Kultura
233 wydarzenia w 2025 r. Cavatina Hall zmieniła muzyczną Europę
13 stycznia 2026

Amerykańska operacja w Caracas wyglądała jak pokaz absolutnej dominacji. Jednak zanim Delta Force stała się symbolem perfekcji, musiała przejść przez jedną z największych kompromitacji w historii USA. Ta historia zaczyna się na irańskiej pustyni i tłumaczy, dlaczego dziś Amerykanie potrafią robić rzeczy pozornie niemożliwe.
Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nikt mnie nie zatrzymał, przeszukał, czy choćby zajrzał do plecaka. Żadnych pozwoleń, żadnego sprawdzania dokumentów, podstawowych pytań: „Kim jesteś? Co cię tu sprowadza?”. Znajomy w randze kapitana po prostu przeprowadził mnie obok posterunku wartowniczego i w ten prosty sposób znalazłem się na terenie bazy wojskowej w centrum Caracas.
Moje zdziwienie tylko wzrosło, gdy zobaczyłem, jak wygląda „dyscyplina” służących tam żołnierzy. Mężczyźni w mundurach snuli się po bazie, żartowali – bardziej przypominało to fiestę w kolorach khaki niż element sprawnie działającej machiny wojennej. Po tym, gdy obszedłem już całą bazę, znajomy zawołał kierowcę i kazał mu przyprowadzić wojskowe auto – to był mój ostatni dzień pobytu w Wenezueli, więc musiałem się dostać na stołeczne Aeropuerto Internacional Simón Bolívar, skąd miałem wrócić do Europy.
Byłem bardzo wdzięczny mojemu znajomemu za jego troskę. Kapitan chciał się upewnić, że gość z zagranicy dotrze na pokład samolotu w jednym kawałku.
Caracas to jedno z najniebezpieczniejszych miast na świecie i człowiek wyglądający jak „gringo” bardzo łatwo może tu paść ofiarą ataku (w zeszłym roku tygodnik The Economist umieścił stolicę Wenezueli na pierwszym miejscu swojego rankingu najgorszych miast do życia; Caracas „wyprzedziło” w nim m.in. Kijów i Damaszek). Tak wyglądały realia garnizonu w Caracas, gdy byłem tam ostatni raz – Hugo Chávez właśnie zmarł na raka, a Nicolás Maduro rozpoczynał swoją pierwszą kadencję.

O wizycie w bazie wojskowej i transporcie na lotnisko przypomniałem sobie, gdy usłyszałem o akcji amerykańskich komandosów, którzy wdarli się do centrum Caracas, wyciągnęli Maduro i jego żonę z ich sypialni i przewieźli małżonków do aresztu w Nowym Jorku. Okazało się, że w trakcie tej nieprawdopodobnej operacji specjalnej zginęło kilkudziesięciu żołnierzy, którzy ochraniali parę „prezydencką” (Maduro sfałszował ostatnie wybory, które ewidentnie przegrał).
Nie byli to jednak żołnierze wenezuelscy, lecz Kubańczycy. Dla każdego, również dla chavistowskiej „elity” władzy, oczywiste jest, że skorumpowana, rozprzężona wenezuelska armia nie byłaby w stanie zapewnić reżimowi prawdziwej ochrony. I dlatego, zamiast otaczać się swoim fatalnym wojskiem, Maduro sięgnął po kubańskich „pretorian” – świetnie wyszkolonych i wyposażonych komandosów, których reżim w Hawanie chętnie wysłał na kontynent, by strzegli chavistowskiego sojusznika zapewniającego wyspie tanie paliwo.
Maduro mógł się czuć bezpiecznie. Wprawdzie Amerykanie od września ściągali w pobliże Wenezueli coraz większe siły – niedawno do tej armady dołączył lotniskowiec – ale przecież przywódca chavistowskiego reżimu chroniony był na terenie Fuerte Tiuna, wielkiej bazy wojskowej w Caracas, w specjalnie przystosowanym budynku z wielopoziomowymi systemami bezpieczeństwa, otoczony setkami kubańskich „goryli”.
Dodatkowo cały ten teren ochraniany był nowoczesnymi systemami przeciwlotniczymi kupionymi od zaprzyjaźnionej Rosji i Chin. Jednak była to tylko iluzja bezpieczeństwa. Amerykanie wysłali bowiem przeciw kubańskim komandosom swoich najlepszych specjalistów od zabijania – Delta Force. Jednostkę, która znana jest z dokonywania rzeczy niemożliwych.
Cała akcja trwała 2 godziny 20 minut. Amerykański prezydent dał „zielone światło” dla misji w ostatni piątek tuż przed 23. Trzy godziny później mieszkańcy Caracas kręcili już filmiki, na których widać eksplozje w różnych miejscach stolicy i „konwój” helikopterów zmierzających jak cienie na bardzo niskim pułapie w kierunku centrum stolicy.
– To, co oni zrobili w Caracas, to jest absolutne mistrzostwo. Delta Force to legenda wśród sił specjalnych na całym świecie. Zdarzały się sytuacje, gdy kilku żołnierzy tej jednostki potrafiło obronić się przed ponad setką wrogów
– mówi w rozmowie ze mną Andrzej, oficer Wojska Polskiego, który służył w Jednostce Wojskowej Komandosów w Lublińcu (pozostaje w służbie czynnej, więc prosi o anonimowość).
I dodaje:
– Delta Force to elita wśród elity sił specjalnych, ale oprócz niesamowicie skutecznych żołnierzy, ta jednostka ma też na wyposażeniu swoje własne helikoptery i pilotów, którzy są szkoleni do wykonywania lotów w skrajnie trudnych warunkach. I to właśnie na Delta Force wzorował się nasz Grom, który też ma swoje własne helikoptery i pilotów.
Co konkretnie oznacza hasło „elita wśród elity”, które bardzo często słyszy się w kontekście tej amerykańskiej jednostki specjalnej? M.in. to, że bazą rekrutacyjną dla Delta Force są wyspecjalizowane jednostki specjalne US Army (Delta to część armii w przeciwieństwie do ich konkurencji – Sealsów – którzy należą do US Navy), jak Zielone Berety czy Rangersi.
I tylko najlepsi żołnierze tych jednostek, mający odpowiednio duże doświadczenie bojowe, mogą starać się o przydział do Delta Force (zazwyczaj o jedno miejsce ubiega się 10 zaprawionych komandosów). Co ciekawe, oficjalnie US Army w ogóle nie przyznaje, że taka jednostka istnieje.
To właśnie Delta Force brała udział w bardzo głośnych amerykańskich akcjach specjalnych jak choćby inwazja na Panamę (Maduro trafił do USA w podobnych okolicznościach jak panamski dyktator Manuel Noriega) czy bitwa w centrum Mogadiusz, która została opowiedziana w słynnym filmie „Helikopter w ogniu”.
Eric L. Haney, były żołnierz Delta Force, w swojej autobiografii Inside Delta Force („Delta Force od wewnątrz”) opisuje m.in. ekstremalne ćwiczenia, jakim poddawani są jej żołnierze. Haney wspominał m.in. jak pewnego razu dowódca zlecił mu przedostanie się do bazy sił powietrznych, i wykradnięcie pewnego elementu.
Żeby jeszcze utrudnić zdanie, w sprawę wciągnięte zostało FBI, które miało poszukiwać grupę ludzi zamierzających wedrzeć się do bazy. Na koniec jednak, jak opisuje to Haney, to żołnierze Delty byli górą.

− To oczywiście wyglądało niesamowicie spektakularnie i cała ta akcja w Caracas na pewno przejdzie do historii jako jedna z najlepszych akcji specjalnych w historii, ale musimy też pamiętać, że Delta Force, która faktycznie jest elitą elit, nie działa w próżni. Bo w prawdziwym życiu to nie wygląda tak jak w kinie, że przychodzi jeden James Bond i wszystko załatwia sam.
– mówi w rozmowie ze mną gen. Roman Polko, były dowódca jednostki Grom.
– W Caracas widzieliśmy, jak Amerykanie potrafili rozpracować przeciwnika, oślepić go i powalić na kolana. Cała machina wojskowo-wywiadowcza USA zrobiła tu świetną robotę. Rosjanie chcieli zrobić coś podobnego w przypadku Ukrainy, ale tu widać przepaść między rosyjskimi i amerykańskimi siłami zbrojnymi. Amerykanie pokazali im, jak powinna wygląda finezyjna operacja.
Gen. Polko przypomina przy tym, że niesamowita skuteczność Delta Force to wynik doświadczeń, które nierzadko były bardzo gorzkie. W 1980 r. tuż po utworzeniu tej jednostki, jej żołnierze brali udział w spektakularnej katastrofie, która ośmieszyła USA w oczach świata. Amerykanie chcieli wówczas uwolnić personel swojej ambasady w Teheranie, która rok wcześniej została zaatakowana.
Amerykańscy dyplomaci byli propagandową bronią w rękach reżimu ajatollaha Chomejniego, więc Jimmy Carter, ówczesny prezydent Ameryki, zdecydował się w końcu sięgnąć po Delta Force, powołaną do życia trzy lata wcześniej przez płk. Charliego Beckwitha.
Ten wywodzący się z Zielonych Beretów oficer długo przekonywał kierownictwo Pentagonu, że Amerykanie potrzebują jednostki tak wyspecjalizowanej jak brytyjski SAS (Special Air Service), która byłaby w stanie nie tylko eliminować świetnie bronione cele, ale również m.in. uwalniać zakładników (terroryzm w latach 70. stawał się coraz większą plagą). W końcu władze USA zgodziły się na plan płk. Beckwitha i zaczął on zbierać w US Army najlepszych, najtwardszych komandosów.
Jednym żołnierzy, którzy pomagali płk. Beckwithowi budować Delta Force był major Logan Fitch, który w 1980 r. brał udział w nieudanej akcji odbicia zakładników z ambasady w Iranie (kryptonim „Orli Szpon”). Miałem okazję rozmawiać z mjr. Fitchem na ten temat.
− Oficjalnie zostaliśmy powołani do życia w 1977 r., ale dostaliśmy jeszcze dwa lata, żeby znaleźć, wyszkolić i wyekwipować naszych żołnierzy. Zgodnie z planem mieliśmy być gotowi do akcji w październiku 1979 r. Przejrzeliśmy przez ten czas 10-15 tysięcy teczek osobowych najlepszych żołnierzy w naszych siłach zbrojnych. W październiku 1979 r. mieliśmy około dziewięćdziesięciu w pełni wyszkolonych komandosów
– mówił w rozmowie ze mną mjr Fitch.
Gdy Delta Force została wytypowana do przeprowadzenia akcji odbicia przetrzymywanych dyplomatów, jej żołnierze ćwiczyli szturm w zbudowanej na poligonie kopii ambasady. Podobnie było w przypadku akcji w Caracas – komandosi z Delty na pamięć znali więc rozkład pomieszczeń w pancernej (jak się mogło wydawać) rezydencji Maduro.
Jednak gdy komandosi wylądowali już na irańskiej pustyni, w miejscu nazwanym „Desert One”, kilkaset kilometrów na południowy-wschód od Teheranu, szybko zaczęły się piętrzyć problemy, które ostatecznie doprowadziły do katastrofy.
Najpierw, na skutek problemów technicznych do „Desert One” nie dotarły dwa helikoptery, a potem jeszcze okazało się, że jedna z maszyn nie może brać udziału w misji. Z planowanych ośmiu helikopterów tylko pięć było do dyspozycji Delta Force, więc trzeba było odwołać całą operację – helikoptery i wielkie transportowe herkulesy miały za chwilę odlecieć. I wtedy zdarzyło się najgorsze.
– Gdy siedzieliśmy w herkulesie i czekaliśmy na start czuliśmy się totalnie rozbici decyzją o przerwaniu misji. Mieliśmy jednak jeszcze nadzieję, że uda nam się wrócić na „Desert One” kolejnej nocy
– wspominał mjr Fitch.
– Herkules to bardzo głośna maszyna. Usłyszałem dwa wybuchy. Byłem przekonany, że zostaliśmy zaatakowani. Momentalnie chwyciłem za broń i rzuciłem się do pomocy przy otwieraniu tylnych lewych drzwi samolotu. Na zewnątrz szalało już piekło. Potem staraliśmy się opuścić rampę, ale ona też stała już w płomieniach. W końcu udało nam się otworzyć tylne prawe drzwi i zaczęliśmy wyskakiwać jeden po drugim. Gdy wydostałem się z samolotu, odbiegłem od niego na odległość ok. 50 metrów. Wciąż myślałem, że zostaliśmy zaatakowani. I wtedy zobaczyłem helikopter wbity w nasz samolot… To był koniec misji odbicia zakładników.
Nie było już mowy o powrocie do Iranu – katastrofa na pustyni pogrzebała misję odbicia zakładników i sprawiła, że wrogowie Ameryki, na czele z Teheranem, skakali z radości.
Mjr Fitch tłumaczył mi, że głównym problemem był swoisty miszmasz jednostek biorących udział w tej operacji.
– To była misja stworzona ad hoc. Generał, który ją zorganizował nic nie wiedział na temat jednostek, którymi miał dowodzić – mówił mjr Fitch. – Kolegium Połączonych Szefów Sztabów postanowiło, że wszystkie gałęzie sił zbrojnych powinny wziąć udział w „Orlim Szponie”. Uważano, że po odniesieniu sukcesu wszystkich będzie można obdzielić chwałą.
Okazało się, że był to fatalny pomysł. Piloci helikopterów nie byli wyselekcjonowaną grupą zdolną do wykonywania misji w najtrudniejszych warunkach. W pewnym sensie byli to nieco przypadkowi piloci wojskowi. Od tej pory taka sytuacja jest już nie do pomyślenia – Delta Force od fiaska „Orlego Szponu” ma swoje własne helikoptery i pilotów.
Amerykanie powołali też Dowództwo Operacji Specjalnych, które miało lepiej koordynować takie misje. Jak pokazała to ostatnia akcja w Caracas – amerykańskie siły specjalne przeszły bardzo długą drogę od czasu katastrofy w „Desert One”.
Warto przeczytać również: Upadek Secret Service. Jak stawianie na „różnorodność” zabija profesjonalizm służb
Udanych zakupów!
Księgarnia Holistic News