Ukraina: spór o ustawę oświatową. Kłopoty rumuńskiej mniejszości

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Uniwersytet w Czerniowcach (TADEUSZ IWAŃSKI)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 6 minut

Celem ustawy było ograniczenie używania języka rosyjskiego w szkołach podstawowych, ale nowe prawo zmieniło także sytuację innych mniejszości narodowych. „Zastosowanie tych samych zasad do różnych mniejszości, z różnym stopniem zintegrowania ze społeczeństwem ukraińskim, jest podejściem błędnym i niesprawiedliwym” – mówi dziennikarz Marin Gherman

Z Marinem Ghermanem spotykamy się w kawiarni București, położonej na głównym deptaku turystycznym w Czerniowcach, stolicy ukraińskiej Bukowiny – najmniejszego i najbiedniejszego obwodu na Ukrainie, który do 1940 r. był częścią Rumunii, a wcześniej Austro-Węgier. Rozmawiamy o ustawie oświatowej, uchwalonej w trakcie prezydentury Petra Poroszenki, której celem było ograniczenie stosowania języka rosyjskiego w nauczaniu w szkołach podstawowych, ale nowe prawo zmieniło także sytuację innych mniejszości narodowych.

Ustawa zakłada bowiem możliwość prowadzenia zajęć w językach mniejszości tylko w wybranych klasach i jedynie w ciągu pierwszych czterech lat edukacji – w kolejnych jedynym językiem nauczania ma być ukraiński. Pełnią praw w nauczaniu w swoim języku będą się cieszyć tylko przedstawiciele „rdzennych narodów Ukrainy” (Tatarzy krymscy, Karaimi, Gagauzi).

TADEUSZ IWAŃSKI: Obwód czerniowiecki na Ukrainie do 1940 r. był częścią Rumunii. Po II wojnie światowej spora część Rumunów stąd wyjechała, ich liczba obecnie oscyluje w okolicach 100 tys. Jak została tutaj odebrana ustawa oświatowa?

MARIN GHERMAN*: Różnie. Ludność ukraińskojęzyczna przyjęła ją dobrze lub neutralnie, podczas gdy osoby rumuńskojęzyczne odniosły się do niej niezwykle krytycznie, nawet z wrogością. Dominował strach przed utratą naszych szkół, które istnieją tu od stuleci, oraz całego systemu nauczania w języku ojczystym, z pewnymi elementami języka i literatury ukraińskiej. Art. 7 tej ustawy łamie prawa oświatowe mniejszości narodowych w porównaniu z tymi prawami, które mieliśmy wcześniej, zapisanymi w ukraińskiej konstytucji.

Jakie są realne konsekwencje przyjęcia tej ustawy?

Negatywne, bo tracimy bazę nauczania języka rumuńskiego, którą mieliśmy wcześniej. Nie trzeba było tego robić, bo stanowisko ludności rumuńskojęzycznej obwodu, niezależnie od tego, czy mówimy o etnicznych Rumunach, czy osobach uważających się za etnicznych Mołdawian, jest jasne – wszyscy chcą znać język ukraiński i posługiwać się nim jako językiem państwowym. Informacje w różnych mediach, że Rumuni nie chcą się uczyć czy nie znają ukraińskiego, to czysta dezinformacja i fejk.

Wnikliwie czytałem wnioski Komisji Weneckiej, która analizowała art. 7, i tam jest napisane, że Ukraina powinna zachować historyczne szkoły mniejszości narodowych. U nas, w Czerniowcach, jest taka szkoła, nr 10, ma ponad 200 lat i w niej zawsze językiem nauczania był rumuński. I teraz szkoła ta ma ulec „transformacji”, co działa na rumuńską mniejszość jak płachta na byka.

Ustawa zakłada jednak możliwość wykładania przedmiotów w językach Unii Europejskiej – czy nie jest to pewna furtka?

Tak, jest taka możliwość, przynajmniej teoretycznie, że jeśli rodzice wyrażą wolę, to niektóre przedmioty mogą być wykładane w języku narodowym. Jednak mechanizm ten nie jest nigdzie konkretnie rozpisany, nie widziałem też metodologicznych rekomendacji, jak można to wykorzystać. Co więcej, w 2019 r. przyjęto ustawę o języku ukraińskim jako państwowym.

Ta ustawa jest oczywiście superpotrzebna, szczególnie dla kraju stawiającego czoła rosyjskiej agresji, który powinien wzmocnić rolę języka państwowego w przestrzeni publicznej jako mechanizmu obrony przed zewnętrznym przekazem informacyjnym. Ale ta sama ustawa niestety kasuje tę furtkę, o której rozmawiamy, bo gwarantuje nauczanie w języku ojczystym jedynie w klasach 1-4. Tak że teraz czekamy na ustawę o oświacie na poziomie średnim, ale nie spodziewam się wiele, bo nasze dotychczasowe propozycje zostały odrzucone. Kwestia ta była podejmowana również podczas ukraińsko-rumuńskich rozmów na poziomie ministerialnym, lecz porozumienie rozbija się o politykę. Poza tym od tego czasu zmieniły się władze, zarówno na Ukrainie, jak i w Rumunii.

Ustawy, o których mówimy, spotkały się z ostrym protestem innej mniejszości narodowej na Ukrainie, a mianowicie Węgrów. Dlaczego Rumuni nie zareagowali tak ostro?

Rumuni na Ukrainie są nieźle zintegrowani z ukraińską większością, na pewno znacznie bardziej niż mniejszość węgierska, bo są bardziej skłonni, by adaptować się do innej przestrzeni językowej. Poziom znajomości języka ukraińskiego wśród młodego pokolenia Rumunów w obwodzie czerniowieckim jest wysoki i rośnie z każdym kolejnym rokiem. Jeśli są ludzie, którzy mówią źle lub nie mówią wcale po ukraińsku, to są to ludzie starsi, którzy nigdy nie uczyli się tego języka. W czasach sowieckich nie było wielu miejsc, by uczyć się ukraińskiego. Dlatego wydaje mi się, że zastosowanie tych samych zasad oświatowych do różnych mniejszości, z różnym stopniem zintegrowania ze społeczeństwem ukraińskim, jest podejściem błędnym i niesprawiedliwym.

Dało się też zauważyć, że reakcja Bukaresztu na ustawę oświatową była łagodniejsza niż reakcja Budapesztu.

To dlatego, że Rumunia prowadzi inną politykę zagraniczną, bardziej w głównym nurcie polityki europejskiej. Bukareszt jest ostrożny, nie robi niepotrzebnych kroków, wychodzi też z założenia, że lepiej wspierać Ukrainę taką, jaka jest, nawet wdrażającą krzywdzącą ustawę oświatową, niż stać się sąsiadem Rosji. Bo w Rumunii jest poczucie, że po aneksji Krymu agresywna Rosja zbliżyła się do granic państwa. A więc kwestie sporne, w tym prawa mniejszości, schodzą na dalszy plan w imię interesów strategicznych.

A jak na taką politykę reaguje rumuńska mniejszość? Czy czujecie się porzuceni, jak ofiary sytuacji geopolitycznej?

Tak, oczywiście, zwłaszcza na terenach wiejskich. Za czasów sowieckich rumuńskojęzyczne wsie były ignorowane w sensie gospodarczym, teraz jest podobnie. Ludzie czują się porzuceni zarówno przez Kijów, jak i przez Bukareszt. Brakuje inwestycji, np. w infrastrukturę, a sytuację skomplikowała dodatkowo ustawa oświatowa, która ogranicza możliwość nauki w języku ojczystym.

Czy tak było zawsze? Przed wojną ukraińsko-rosyjską też? Przecież w ciągu ponad dwóch dekad między rozpadem ZSRR a rosyjską agresją na Ukrainę stosunki Kijowa i Bukaresztu były bardzo chłodne, a władze ukraińskie niemalże oskarżały Rumunię o rewizjonizm. Dowodem na taką politykę miała być paszportyzacja pogranicznych terenów.

Rumunia nigdy nie rozdawała tu paszportów, to ukraińskie media tak twierdzą, podobnie jak to, że Węgry, Polska i Rosją paszportyzują obywateli Ukrainy.

Chwileczkę, posiadanie rumuńskich paszportów przez obywateli Ukrainy jest faktem, wielokrotnie potwierdzonym materialnie, a także przez władze rumuńskie. Wątpliwości budzi jedynie skala. Choć oficjalne dane nie są publikowane…

Naturalnie istnieje procedura odnowienia obywatelstwa rumuńskiego. To nie jest żaden sekret. Jednak nie traktowałbym tej polityki jako elementu rumuńskiej polityki zagranicznej wobec konkretnego kraju. Zgodnie z rumuńską ustawą o obywatelstwie i poprawkami z 1992 r. odnowienie obywatelstwa dotyczy wszystkich mieszkańców obwodu czerniowieckiego przed II wojną światową, a więc tak samo Niemców, Żydów czy Polaków, a nie tylko Rumunów. Natomiast co do liczby: próbowaliśmy w 2018 r. zapytać o to w Czerniowcach ministra spraw zagranicznych Teodora Meleșcanu, lecz nie odpowiedział, powołując się na ustawę o danych osobowych.

Mówi pan, że ustawa jest dla wszystkich, tyle że Polaków, Żydów czy Niemców, z różnych przyczyn, w takiej liczbie jak przed wojną już dawno na Bukowinie nie ma. Zostają Rumuni i oni też są naturalnymi kandydatami do rumuńskiego obywatelstwa. Szacuje się, że minimum 50 tys. obywateli Ukrainy ma drugi, rumuński paszport.

Możliwe, ale nie mamy takich danych. Zresztą ja popieram stanowisko ukraińskiego MSZ oraz prezydenta Zełenskiego, że kwestie związane z podwójnym obywatelstwem wymagają uregulowania, bo wywołują niepotrzebne napięcia. Byłoby to korzystne przede wszystkim dla przedstawicieli ukraińskiej diaspory, którzy chcą uzyskać ukraińskie obywatelstwo, ale nie chcą jednocześnie pozbywać się francuskiego czy kanadyjskiego. Jednocześnie kwestie podwójnego obywatelstwa trzeba dokładnie przemyśleć z powodu Rosji. Rosja nie jest członkiem ani UE ani NATO, ale państwem, które napadło na Ukrainę i może wykorzystywać tę furtkę w niecnych celach.

Czy Rosja jest aktywna ze swoim przekazem na Bukowinie? Czy prowadzi działania w sferze informacyjnej, propagując tu np. ideę „russkiego miru”?

Te działania dotyczą nas w sposób bezpośredni. W naszym regionie wpływy Rosji są bardzo duże. Rosja działa przede wszystkim, wykorzystując narzędzia informacyjne, promując swój przekaz przez rosyjskojęzyczne media. Media ukraińskojęzyczne przegrywają tę konkurencję.

Rumuńska mniejszość narodowa nieraz była obiektem ataku informacyjnego. Np. w 2015 r. „wrzucono” informację o tym, że Rumuni stworzyli organizację, która sprzeciwia się polityce Petra Poroszenki i dąży do stworzenia autonomii. Na stanowisko przewodniczącej „wybrano” zupełnie zmyśloną osobę – Dorinę Chirtoacă – nieistniejącą w rzeczywistości, ale przedstawioną na zdjęciach i billboardach, która miałaby mieć kontakty z Rumunią. I potem dzwonią do mnie koledzy z mediów rumuńskich i proszą: „Daj mi numer do Doriny, chcemy z nią zrobić wywiad”. Dziennikarze do tego stopnia nie zweryfikowali informacji, że nie wiedzieli, że takiej osoby nie ma. Wywiadu nie było, rzecz jasna, ale depesze zostały opublikowane i nikt potem nie sprostował, że to fejk – ani na Ukrainie, ani w Rumunii, ani w Mołdawii.

W jaki jeszcze sposób Rosja jest obecna na Bukowinie?

Poprzez wyznanie. Większość cerkwi w rumuńskich wsiach jest podporządkowana tzw. Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego, ta zaś Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i patriarsze Cyrylowi. Takich parafii jest około 100, co zresztą często nam wypominają nasi ukraińscy sąsiedzi. Cerkiew zawsze była elementem gry geopolitycznej Rosji i zawsze była wykorzystywana jako instrument polityki. A za Cyryla przede wszystkim.

Z kolei rumuńska mniejszość narodowa nie chce odejść od Patriarchatu Moskiewskiego z kilku przyczyn: po pierwsze, z powodu języka – ten strach istnieje jeszcze od lat 90., gdy obawiano się, że zmiana cerkwi na autokefaliczną lub Patriarchat Kijowski skończy się ukrainizacją liturgii i obrzędów; po drugie, z powodu kanoniczności – religia to nie jest logiczna sfera życia, a przecież aż do 2018 r. tylko Patriarchat Moskiewski był uznany przez świat prawosławny; wreszcie po trzecie – przez brak jedności wśród rumuńskiej mniejszości: wychodzić czy nie wychodzić.

Na ile Rumuni są obecni w politycznym życiu Ukrainy? Czy mają swoich przedstawicieli władz samorządowych lub w parlamencie w Kijowie?

Jeśli chodzi o bierne prawo wyborcze, to naturalnie Rumuni biorą udział w wyborach i pod względem aktywności czy preferencji politycznych nie różnią się od ukraińskich sąsiadów. W przypadku reprezentacji politycznej są to oczywiście deputowani rad rejonowych oraz rady obwodowej, którzy wywodzą się z mniejszości, ale sytuacja wygląda gorzej w organach wykonawczych – w administracjach państwowych na poziomie rejonu czy obwodu. Tam Rumuni są niedoreprezentowani, szczególnie na stanowiskach kierowniczych. Nie ma ich nawet w pionach odpowiedzialnych za kulturę czy oświatę.

Natomiast w przypadku Rady Najwyższej powiedziałbym tak: obecność etnicznych Rumunów jest tam raczej sytuacyjna, czasami uda się im zdobyć fotel, startując bądź z listy partyjnej, bądź z okręgu jednomandatowego. W odróżnieniu od Rumunii, gdzie jeden przedstawiciel mniejszości, w tym ukraińskiej, ma zagwarantowane miejsce w parlamencie. Taka sytuacja na Ukrainie wynika zarówno z tego, że Kijów nie chce dopuścić szerokiego przedstawicielstwa mniejszości na różnych szczeblach władzy, jak i z faktu, że rumuńska mniejszość jest kiepsko zorganizowana i słaba kadrowo. Jeszcze inną sprawą jest to, że młodzi Rumuni nie chcą pracować w administracji, bo są pod podwójną presją: z jednej strony niskich zarobków, a z drugiej – wymagań ze strony liderów mniejszości, by działali na jej rzecz.

*Marin Gherman – doktor politologii i dziennikarz mieszkający w Czerniowcach, redaktor naczelny wydawnictwa BukPress, najważniejszego rumuńskojęzycznego medium na Ukrainie.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES