Z notatnika prowokatora

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
SIMONA GOLOB / GETTY IMAGES
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 3 minut

Ojciec Jarosław, czyli po co komu demokracja

Demokracja to ustrój pełen paradoksów. Miała przynieść korzyść tym, którzy nie mieli prawa głosu, ani w ogóle żadnego wpływu na to, jak postępuje z nimi władza. Przez wieki większość utrzymywana była w uległości, a jej interesy ustępowały przed interesami rządzącej mniejszości – najczęściej jakiejś kasty uprzywilejowanej ekonomicznie.

Ale właśnie ci ludzie, którzy na demokracji zyskali, wcale jej sobie nie cenią. Nie zależy im specjalnie na tym, by ich interesy były reprezentowane, ani żeby mieli podmiotowy udział w rządzeniu.

Okazuje się, że samorządność nie jest tak bardzo atrakcyjna, jak się wydaje – wymaga myślenia, zaangażowania, brania odpowiedzialności za własne sprawy. Dlatego większość całkowicie zadowala się tym, że jej interesy są w jakimś stopniu zabezpieczone. Ale „zabezpieczone” to nie to samo, co „reprezentowane”.

Z punktu widzenia większości – czyli adresatów i beneficjentów demokracji – istotne jest to, by życie było bezpieczne i względnie zasobne, to zaś, czy taki stan rzeczy zapewnia władza demokratycznie wybrana, czy może jakaś dziedziczna monarchia, ma znaczenie drugorzędne.

To bardzo frustrujące, że lud zwykle za bardzo nie ceni demokracji i niezbyt chętnie z niej korzysta. Owszem, ceni sobie wolność, ale wolność od ucisku, nie zaś wolność zrzeszania się w partie polityczne i prowadzenia walki wyborczej. Zdecydowanie te sprawy nie należą do priorytetów mas, a wraz z tym niezbyt ważne są dla nich wartości konstytucyjne, wszelkie prawa i swobody polityczne oraz inne zasady demokracji liberalnej.

Tylko w takich krajach, gdzie zasady te wpaja się obywatelom od dziecka, za pomocą środków analogicznych do wychowania religijnego i patriotycznego, większość społeczeństwa jest uwrażliwiona na wartości polityczne, na czele z wolnością, równością i praworządnością. Tak jest na przykład w USA. Ale to raczej wyjątek.

W większości społeczeństw formalnie demokratycznych ogół, zwany narodem, nie jest szczególnie przywiązany do swych konstytucyjnych uprawnień, a tym samym do demokracji jako pewnej części tych uprawnień, a zarazem warunku zachowania pozostałych. Relacje między posiadaniem praw osobistych a posiadaniem praw politycznych – składających się na demokrację – nie są dla społeczeństwa czytelne. W przeciwieństwie do idei plebiscytarnej, która wprawdzie blisko wiąże się z demokracją, lecz bynajmniej jej nie wyczerpuje.

Idea plebiscytarna głosi, że lud ma prawo wyrazić swoją wolę w wyborach, wyłaniając rząd, któremu powierzy władzę nad sobą. Zadaniem tej władzy jest „rządzić”, czyli wydawać polecenia, w imię dobra większości, bez żadnych specjalnych względów dla mniejszości, która nie przyłączywszy się do woli większości, co najmniej „nie miała racji”, jeśli wręcz nie „zdradziła”.

Emocja plebiscytarna, towarzysząca wszelkim przejawom demokracji bezpośredniej, jest silnym, konsolidującym zbiorowym przeżyciem, które wszystkie ludy cenią sobie od zarania dziejów. Chyba nie było plemienia, które by go nie znało. Ta pierwocina demokracji jest rzeczywistością polityczną (raczej „prapolityczną”) znacznie trwalszą niż liberalna demokracja, oparta na nieustających negocjacjach między wolnym społeczeństwem a wymiennym, kadencyjnym rządem, który jest powoływany na określony do wykonania powierzonych mu zadań i ma ograniczone prerogatywy.

 „Rząd do wynajęcia” to z pewnością nie jest powszechny ideał polityczny, zakorzeniony w sercach i umysłach wyborców. Dlatego w walce o władzę obrońcy liberalnej demokracji na dłuższą metę nie mają dużych szans z tymi, którzy oferują transmisję woli powszechnej, podając się za „emanację suwerenności ludu”, a tym samym za jego „organiczną reprezentację”.

Jako że lud nie wie, na czym polega różnica między demokracją a plebiscytem, chętnie oddając władzę w ręce „liderów suwerenności”, czyli w praktyce – w ręce cynicznych demagogów grających na niskich emocjach i podsycających wspólnotowe poczucie mocy. Paradoksalnie, demokracja jest znakomitą płaszczyzną ustrojową i prawną dla jej wrogów, którzy mogą ją bezkarnie wykorzystać po to, by ją w czasie swych rządów rozmontować. Robili to wielokrotnie w różnych częściach świata i robią to również dziś – od Brazylii po Węgry.

A obrońcy demokracji? Cóż, jawią się oni jako nudziarze bez tożsamości, elity udające przyjaźń z narodem, karierowicze odwołujący się do abstrakcyjnego pustosłowia. Co gorsza, nieraz nawet i tak bywa.

Najsilniejsza więź narodu z państwem nie występuje w warunkach demokratycznych, lecz w ustroju autorytarnym, w którym rząd liczy się z potrzebami i emocjami mas. Tylko władza o silnym przywództwie, władza autorytatywna i patriarchalna może budzić podziw. A gdy już brakuje podziwu, w sukurs idzie jej strach, z efektem analogicznym – władza autorytarna jest stabilna i trwała.

Władza demokratyczna zaś jest labilna i słaba. Z definicji jest – bo powinna być! – nieustannie podważana i atakowana. To się nie może podobać ludziom, których żywiołem nie jest debata publiczna i walka polityczna, lecz codzienność i życie rodzinne.

Oto i nasza sytuacja. Przez jakiś czas rządziły Polską elity odwołujące się do wartości liberalno-demokratycznych, aż wreszcie przyszedł czas, by naród użył kartki wyborczej do odsunięcia tych elit, razem z niepotrzebną mu demokracją. Naród wybrał plebiscyt i odnalazł ojca. Ojca Jarosława.

Jeśli jesienią rytuał wyborczy, czyli ludowy wiec, zorganizowany z powodów technicznych jako wybory do parlamentu, potwierdzi panowanie Ojca Narodu, Jarosława, Polska stanie się nareszcie normalnym krajem, czyli jedną z wielu oligarchii o quasi-feudalnym ustroju politycznym. I czemu tu się dziwić?

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES