Nauka
Żyliśmy z nią przez lata. Może pomóc w leczeniu Alzheimera
11 marca 2026

Najpierw był tylko kolejny zakład w internecie. Pytanie brzmiało: czy do 2027 roku gdziekolwiek na świecie eksploduje broń jądrowa? Gdy napięcia geopolityczne zaczęły rosnąć, tysiące użytkowników zaczęło kupować kontrakty. W pewnym momencie rynek wyceniał ryzyko detonacji na jedną czwartą. Wtedy pojawiło się pytanie, którego nikt wcześniej nie zadawał: czy takie zakłady w ogóle powinny istnieć?
Kontrowersyjny zakład o wybuch jądrowy sprawił, że na początku roku zrobiło się głośno o rynkach predykcyjnych. Zakład pojawił się na internetowej platformie Polymarket, na której użytkownicy obstawiają wyniki realnych wydarzeń. Zakres zakładów jest bardzo szeroki — od wyborów i danych ekonomicznych po konflikty zbrojne czy nawet pogodę. Zamiast kupować akcje firm, inwestorzy kupują „akcje” konkretnego scenariusza, np. „TAK, Jezus Chrystus powróci przed 2027 rokiem” albo „NIE, Trump nie wygra wyborów”.
Każdy zakład jest opisany pytaniem, a użytkownicy kupują kontrakty „TAK” lub „NIE”. Cena odzwierciedla rynkowo wyceniane prawdopodobieństwo. Jeśli wydarzenie się spełni – inwestor wygrywa, jeśli nie – traci zainwestowane pieniądze. Po drodze kontrakty można odsprzedać, jeśli ich cena wzrośnie. Wysokość wygranej zależy od ceny kontraktu i jego wartości przy rozliczeniu.
PRZYKŁAD: Prawdopodobieństwo danego zdarzenia oceniane jest na 30 proc. To oznacza, że kontrakt ma wartość 0,30. Kupujesz 100 kontraktów na „TAK”. Łączna stawka wynosi więc 30 (100 x 0,30 = 30). Jeśli zdarzenie się ziści, kontrakt rozliczany jest po pełnej stawce (100 x 1 = 100). Zysk w takim przypadku wyniesie 70 (100 – 30 = 70).
Cenę kontraktu wyznacza zazwyczaj sam rynek, czyli inni uczestnicy, poprzez kupno i sprzedaż kontraktów. W praktyce każdy, kto kupuje daną opcję podbija jej cenę, a każdy kto ją sprzedaje, przyczynia się do obniżenia ceny. W efekcie cena w danym momencie to kompromis między wszystkimi kupującymi i sprzedającymi – ich wiedzą, emocjami i gotowością do ryzyka. To sprawia, że rynki tego typu działają na styku hazardu, analizy danych i crowdsourcingu prognoz.
Kontrowersyjny zakład funkcjonował pod nazwą „Nuclear weapon detonation by…?” („Detonacja broni jądrowej do…?”). Inwestorzy mogli obstawiać, czy do określonych dat (31 marca, 30 czerwca lub przed 2027 rokiem) w jakimkolwiek miejscu na świecie dojdzie do detonacji broni jądrowej. Pieniądze zostałyby wypłacone, jeśli doszłoby do wybuchu jądrowego w wyniku ataku, testu albo nawet przypadkowego zdetonowania głowicy.
Zakład wypracował obrót przekraczający 800 tys. dolarów. W momencie eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie użytkownicy wyceniali szansę detonacji nuklearnej przed końcem roku na ok. 22–24 proc. Nie był to pierwszy tego typu zakład. Podobne funkcjonowały już w 2023 i 2025 roku, generując wolumen obrotu przekraczający nawet 1,7 mln dolarów.
W tym przypadku zakład o wybuch jądrowy nałożył się na eskalację konfliktu z udziałem USA, Izraela i Iranu, czyli państw posiadających lub podejrzewanych o posiadanie broni jądrowej. Do tego doszły podejrzane transakcje związane z innymi zakładami wojennymi Polymarketu. Wszystko to sprawiło, że w sieci pojawiły się komentarze oskarżające Polymarket o stworzenie rynku, który „monetyzuje atak nuklearny”. Podnoszono przy tym, że z takiego rynku mogą korzystać osoby z dostępem do poufnych informacji o planowanych działaniach wojskowych.
Polymarket stworzył rynek, który mógłby zarabiać na ataku nuklearnym, w obliczu rosnących obaw, że do zakładów dochodzi wśród osób z rządu mogących podejmować decyzje wojskowe.
– napisał na platformie X, dziennikarz David Sirota.
Po tym, jak krytyka zaczęła się nasilać, 4 marca Polymarket po cichu wycofał zakład. Strona zaczęła wyświetlać komunikat „This event has been archived”, a użytkownicy stracili możliwość dalszego handlu. Platforma nie wydała żadnego oficjalnego oświadczenia w tej sprawie.
Wydaje się całkiem oczywiste, że nie powinniśmy obstawiać, czy w konflikcie zostanie użyta broń jądrowa. Jakakolwiek niewielka korzyść, jaką moglibyśmy uzyskać z poznania prawdopodobieństwa takiego zdarzenia, jest niwelowana przez to, jak straszne jest pozwalanie ludziom spekulować na taki wynik.
– powiedział analityk rynków predykcyjnych Dustin Gouker w wywiadzie dla Decrypt .
Zakład o wybuch jądrowy nie był jedynym, który wzbudził kontrowersje. Polymarket i konkurencyjny Kalshi oferowały m.in. zakłady dotyczące odsunięcia od władzy przywódców takich jak Ali Chamenei czy Nicolás Maduro. Wcześniej pojawiały się też zakłady dotyczące ataków na konkretne cele w Iranie, prawdopodobieństwa wojny na pełną skalę w różnych regionach świata czy ryzyka nuklearnej eskalacji w konflikcie rosyjsko ukraińskim.
Podejrzenia budzą wygrane jakie padały w niektórych z tych zakładów:
Na Polymarket od dawna ma oko amerykańska Komisja ds. Handlu Kontraktami Terminowymi na Towary (CFTC). Platforma była już wcześniej karana, co zmusiło ją do ograniczenia dostępu dla użytkowników z USA. Teraz CFTC rozważa wprost zakaz kontraktów na wydarzenia takie jak wojna, terroryzm czy zabójstwa polityczne. Nowe reguły miałyby uniemożliwić licencjonowanym podmiotom oferowanie zakładów, które są „sprzeczne z interesem publicznym”.
Kontrowersje wokół zakładu o wybuch jądrowy pokazują, że rynki predykcyjne weszły w rejony, gdzie zderzają się ekonomia, etyka i polityka bezpieczeństwa. Dla wielu osób nie do przyjęcia jest dysonans między powagą zdarzenia a okazją do hazardu i zarabiania pieniędzy. Ich zdaniem obstawianie śmierci, zamachów czy ataków nuklearnych normalizuje myślenie o tragediach jako okazji inwestycyjnej.
Przeciwnicy tego typu zakładów zwracają też uwagę na kwestie bezpieczeństwa. Rynki predykcyjne mogą dawać sygnały o planowanych działaniach militarnych, jeśli handlują na nich osoby dysponujące poufną wiedzą. Niepokojąca jest też myśl, że istnieje szansa na to, że ktoś spróbuje wpłynąć na wynik zakładu przy użyciu broni jądrowej. Choć jest ona skrajnie mała, sam fakt istnienia finansowego interesu w globalnej katastrofie dla wielu jest nie do zaakceptowania.
Z drugiej strony, zwolennicy rynków predykcyjnych podkreślają, że to jedno z najlepszych narzędzi do zbierania rozproszonej wiedzy. Ludzie obstawiają nie to, co deklarują w sondażach, tylko to, na co są gotowi postawić własne pieniądze. Stąd kursy na takich rynkach często trafniej przewidują wyniki wyborów czy decyzje banków centralnych niż prognozy ekspertów. W efekcie społeczeństwo zyskuje lepszą ocenę sytuacji i jest mniej podatne na propagandę.
W kontekście zakładów na wojnę i katastrofy zwolennicy rynków predykcyjnych argumentują, że możliwość „wycenienia” ryzyka nuklearnego czy wybuchu konfliktu zmusza polityków i opinię publiczną do zmierzenia się z twardymi liczbami, zamiast żyć w przekonaniu, że „to się na pewno nie wydarzy”.
Wycofanie zakładu na wybuch jądrowy nie oznacza końca rynków predykcyjnych. Może wyznaczyć jednak granicę, której branża będzie musiała nauczyć się nie przekraczać. Albo przynajmniej robić to bardzo ostrożnie.
Można się spodziewać, że platformy będą ostrożniej podchodzić do rynków związanych z wojną, terroryzmem i masową przemocą. Zamiast tego skoncentrują się na polityce, gospodarce czy nauce, czyli obszarach, gdzie wynik nie jest równoznaczny z tragedią tysięcy ludzi.
Dla obserwatorów, regulatorów i samych użytkowników sprawa nuklearnego zakładu na Polymarkecie pozostanie ważnym precedensem. Pytaniem o to, czy w dzisiejszych czasach potrafimy jeszcze powiedzieć: „tego nie obstawiamy”.
Przeczytaj również: Najgorszy wynik w historii. Zegar Zagłady pokazuje 85 sekund do północy
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: