Zakładnicy kruchej nadziei

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Bonifacio Salgado z żoną Lirą przez dwie dekady mieszkali w regionie, zagrożonym działalnością guerilli. Brat mężczyzny zginął w trakcie próby porwania przez bojowników FARC (IVAN VALENCIA / WASHINGTON POST / GETTY IMAGES)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 8 minut

Na pokój czekali ponad pół wieku. Gdy został ogłoszony, wstrzymali oddech. Trzy lata po podpisaniu historycznego porozumienia z FARC część Kolumbijczyków boleśnie przekonuje się, że „wygrać pokój” jest równie trudno, co wygrać wojnę

W Catatumbo, w północno-wschodniej Kolumbii, dzieci boją się wychodzić z domu, by nie znaleźć się w centrum strzelaniny. Ci, którzy mają szczęście, tylko słyszą dźwięk latających kul. Ci, którzy szczęścia nie mają, w najlepszym razie obrywają rykoszetem. Niebezpiecznie jest nawet w okolicy szkolnych podwórek.

Przekonał się o tym Alejandro (imię zmienione), 34-letni nauczyciel z jednej ze szkół w regionie. W lutym tego roku stracił stopę w eksplozji. Twierdzi, że była to mina przeciwpiechotna. Był wtedy zaledwie 15 metrów od boiska, na którym uczniowie grali w piłkę. Jego historię opisuje w swoim najnowszym raporcie organizacja Human Rights Watch. „Ci, którzy biorą udział w tym konflikcie, nie cierpią tak, jak my, farmerzy” – mówi w rozmowie z HRW. „To my płacimy za konflikt, który oni zaczęli” – dodaje. 

Eskalacja wojny o wpływy

Chodzi o brutalną walkę o kontrolę nad tysiącami hektarów koki, toczoną przez bojówki, które chcą wypełnić przestrzeń pozostawioną przez FARC. W 2016 r. to najbardziej znane kolumbijskie ugrupowanie partyzanckie podpisało z władzami w Bogocie porozumienie pokojowe, na mocy którego kilkanaście tysięcy bojowników miało złożyć broń.

Krótko po tym swój czas wyczuła Armia Wyzwolenia Narodowego (ELN) oraz lokalna Ludowa Armia Wyzwolenia (EPL), które toczą dziś zażarty bój o wpływy. W grze nadal pozostaje część byłych członków FARC, którzy albo zignorowali porozumienie pokojowe, albo uznali, że rząd nie wywiązuje się z jego ustaleń i bardziej opłaca im się intratny handel narkotykami.

Kolumbijski żołnierz zabezpieczający uroczystość kończącą rok szkolny. W specjalnym programie edukacyjnym zorganizowanym w mieście Tame uczestniczyli byli bojownicy FARC (LOKMAN ILHAN / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGES)

Pod koniec sierpnia były komendant FARC Iván Márquez, stojąc obok innych byłych dowódców, zapowiedział „nowy etap walki zbrojnej”. Márquez , jeden z kluczowych negocjatorów umowy pokojowej, z czasem zaczął wątpić w jej realizację, a w zeszłym roku zaginął bez wieści. Teraz w specjalnym nagraniu wideo nie pozostawił złudzeń, że szykuje nową ofensywę w odpowiedzi na „pogwałcenie przez państwo” porozumienia z Hawany. Co więcej, chce koordynować swoje działania z ELN. Grupa bojowników pod jego dowództwem może liczyć nawet 2,2 tys. osób.

Pogarszająca się sytuacja sprawia, że coraz więcej mieszkańców Catatumbo opuszcza swoje domy. Od 2017 r. na ucieczkę zdecydowało się ponad 40 tys. osób – w obawie przed morderstwami, porwaniami i przemocą seksualną. Według OCHA (United Nations Office for the Coordination of Humanitarian Affairs) tylko w zeszłym roku z rąk bojówek zginęło 109 cywilów.

Głęboka rana na psychice narodu

Władze w Bogocie próbują siłą odpowiadać na przemoc, m.in. zwiększając liczbę żołnierzy w regionie, ale te działania nie przynoszą wymiernych rezultatów. Jak na ironię tereny, które dla wielu Kolumbijczyków są piekłem na ziemi, dla ich wenezuelskich sąsiadów wydają się obietnicą końca ich własnego koszmaru.

Codziennie przez granicę przedzierają się tysiące zdesperowanych migrantów z Wenezueli, którzy uciekają przed biedą, głodem i szalejącą przestępczością. Los, jaki zgotował im prezydent Nicolás Maduro, stał się nie do zniesienia, a nadzieje na obalenie reżimu wiązane z przywódcą opozycji Juanem Guaidó na razie okazały się płonne.

Tułaczka przez Catatumbo jest jednak bardzo niebezpieczna, a ci, którzy zdecydują się pozostać w regionie, ryzykują, że ich dzieci zostaną zwerbowane przez guerille lub trafią do pracy na polach koki. Na współpracę z narcos godzi się wielu biednych Kolumbijczyków, dla których uprawy to jedyne źródło utrzymania. I choć chętnie zrezygnowaliby z szemranego układu, nie widzą dla siebie alternatywy.

Jose Noe Rojas przez wiele lat uprawiał kokę, ale zrezygnował z udziału w procederze po tym jak władze, w ramach specjalnego programu, zapłaciły mu za wycofanie się z narkobiznesu. 52-latek zajmuje się obecnie ochroną malowideł na skale Cerro Azul, które są jedną z atrakcji turystycznych Kolumbii (SARAH L. VOISIN / WASHINGTON POST / GETTY IMAGES)

Rząd grozi chemicznym niszczeniem pól koki, nie oferując jednak niczego w zamian, a Kolumbia pozostaje największym producentem kokainy na świecie. Według Biura ds. narkotyków i przestępczości Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNODC) w zeszłym roku powierzchnia upraw wprawdzie nieco zmalała, ale – paradoksalnie – ilość produkowanej kokainy wzrosła.

Przykłady terroru w Kolumbii można mnożyć. W takich realiach trudno zerwać z kulturą przemocy i strachu, którą ten południowoamerykański kraj przesiąkł podczas dekad walk z zorganizowanymi grupami przestępczymi. Znajomi Kolumbijczycy przekonują mnie, że ich kraj bardzo się zmienił od czasów Pablo Escobara, ale jednocześnie przyznają, że morderstwa, porwania, gwałty i terror pozostawiły na narodzie głęboką, psychologiczną ranę. Nie brakuje też obaw o powrót konfliktu zbrojnego na szeroką skalę.

Najsłynniejsza zakładniczka świata

Za ofiary ponad półwiecznej wojny z FARC uznaje się około ośmiu milionów osób. Zdecydowana większość z nich to przesiedleńcy. Choć konflikt formalnie zakończył się w 2016 r., wiele jego ofiar do dziś nie może zapomnieć o traumatycznych przeżyciach.

„Doświadczenie związane z porwaniem było dla mnie ekstremalne” – mówi mi Íngrid Betancourt, kolumbijsko-francuska aktywistka i pisarka. Porwana w 2002 r., przez sześć lat była przetrzymywana przez komunistycznych partyzantów w obozie w dżungli. Jako polityk i kandydatka w wyborach prezydenckich była dla nich uosobieniem tego, z czym walczyli. „Do tego większość partyzantów to byli chłopi, wychowani w mentalności »macho«. Bycie kobietą w takiej grupie było dodatkową trudnością” – podkreśla Betancourt.

Członkowie guerilli grozili, że ją zabiją, ale i bez tych gróźb codziennie była narażona na śmiertelne niebezpieczeństwo. Dżungla, w której koczowali, była bardzo niebezpieczna. W każdej chwili mogło zwalić się stare drzewo, ziemia mogła się osunąć, a zwierzęta, które nie tolerowały intruzów, zaatakować.

Demonstracja po uwolnieniu Ingrid Betancourt więzionej 6 lat przez FARC. Paryż, 3 lipca 2008 r. (SIMONE ZANIOL / EMBLEMA / REPORTER)

„Przetrzymywano nas o tygodnie drogi od jakiejkolwiek wioski, nie widzieliśmy ani nieba, ani słońca, bo gęste drzewa wszystko zasłaniały. Wokół nas było mnóstwo jadowitych insektów, skorpionów, tarantul, anakond i jaguarów” opowiada.

Najsłynniejsza zakładniczka świata, jak mówi się o Betancourt, mogła liczyć na zainteresowanie mediów i władz jej losem. To ich zaangażowanie doprowadziło do uwolnienia kobiety w 2008 r. Wiele tysięcy anonimowych ofiar FARC i innych grup przestępczych z taką troską nigdy się nie spotkało.

Labirynt politycznej paranoi

Jeden z moich kolumbijskich znajomych, który nie chce ujawniać swojego imienia, kilka razy został porwany dla kradzieży. Moment, gdy w lesie przystawiono mu pistolet do skroni, wspomina jako najgorszy w życiu. I choć twierdzi, że to, co go spotkało nie równa się doświadczeniom innych Kolumbijczyków, do dziś żyje „w paranoi”.

Bogota to dla niego niebezpieczny labirynt. Trzeba wiedzieć, gdzie nie chodzić, by w ciemnych zakamarkach ulic nie trafić na lokalne gangi. Gdy odwiedziłam go trzy lata temu, zobaczyłam zastraszonego, zmarnowanego, zrezygnowanego człowieka, który nie widzi dla swojego kraju i rodziny dobrej przyszłości.

Było to na krótko przed referendum w sprawie porozumienia pokojowego wynegocjowanego z FARC przez rząd. Ówczesny prezydent Juan Manuel Santos, zachęcając do głosowania za przyjęciem układu, mówił o szansie na „zmianę biegu historii”. Czy szansa ta jednak jest dziś dobrze wykorzystywana? „Przemoc i zło nadal są tu nadal obecne” kwituje znajomy.

Prezydent Kolumbii i laureat Pokojowej Nagrody Nobla Juan Manuel Santos. Oslo, 10 grudnia 2016 r. (AFP PHOTO / NTB SCANPIX / VEGARD WIVESTAD GROTT / NORWAY OUT)

Nadal nie brakuje także wątpliwości co do samej umowy pokojowej. Została podpisana na fali międzynarodowego poparcia, ale wbrew stanowisku części Kolumbijczyków; gdy ci wahali się co do zapisów układu, Santosowi przyznano Pokojową Nagrodę Nobla. Gdy tuż przed referendum pytałam w Bogocie o ocenę umowy, jedni chwalili prezydenta, inni wytykali mu uległość wobec zbrodniarzy.

Ta druga grupa okazała się liczniejsza nie tylko w 2016 r. (50,2 proc. głosowało w referendum przeciwko umowie, 49,8 proc. było za), ale i podczas ubiegłorocznych wyborów prezydenckich. Zwyciężył w nich Iván Duque, obiecując m.in. zmiany w układzie pokojowym. Od początku stał za nim były prezydent Álvaro Uribe, najbardziej zagorzały przeciwnik umowy z FARC.

Taryfa ulgowa dla zbrodniarzy?

Największe kontrowersje od samego początku budziła bezkarność zbrodniarzy i otwarcie im drogi do politycznej kariery. Umowa przewiduje 20 lat więzienia dla tych, którzy nie chcą współpracować z władzami i osiem lat ograniczenia wolności dla tych, którzy przyznają się do winy. Takie rozwiązanie było nie do zaakceptowania dla wielu osób doświadczonych wojną. Bo jak ci, którzy są odpowiedzialni za śmierć ponad 220 tys. osób, mogą dostać nagle taryfę ulgową?

„W procesie pokojowym zawsze mówi się, że ofiary powinny być w jego centrum, ale by rzeczywiście była to prawda, musimy doprowadzić do tego, by członkowie FARC zostali osądzeni przez specjalny trybunał sprawiedliwości, nawet jeśli zasiadają w Kongresie” – podkreśla Íngrid Betancourt.

Obecność byłych bojowników w parlamencie także gwarantuje umowa pokojowa. W sierpniu 2017 r. FARC ze zorganizowanej grupy przestępczej przeobraził się w partię polityczną. Kilka miesięcy później byli członkowie guerilli wystawili nawet własnego kandydata na prezydenta. Gdy zaczęto ich wyzywać od terrorystów i morderców, musieli jednak wycofać się z kampanii.

Prezydent Duque od miesięcy zapowiada zaostrzenie zapisów układu. Dziś kwestionuje przede wszystkim te dotyczące specjalnego trybunału na rzecz pokoju (JEP), który według niego jest zbyt pobłażliwy dla zbrodniarzy. Przez rok od objęcia urzędu nie udało mu się jednak wiele zdziałać. Silne powiązanie umowy z poparciem społeczności międzynarodowej, a przede wszystkim słaba pozycja prezydenta w Kongresie (który już raz odrzucił proponowane zmiany) utrudniają wprowadzenie poprawek.

Ivan Duque w trakcie kampanii wyborczej. Bogota, 26 maja 2018 r. (LOKMAN ILHAN / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGES)

Krytycy prezydenta obawiają się, że podważyłyby one wiarygodność umowy i zachęciłyby kolejnych byłych członków FARC do powrotu na drogę zorganizowanej przestępczości. „Zamiast »ulepszać« porozumienie pokojowe, możemy sprawić, że stanie się ono niewiarygodne, nietrwałe i może nas ponownie popchnąć do wojny” – ostrzega Betancourt. Inni twierdzą, że polityka prezydenta ma na celu ukrycie zbrodni popełnianych przez armię kolumbijską, którymi także zajmuje się specjalny trybunał.

Człowieczeństwo w obliczu fali przemocy

W czasie gdy frustracja polityką rządu rośnie, także wśród byłych bojowników FARC, falę przemocy podkręcają inne partyzantki. Próby negocjacji pokojowych z ELN, na wzór tych z FARC, zakończyły się fiaskiem. Iván Duque zawiesił dialog rozpoczęty przez swojego poprzednika do momentu, aż lewicowa bojówka nie zaprzestanie aktów terroru. Prezydent oskarżył także reżim Nicolása Maduro o wspieranie ELN, która ma w Wenezueli rekrutować nieletnich.

Władze w Caracas mają też zapewniać schronienie buntownikom z FARC. Choć rząd Maduro oficjalnie temu zaprzecza, sam prezydent nie ukrywa, że liderzy FARC, których nazywa „przywódcami pokoju”, są w jego kraju „mile widziani”. Nie bez powodu podejrzewa się więc, że Iván Márquez nagrał wideo dotyczące powrotu do walki zbrojnej właśnie w Wenezueli i to tam przygotowuje się do nowej ofensywy. 

Wystawa „Historia przemocy” dokumentująca rozwój działalności karteli narkotykowych z Medellin i Cali, Bogota, 12 stycznia 2018 r. (JUANCHO TORRES / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGES)

Gdy pytam Íngrid Betancourt, jak w ciągu sześciu lat porwania zdołała zachować nadzieję, odpowiada, że tym, co ją trzymało przy życiu, była miłość. Po pierwsze, miłość dzieci i rodziny, która dawała jej siłę przetrwania. „Nakładała na mnie obowiązek moralny, by się stamtąd wydostać, by przeżyć i móc wrócić do ludzi, którzy na mnie czekają i walczą o moje uwolnienie” – mówi. Po drugie, miłość, jaką otrzymała w dzieciństwie i całym późniejszym życiu.

„W momentach poniżenia i ogromnej przemocy porywacze próbowali złamać mój opór, negowali moją tożsamość, mówili do mnie, używając liczb, a nie po imieniu, obrażali mnie, przywiązywali do drzewa i stosowali fizyczną przemoc. W tych momentach wspomnienie miłości, jaką otrzymałam w życiu, pomagało mi nie zapominać o tym, że wciąż mam godność istoty ludzkiej” – podkreśla Betancourt.

I wreszcie, pomogła jej pewność miłości Boga. „Podczas porwania Bóg stał się moim głównym rozmówcą i ogromnym źródłem nadziei. Pewność tej miłości pomogła mi zachować optymizm, nawet w obliczu zagrożenia” – dodaje.

Czekając na zmianę

Mimo obaw i strachu część Kolumbijczyków szuka na własną rękę sposobów, by nie stracić nadziei. Ostrożny optymizm dużo łatwiej dostrzec jednak wśród mieszkańców Bogoty niż w epicentrum walk, przy granicy z Wenezuelą. „Fale najgorszego terroru już za nami, jest silna wola do naprawy i zmiany” – słyszę od Diego (imię zmienione), młodego mieszkańca stolicy, który kilka lat studiował w Europie. „Dopiero zaczynamy, ale początek już jest zmianą” – zauważa.

Mieszkańcy Catatumbo na tę zmianę wciąż czekają. 

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Zobacz również

IN THE ARTICLES