Nauka
Próbki z Marsa nie trafią na Ziemię? NASA nie ma pieniędzy
16 stycznia 2026

Ludzie potrzebują pieniędzy na popsutą pralkę, wyższy rachunek czy zapłacenie mandatu. Nie brakuje jednak obaw, że wkrótce mogą zostać odcięci od możliwości pożyczek.
Resort sprawiedliwości przedłożył do zaopiniowania projekt nowelizacji ustawy antylichwiarskiej, która – według założeń – ma skończyć z „żerowaniem naciągaczy na biedzie i tragediach życiowych ludzi, zmuszanych do zaciągania pożyczek o lichwiarskim oprocentowaniu”. Ustawodawca za udzielanie „lichwiarskich” pożyczek przewiduje karę więzienia od trzech miesięcy do pięciu lat. W ramach rozwiązań „pozytywnych” przewidziano aplikację do sprawdzania uczciwości pożyczkodawcy oraz bezpłatną pomoc z Funduszu Sprawiedliwości.
Większość instytucji opiniujących projekt przyznaje, że problem lichwy istnieje, a do zakończenia takich praktyk konieczne są zabiegi legislacyjne. Jednak rozwiązania zaproponowane przez ustawodawcę zostały poddane krytyce. Prezes Federacji Konsumentów Kamil Pluskwa-Dąbrowski mówi wprost, że „zaproponowane regulacje problemu lichwy nie rozwiążą”. Przysporzą za to nowego: z rynku znikną firmy pożyczkowe, a ich dotychczasowi klienci stracą dostępne legalnie źródło finansowania.
„Jak nie my, to czarny rynek wypełni niszę. Lichwy nie da się znieść ustawą” – mówi pracownik jednej z firm branży pożyczek pozabankowych. Na ryku jest od 13 lat, czyli niemal od samego początku. Ekonomista z wykształcenia, na co dzień tworzy i zarządza strukturami doradców. Z imienia i nazwiska zna niemal każdego spośród około tysiąca swoich klientów.
W czasach słusznie minionych, gdy trzeba było pilnie pożyczyć kilkaset złotych, to szło się do sąsiada, który wyciągał z bieliźniary gotówkę i pożyczał brakującą do pierwszego kwotę. W dniu wypłaty zwrot długu łączyło się z zakrapianą imprezą towarzyską i wszyscy byli zadowoleni. Większe sumy obsługiwała rodzina lub kasa zapomogowo-pożyczkowa w zakładzie pracy. Albo bank, gdzie szło się z żyrantami.
Ale czasy, w których wszyscy pracowali „na stałe” i mieszkali pod adresem zameldowania, dawno minęły i chyba prędko nie wrócą. Firmy pożyczkowe zaspokajają głównie te potrzeby doraźne: 500 zł na pralkę, 600 zł na święta – dziś, już, za godzinę.
Banki niezbyt chętnie procedują takie kwoty jak np. 500 zł na pół roku. Poza tym, żeby pożyczyć pieniądze w banku, trzeba na przykład odwiedzić placówkę w godzinach otwarcia. Wspominam o tym, bo często to niechęć do formalności albo pilne względy losowe są powodem zaciągania pożyczek właśnie w naszej firmie. Bank takich usług nie świadczy.
Podstawą jest posiadanie dochodu. W zasadzie dopuszczamy też dochód uzyskiwany na czarno czy też z umów-zleceń przedłużanych co miesiąc. Duża grupa klientów to osoby utrzymujące się z zasiłków, którym pożyczki bankowe również nie przysługują. Ci ostatni – nie powiedziałbym może, że doceniają – ale jednak cenią sobie jakoś to, że ktokolwiek im te pieniądze na nagłe i często niespodziewane wydatki pożycza.
Obsługujemy w zasadzie cały przekrój społeczeństwa: rolników, rencistów, osoby na zasiłkach, przedsiębiorców, dentystów, służby mundurowe, polityków różnego szczebla, a także duchownych i prostytutki. Pożyczają na popsutą pralkę, wyższy rachunek, zapłacenie mandatu w tajemnicy przed żoną. Zdarzają się panie, które w tajemnicy przed mężami biorą 5 tys. zł na nowe firanki do salonu. No i jest spora grupa obywateli wyjętych poza system – na przykład na śmieciówkach. Ale to już materiał na osobną rozmowę.
Dobre pytanie. Klienci pytają zazwyczaj o wysokość jednorazowej raty, nie o całkowite koszty. Zdarzyło mi się to może kilkukrotnie, żeby klient o to zapytał. I ta tendencja do krótkowzroczności też cokolwiek mówi o problemie, z jakim mamy do czynienia w przypadku tego rynku. Pozostajemy w kręgu myślenia ekstremalnie i patologicznie doraźnego.
Państwo już świadczy doraźną i bezpłatną pomoc finansową. Nie całkiem bezpłatną, bo świadczenia socjalne – jak wiadomo powszechnie – finansowane są z podatków. Z moich obserwacji wynika, że lwia część zapomóg socjalnych trafia do kas firm, takich jak nasza. Może czas, żeby teraz państwo rozważyło przydzielenie beneficjentom środków socjalnych asystentów planowania budżetu.
Pewnego razu klient zapytał o wysokość kosztów i gdy usłyszał, ile ta pożyczka ostatecznie będzie go kosztować – ponad dwa razy więcej – to się wycofał. Co do jednego: przez 13 lat w tej branży nabrałem pewności – problemem nie jest istnienie tej czy innej firmy, ani na dobrą sprawę wysokość odsetek. Problemem jest przede wszystkim finansowa nieporadność. Rażące niedoedukowanie w dziedzinach ekonomii i ekonomiki, planowania i gospodarowania finansami.
To wynika z różnicy w pozyskiwaniu pożyczanego kapitału, kosztach obsługi i ryzyku ponoszonym przez banki i firmy pożyczkowe. Otóż banki przyjmują depozyty swoich klientów. Z tak zgromadzonego kapitału pożyczają pieniądze, zarabiając na różnicy w oprocentowaniu lokat i kredytów. Zabezpieczają udzielane kredyty i dodatkowo je jeszcze ubezpieczają, ograniczając ryzyko do minimum. Bardzo dokładnie filtrują kredytobiorców, stąd mogą sobie pozwolić na niższe koszty. Naliczają też odsetki karne za nieterminowe spłaty, przy czym bardzo szybko wypowiadają umowy i przekazują je do egzekucji.
Firmy pożyczkowe natomiast pożyczają swój własny kapitał i bez zabezpieczeń, ewentualnie z ubezpieczeniem od następstw nieszczęśliwych wydatków. Za opóźnienia nie są klientom naliczane odsetki karne (uwzględnia je cena), a w przypadku nieterminowych spłat liberalnie podchodzi się do wydłużenia okresu spłaty. Poza tym, firmy pożyczkowe działają siedem dni w tygodniu, obsługując klienta w jego miejscu zamieszkania. Stąd wynika różnica w kosztach.
Nie znam danych, ale jeśli w naszym kraju jest zarejestrowanych ok. 400 firm zajmujących się udzielaniem pożyczek poza systemem bankowym, to tort do podziału na pewno jest spory.
W najgorszym wypadku, gdyby zostały przyjęte rozwiązania podobne do tych ze Słowacji, to firmy pożyczkowe znikną z rynku niemal z dnia na dzień. A co za tym idzie, kilkanaście tysięcy ludzi straci pracę lub źródło dodatkowego dochodu, a kilkaset tysięcy ludzi zostanie wyrzuconych poza nawias systemu bankowego, nie mówiąc już o stratach dla budżetu z podatków płaconych przez tę branżę. Wtedy rzeczywiście zakwitnie lichwa. Taka prawdziwa, przeniesiona do szarej strefy, bez żadnej kontroli państwa. To cieplarniane warunki dla czarnego rynku.
Skutecznie zapobiegać, zamiast próbować nieudolnie leczyć. Co to za państwo, w którym obywatele, i to spora ich część, musi posiłkować się takimi pożyczkami, nie mogąc korzystać z oferty banków? Moja praca polega na stałym kontakcie z klientami. Wiem, że problem jest głębszy i tkwi nie w lichwie, a w braku umiejętności radzenia sobie w życiu, nieumiejętnego gospodarowania własnymi finansami czy dokonywania w życiu finansowych wyborów. Wyborami wielu moich klientów rządzi przypadek i być może właśnie to czyni z nich moich klientów.
Może zamiast odbierać ludziom możność pożyczania tam, gdzie chcą, należałoby zadbać o właściwą ścieżkę ich edukacji, i to już od wczesnych lat szkolnych. Może należałoby wprowadzić i rozwijać takie pojęcia i przedmioty jak przedsiębiorczość, podstawy ekonomii, ekonomiki, marketingu. Żeby absolwent wiedział, jak zabrać się za planowanie, stawianie sobie i innym celów, zarządzanie czasem oraz żeby potrafił identyfikować szanse i zagrożenia przy podejmowaniu różnych ważnych dla niego decyzji.
Najlepiej w dobrze zorganizowanej szkole, od kompetentnych i godziwie opłacanych nauczycieli, którzy nie odeślą z trudnymi pytaniami do Google’a, tylko na konkretnym przykładzie pokażą, jak rozwiązywać problemy i omijać finansowe pułapki czekające w dorosłym życiu finansowym. Ale nie zapominając, że to jest jedno z następstw, a nie źródeł problemu.