafików. Na starcie okazuje się, że grafików jest setka, zgrupowanych w trzech zespołach, ale każdy pracuje indywidualnie. Młody menago organizuje wszystko bardzo dobrze, graficy pracują z nim chętnie, osiągają różne wyniki, ale w normie. Niestety, przełożeni informują go, że podwyżkę otrzyma dopiero, gdy przepracuje pięć lat. Nie ma też co liczyć na przeniesienie do innej, lepszej firmy, ponieważ w innych firmach stołki okupują menedżerowie, których nietykalność gwarantuje specjalne prawo, mimo że od dawna pracują bardzo słabo. Do tego wynagradzana jest najwyżej połowa czasu pracy młodego człowieka i to kwotą, która ledwo wystarcza na utrzymanie.

Brzmi jak historia, która nie ma prawa wydarzyć się na rynku pracy? Szkoła funkcjonuje tak od lat i nie zapowiada się, by cokolwiek miało ulec poprawie.

Jasne, początki kariery zazwyczaj wiążą się z niskimi zarobkami i jest tak w (prawie) każdym sektorze. Problem polega na czym innym: szkoła nie oferuje ścieżki rozwoju. Określony przez kartę nauczyciela system stopni zawodowych składa się ze szczebli, których pokonywanie daje niewielki wzrost wynagrodzenia, a zarazem jest ściśle powiązane ze stażem pracy. Nie ma żadnego związku z faktycznymi kompetencjami, nie daje więc żadnej motywacji do samorozwoju.

Dyrektorzy nie mają nawet za bardzo narzędzi do wynagradzania dydaktyków. W jednej ze szkół, w których pracowałem, jedyną formą dowartościowania młodych nauczycieli było wciskanie im na siłę dziesiątek zastępstw. Dlaczego? Bo wtedy osiągali dochody minimalnie wyższe – nieważne, że kosztem nieprzespanych nocy i dni, w których musieli prowadzić po 8 lekcji z rzędu (to naprawdę bardzo dużo).

Również osławione dodatki motywacyjne i nagrody są niskie, bo szkół po prostu na nie nie stać. Gdyby istniał jakikolwiek system nagród, adekwatnych do zasług i zaangażowania w danym roku szkolnym (nie wspominając już o możliwości realizacji awansu zawodowego szybciej, niż na podstawie stażu pracy), sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Pełen pasji młody człowiek mógłby przynajmniej liczyć na poprawienie swojego losu. Dziś pozostaje to marzeniem ściętej głowy.

Nauczycielu, radź sobie sam

Aby jednak mógł zaistnieć system nagród, musiałby istnieć system ewaluacji. Tymczasem dyrekcje nie są zbyt gorliwe w hospitowaniu zajęć: zazwyczaj jest to godzina, dwie w roku, służąca głównie upewnieniu się, że dydaktyk jest przygotowany merytorycznie. Co za tym idzie, trudno nagradzać nauczycieli, bo nie wiadomo za co właściwie ich nagradzać. Za oceny? A w jaki sposób odpowiada za nie nauczyciel? Za sympatię uczniów? A kto ją zmierzy i w jakich jednostkach? W efekcie skromne bonusy otrzymują – tradycyjnie – nauczyciele najstarsi stażem albo ci, którzy kosztem własnego czasu wolnego i tytanicznych wysiłków (bezpłatnych oczywiście) doprowadzają uczniów do wygranych w konkursach – pod warunkiem, że nie ucierpi na tym ich praca na lekcjach.

Gdy organizowałem przedstawienie na 11 listopada, nie mogłem robić prób po lekcjach. Połowa biorących w nim udział uczniów zaraz po szkole biegła na płatne zajęcia dodatkowe. Nie miałem innego wyjścia, jak przygotowywać przedstawienie w czasie lekcji – za co oczywiście mi się oberwało, bo przecież w czasie lekcji mam uczyć, a nie organizować przedstawienia.

Do tego wszystkiego należy też skrupulatnie wypełniać wszystkie obowiązki urzędowe. A ponieważ szkoła działa według wypracowanych przez lata schematów, często o charakterze precedensowym albo lokalnym – funkcjonowania całej instytucji początkujący nauczyciel uczy się na własnych błędach. To prowadzi, rzecz jasna, do mnożenia błędów proceduralnych, których nie da się uniknąć przy zerowym doświadczeniu, a co za tym idzie – do użerania się z każdą biurokratyczną szykaną.

W takim układzie naturalnym wydaje się system mentoringu. Teoretycznie jest on realizowany w osobie opiekuna stażu, ale to instytucja fasadowa. Jego opieka sprowadza się do wizytowania jednej lekcji w miesiącu. Nic dziwnego – moja opiekunka  miała tyle godzin, że prawie nie wychodziła ze szkoły. Nie w głowie było jej jeszcze bieganie po moich lekcjach i dawanie mi złotych rad. Jeżeli ktoś ma szczęście, trafi na dobrą duszę, która wyjaśni mu, jakie dokumenty i kiedy musi złożyć, jakich błędów w pracy z uczniami się wystrzegać, jak skonstruować system oceniania. Jeżeli ma pecha i musi radzić sobie sam, będzie odpowiadał przed dyrekcją. A odpowiedzialność ciążąca na dydaktyku jest ogromna – i z nikim jej nie dzieli.

Another brick in the wall

Nieelastyczny system awansu zawodowego i ewaluacji jest odzwierciedleniem całego sposobu działania szkoły: instytucji konserwatywnej i opresyjnej.

Nauczyciel w rozumieniu polskiej tradycji dydaktycznej nie jest współpracownikiem uczniów, tylko ich nadzorcą. Jego rola polega na sprawdzaniu wiedzy (częściej) i umiejętności (rzadziej) – co oznacza, że dobrym nauczycielem jest ten, kto zawala dzieci sprawdzianami, kartkówkami i pracami domowymi oraz jest skuteczny w ich poprawianiu. Nic dziwnego – na tej koncepcji oparte są wszystkie państwowe egzaminy, które zazwyczaj sprowadzają się do bezużytecznych odwołań do wiedzy rzeczowej i/lub sprawdzania mechanicznych umiejętności.

Jak więc najlepiej przygotować uczniów do egzaminów? Kazać im zakuwać na pamięć i powtarzać w nieskończoność. W efekcie jedyny w miarę obiektywny sposób oceniania pracy nauczyciela, czyli wyniki egzaminów, staje się równie opresyjny, co same egzaminy, bo punktuje takie właśnie podejście. Ja sam zaliczyłem brutalne starcie z rzeczywistością, gdy dotarły do mnie pierwsze wyniki egzaminacyjne moich uczniów. Okazało się bowiem, że należało mordować dzieci kolejnymi rozprawkami na ocenę, a nie skupiać się na ich rozwoju intelektualnym i poszerzaniu horyzontów poprzez lekturę różnorodnych tekstów i realizację zadań projektowych.

Próba wybicia wyrwy w tym murze kończy się rezygnacją ze swojego życia prywatnego i innych niż praca celów życiowych. Realizować model dydaktyczny inny niż radykalne belferstwo rodem z lat 70. można bowiem tylko po godzinach, a w szkole nie płaci się za nic, co odbywa się poza pensum. Owszem, nauczyciel może zabrać dzieci do teatru, ale szkoła ani nie zwróci pieniędzy za bilet, ani nie zapłaci za spędzone w ten sposób godziny wieczorne. Punktuje się co prawda wykorzystanie technologii informacyjnej, ale organizowanie cyklu lekcji o selekcji informacji w Internecie nie jest już mile widziane, bo odciąga uwagę uczniów od pisania streszczeń. Bycie młodym, dynamicznym i lubianym jest dobrze widziane, jednak w kolejce po nagrody pierwsi są starzy, statyczni i znienawidzeni. Studia doktoranckie czy drugi fakultet to bardzo miły dodatek, ale tylko jeśli nauczyciel nie będzie opuszczał przez to rad pedagogicznych. W istocie, indywidualizacja procesu nauczania jest bardzo ważna, ale po lekcjach, bo nie może na tym cierpieć zespół klasowy. Et caetera, et caetera.

Wierzchołek góry lodowej

Pamiętacie menedżera z początku tekstu? Okazuje się, że nie ma on innego wyjścia, jak zostawać w pracy po godzinach – za darmo – aby dopilnować słabszych grafików i dbać o to, żeby lepsi się rozwijali. Musi również prowadzić dokumentację wszystkich projektów oraz rozwijać (obowiązkowo, ale bezpłatnie) swoje kompetencje. Będzie musiał też po godzinach chodzić na delegacje i zebrania – również nieodpłatnie. Menadżerowi bardzo zależy na pracy, więc stara się jak może, wymienia z grafikami dziesiątki maili, układa ich pracę, ale przełożeni nawet tego nie widzą, bo siedzą na innym piętrze. Gdy zaś projekt dobiega końca, okazuje się, że celem menedżera było w istocie dostarczenie setki jak najbardziej podobnych do siebie grafik. Każde odstępstwo od wyznaczonej przez kierownictwo normy jest źle widziane, a może zależeć od niego być lub nie być młodego menadżera.

Nic dziwnego, że młodzi wcale nie lgną do szkoły tysiącami, ale zarobki to wierzchołek góry lodowej. Nawet podwyżka o 100 proc. nie sprowadzi do szkół młodych informatyków, biologów czy polonistów. Niskie pensje nie są przyczyną, a konsekwencją faktu, że system szkolny jest przestarzały. Brak dynamiki, opóźnienie technologiczne, zerowa rotacja kadrowa, skostniałe procedury, zbędna biurokracja i nieelastyczność, zupełnie nie przystająca do współczesnego rynku pracy, a co za tym idzie – oczekiwań pracowników, to prawdziwe problemy polskiego szkolnictwa.

Dopóki ich nie rozwiążemy, napływ nowych, błyskotliwych dydaktyków nie nastąpi. Bo każdy rozsądny młody człowiek trzy razy się zastanowi, zanim wybierze karierę w sektorze edukacji. I najpewniej lepiej dla niego będzie, jeśli zamiast szkoły wybierze pracę w korpo.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES