Zapraszamy do raju

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Ahmad Mohmammad, ojciec piątki dzieci, na ulicy miasta Zarka w Jordanii. W 2013 r. opuścił rodzinne miasto Homs, po tym jak w strzelaninie raniono jego córkę. Rodzina spędziła cztery dni w obozie w Zaatari zanim przeniosła się do mieszkania w Zarce. Wrzesień 2015 r. (SAM TARLING / CORBIS / GETTY IMAGES)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 11 minut

Jordania to czyściec. Największa na świecie poczekalnia dla Syryjczyków. Nie wracają do ojczyzny, która jest uznawana za jeden z krajów o najniższym poziomie przestrzegania praw człowieka

Mustafa, 24 lata, tragarz mięsa w ammańskiej dzielnicy uchodźców Al-Wehdat: „Na uchodźctwie możesz być kim chcesz. Dokumenty polewasz naftą, patrzysz, jak płonie dawne życie. Podszywasz się pod cudze historie. Ludzie gadają bez przerwy, słuchasz i lepisz z tego wiarygodny przekaz. Skąd możesz wiedzieć, czy to, co powiem, jest prawdą? Zacznijmy grę w prawdę czy fałsz.

Urodziłem się w Damaszku, nigdy nie podróżowałem. Nie widziałem Aleppo przed bombardowaniem ani po nalotach – tylko na zdjęciach w sieci. Prawda.

Świat płacze za zabytkami, a mnie to nie obchodzi. Po tym, co przeszedłem, już chyba nic nie czuję. Fałsz.

Historia o ucieczce z kraju. Słyszałem setki wersji. Moja jest nudna: spod granicy syryjsko-jordańskiej przewieźli nas autobusem pod bramy obozu dla uchodźców. To prawie jak wycieczka uchodźców-emerytów. Brakowało głosu pilota: »Dzień dobry, dotarli państwo do hotelu Riad Allażina (riad alllajiiyn z arabskiego: raj uchodźców). Zapraszamy na wypoczynek w imieniu rodziny królewskiej«. Fałsz.

Są tacy, co odnaleźli się w Zaatari. Dawni handlarze, ulicznicy, ludzie bez imion, teraz dostają drugą szansę. Żołnierze, którzy zabijali, dziś są wolontariuszami. Matki, które porzuciły dzieci, opiekują się sierotami.

Może dlatego ludzie sobie nie ufają. Mówi się, że wszędzie jest pełno szpiegów Asada. Fałsz? Powiesz coś nie tak, a po powrocie czeka cię więzienie. Prawda. Dlatego rozmawiamy o pogodzie i o tym, jak jest źle.

Uciekłem z Zaatari, przekupiłem strażnika. Prawda. Do Ammanu dojechałem w nocy. Jordańczycy pozwalają nam tu mieszkać, jeśli nie pojawiamy się ze swoją biedą w dobrych dzielnicach. Prawda.

Kiedyś zatrzymał mnie Jordańczyk, na oko w moim wieku, zabrał do domu i dał kilka swoich ubrań. »Może i jesteś uchodźcą, ale przynajmniej nikt się nie zorientuje« – powiedział. Prawda.

»Nigdzie nie macie tak dobrze jak u nas« – dodał. Fałsz? Prawda? Nie wiem, bo nigdzie indziej nie byłem”.

Tylko nie Zaatari

Mówią, że Syria jest zielona, rosną tam ogrody. Tak ją zapamiętali. W okolicach jordańskiego obozu Zaatari nie ma prawie nic. Ale oni tutaj, na tej pustyni 65 km od Ammanu, wyhodowali  kalafiory i pomidory. Jordańczycy nie dowierzają.

Nada, Rada i Um Ahmad to jedne z prawie 6 mln uchodźców z tego kraju (dane UNHCR z kwietnia 2019 r.).

Um Ahmad, 32 lata, opiekuje się dwójką dzieci, nielegalnie przebywa w Ammanie: „A my żyjemy, bo od razu wiedzieliśmy z mężem, jak to się skończy. Pierwsze trupy na ulicy i miałam przeczucie, że z tych ulic nic nie zostanie. Mówią, że wojnę przeżyje ten, który pierwszy się o niej dowie. Miałam dylemat: czy da się uciekać z dziecięcym wózkiem przez pustynię?”

Rada, 41 lat, mieszkanka Zaatari: „»Tylko nie Zaatari, tylko nie Zaatari« – powtarzałam setki razy, modląc się, żeby nas tu nie zabrali, jeszcze zanim wyruszyliśmy w drogę”.

Nada, 25 lat, pracuje w przedszkolu dla dzieci z traumą powojenną w Ammanie: „Do dziś pamiętam pierwszą noc w Zaatari. Nie jadłam przez dwa dni, żeby głód mącił mi w głowie. Chciałam zapomnieć”.

Jordania od dekad przyjmowała setki tysięcy uciekinierów z Palestyny, Iraku czy Egiptu, wyrabiając sobie reputację bliskowschodniej wyspy pokoju i miłosierdzia. Od początku wojny syryjskiej do Jordanii wjechało 650 tys. osób zarejestrowanych jako uchodźcy – uciekali pieszo, autobusami, na każdy sposób. To dane UNHCR. Jordański rząd doliczył się 1,3 mln osób. Część z nich umiejscowiono w obozach Zaatari i Azraq, ale większość żyje w miastach.

Rada: „Kiedy wybuchła rewolucja i ludzie wyszli na ulice przeciwko Asadowi, wszystkie prawa zostały zawieszone. Tacy wierzący muzułmanie, ale żadnych ludzkich odruchów. Strzelali, gwałcili, bombardowali. Ale to już słyszeliście”.

Um Ahmad: „Na początku 2013 r. mąż kupił bilet na samolot do Jordanii. Poleciał. Miał jasne zadanie: znaleźć pracę, wynająć pokój, ściągnąć nas do siebie. Mieliśmy uciekać, gdy tylko będzie dokąd. Nie zdążyliśmy przed nalotami. W grudniu na Aleppo spadała bomba za bombą. Z miasta wyszliśmy razem z innymi. Na rękach dwuletni Adnan, za mną rodzinne mury w ogniu. Granicę z Jordanią przekroczyliśmy pieszo, w marcu 2014 r.”.

Oto nowa Syria

„Cały naród buduje nową stolicę” – rzędy tysięcy kontenerów. Z lotu ptaka wyglądają jak kartony czekające na wysyłkę w wielkiej firmie kurierskiej. „Syrio, twe serce bije tutaj!” – napisał ktoś na ścianie jednego z nich. Nadawca nieznany. Całe miasto do wysłania. Adresaci? Unia Europejska, USA, Kanada.

Pola namiotowe pośrodku niczego, na sznurkach suszą się kolorowe ubrania przysłane z Zachodu, jakby pocztówki z obietnicą lepszego świata. Rada znalazła kiedyś karteczkę w kieszeni męskich spodni wyciągniętych z darów: „Dear refugee! From Berlin, with love” (Drogi uchodźco! Uściski z Berlina!).

Kilka chwil po nalocie rządowego lotnictwa na miasto Idlib w północnej Syrii, maj 2019 r. (MUHAMMAD SAID / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGES)

Rada: „Gdy pod koniec 2013 r. pierwszy raz przekroczyliśmy bramy obozu, mieszkało w nim 150 tys. ludzi, choć budowano go dla 60 tys. Nadano nam numery potrzebne do odbierania żywności i zasiłków”.

Um Ahmad: „Tysiące samotnych kobiet z dziećmi na rękach płakało pośrodku pustyni. Ale nie ja. Bo przewidziałam wojnę. Miałam pieniądze, kilka dni zajęło mi znalezienie jordańskiego urzędnika. Przewiózł nas do Ammanu, a na miejscu miał pomóc z dokumentami, załatwić stały pobyt. W końcu oszukał, był zwykłym przemytnikiem. Tak tu wylądowałam: spleśniały pokój-więzienie, ale żyliśmy, ja i mój kochany Abu Ahmad al-Halabi. Choć nie sądziłam, że jeszcze go zobaczę. Do Jordanii uciekało tysiące ludzi dziennie. W tym chaosie nie było miejsca na uczucia. Choćbyś błagał, kiedy złapali – od razu zamykali w obozie. Co byś zrobił, gdyby na twoje miasto szło półtora miliona żebraków?”.

Rada: „Od głównej bramy Zaatari odchodzi ulica. Nazywają ją tam Champs Élisées. »Champs« brzmi jak »Szam«, a tak po syryjsku nazywa się Damaszek, nasza stolica. Wzdłuż Szam Elize ciągnie się bazar. Kontenery z fryzjerem, barberem, manicurem – znajdziesz tam wszystko. W ciągu dwóch lat od powstania obozu wzniesiono szkoły, sklepy, kliniki, biura, łaźnie, szpital, publiczne kuchnie i toalety, latarnie, a nawet meczety. Była też wojna. Nie dało się od tego uciec. Była w oczach i w sercu. We wspomnieniach. Ludzie przesiąkli przemocą. Na porządku dziennym działy się gwałty i rozboje, wyrównywanie wojennych porachunków”.

Mętna wojna domowa

Osiem lat temu w czasie Arabskiej Wiosny Syryjczycy wyszli na ulice. Zbuntowali się przeciwko autorytarnym rządom Baszara al-Asada. Dyktator krwawo stłumił demonstracje – wojsko strzelało do tłumów, torturowało niepokornych. Demonstracje zamieniły się w powstanie przeciwko reżimowi. Tworzono opozycyjne organizacje, do których dołączali buntujący się przeciwko Asadowi żołnierze. Później grupy rebeliantów rozpadały się i wzajemnie zwalczały.

Nada: „Zabierali mężczyzn, porywali kobiety, kto znikał, ten nie wracał. Bałam się o nasze dzieci, więc ruszyliśmy”.

Kraj pogrążył się w mętnej wojnie domowej. W 2014 r. islamiści, korzystając z okazji, ogłosili powstanie na części terenów Syrii i Iraku kalifatu: Państwa Islamskiego, które narzucało milionom ludzi brutalny religijny reżim. Po 2011 r. Damaszek stracił kontrolę nad tą i wieloma innymi częściami kraju.

Rada: „Syna zakuli w kajdanki i wyprowadzili z domu. Mieliśmy jeszcze dwie nastoletnie córki. Żołnierze dopadali kobiety i zabierali się za nie w kilku, rzadko w pojedynkę. Zrywali burki, hidżaby, nikaby. Gwałcili je, plamili, zarażali. Zostawały potem z tym grzechem same. Nie chciały wracać do męża, jak miały to powiedzieć? Jeszcze by się zabił. A trzeba mieć męża w czasie wojny, więc lepiej poprawić hidżab i wrócić do domu. »Musimy uciekać« – stwierdziliśmy”.

Tymczasowe życie w Ammanie

W Jordanii – kraju, o którym nawet jego rdzenni mieszkańcy mówią substitute country (państwo zastępcze) – wskaźnik bezrobocia wśród młodych ludzi sięga prawie 40 proc. (za Bankiem Światowym). W stołecznym Ammanie istnieją dzielnice biedy, a po wyjeździe z miasta nie ma już prawie nic – tylko pustynia, zaschnięte rzeki, góry plastikowych śmieci i ciągnące się pustkowia.

Ali, dyrektor szkoły w ammańskiej dzielnicy Al-Wehdat: „Kiedy przyjechali, na mieszkania w mieście był taki popyt, że ceny szybko poszły w górę. Teraz czynsze w porównaniu do zarobków osiągnęły astronomiczne ceny”.

Zain Moien, Jordanka pracująca dla organizacji humanitarnej OXFAM: „Wcześniej opłaty wzrosły po migracji bogaczy z Iraku, którzy przyjechali i kupowali domy”.

Na co dzień Syryjczycy wtapiają się w barwny tłum Ammanu, sprzedając Jordańczykom produkty w supermarketach, a turystom chusty na bazarach. Nie widać ich na pierwszy rzut oka, rozpoznać można po akcencie.

Um Ahmad: „Mam 32 lata i kawał życia spędziłam w kryjówkach, schronach przeciwlotniczych, małych pokojach-oazach. »Tu będziecie bezpieczni« – zapewniali. Naprawdę? Dwie poprzednie kryjówki leżą pod gruzami Aleppo. Od 2013 r. prawie nie wychodzę z domu, choć mieszkam w Jordanii, choć za oknem Amman – wymodlone życie, dni darowane przez Allaha. Bo jeśli wyjdę, złapią mnie i aresztują, znowu zamkną w Zaatari”.

Mustafa: „Jestem młody, silny, znam trochę angielskiego. Poszedłem na bazar, dostałem pracę w rzeźni. Odbieram mięso i wożę je taczkami do zamawiających. Załatwiłem też robotę ojcu. W Syrii był budowlańcem, więc nie było tak trudno. Obaj odłożyliśmy na wynajem klitki, dla nas, matki i dwóch młodszych sióstr. Ściągnęliśmy je z Zaatari. Już zaczynałem wierzyć w jordan dream. Mówimy tu tak na Syryjczyków, którzy po ucieczce z ojczyzny wypracowali lepsze życie niż przed wojną. Dawniej mieszkali w slumsach, a teraz smażą kurczaki w fast foodach, mają pracę, ubezpieczenie zdrowotne i coś na kształt normalnego życia”.

Zain Moien: „Pracowałam z wieloma uchodźcami w obozie i mieście. Egzystencja poza Zaatari jest dużo trudniejsza – muszą płacić czynsz, wielu z nich nie wie nawet, że NGO oferują pomoc, więc nie mają regularnego wsparcia. Życie w Jordanii do łatwych nie należy. Nasz rząd nie daje sobie rady z pomocą dla Jordańczyków – więc jak ma wspierać innych?”.

Mustafa: „Teraz jordan dream to dla mnie fałsz. Matka zachorowała na dziwną chorobę, przestała mówić i jeść, całymi dniami patrzy w jeden punkt. Ojciec jeszcze w Zaatari miewał ataki drgawek. Ta wojna wychodzi bokiem. Dostał padaczki na budowie, efekt – dwie złamane nogi. Siostry są za młode, żeby wydać je za mąż. Muszę zarobić na wszystkich. Pracuję po 15 godzin dziennie. Po zasiłek nie ma co iść: »Nie macie pieniędzy? Zawieziemy was do Zaatari, tam was nakarmią za darmo i dadzą dach nad głową« – usłyszałem od urzędnika, gdy poszedłem po pomoc. A ty pojechałbyś na wczasy do więzienia? Dostaję trochę mięsa z pracy, oszczędzamy na jedzeniu. Czy chcę wrócić do ojczyzny? Niby jak? Ojciec z matką nieruchomi. Na noszach ich przez granicę nie przeniosę”.

Um-Ahmad: „Pierwszy syn, Adnan, urodził się w Aleppo, drugi, Juda, tutaj. Juda ma mukowiscydozę, problemy z oddychaniem, nie przeżyłby w pyle i brudzie Zaatari. Siedziałam w spleśniałym pokoju i pisałam podanie, UNHCR odpowiedziało: »Wróćcie do obozu i czekajcie na urzędową legalizację pobytu«. Chciałabym mieć to za sobą. Nie wiem, co powiedzieć dzieciom. »Kochani, niespodzianka! Od jutra jedziemy na obóz. Będziemy zarażać się chorobami, wdychać pył. Adnanku, być może zabijemy twojego brata«?”.

Polityka jordańskiego rządu

Gorzej niż w Ammanie sytuacja wygląda na przeludnionej prowincji – brakuje tam pracy i – dosłownie – miejsca. Jak pisze jordańska prasa, liczba ludności Mafraq i Ramtha od początku kryzysu syryjskiego podwoiła się. Senne miasteczka, kilka kilometrów od syryjskiej granicy, przemieniły się skupiska przepełnionych, brudnych baraków. Ich władze i mieszkańcy narzekają na bezrobocie, poziom edukacji, brak opieki medycznej, biedę. Czekają, aż Syryjczycy wrócą do siebie.

Zain: „Odkąd rząd wprowadził pozwolenie na pracę dla Syryjczyków, mogą legalnie zarobić. Łatwiej jest też wyjść z obozu”.

Polityka Ammanu względem uchodźców zmieniała się przez osiem lat konfliktu.

Zain: „Teraz wielu z nich studiuje na jordańskich uniwersytetach”.

Połowa syryjskich uchodźców w Jordanii jest w wieku szkolnym. Ale nauka to na razie dla wielu pobożne życzenie. Do szkoły nie chodzi milion dzieci uchodźców poza granicami Syrii i prawie dwa miliony w kraju.

16-letni chłopiec postrzelony w Barguz, jednym z ostatnich bastionów kalifatu we wschodniej Syrii, luty 2019 r. (CHRIS MCGRATH / GETTY IMAGES)

Marek Krupiński, dyrektor generalny UNICEF Polska: „Według UNICEF mamy już do czynienia ze straconym pokoleniem. Jeśli my dzisiaj tak twierdzimy, oni kiedyś, wspominając traumę z dzieciństwa, wystawią nam rachunek. Trudno sobie wyobrazić przekręcenie świadomości i totalne zrujnowanie wrażliwości u młodych ludzi, którzy obserwują zabijanie swoich bliskich. To są tragiczne wyzwania przed którymi stoimy – edukacyjnie i finansowo”.

Nada: „Nad obozem przelatywały co najmniej cztery samoloty dziennie. Moje dzieci na ich dźwięk przybiegały do mnie z płaczem. »Czy lecą, by nas zabić?« – pytały przerażone. Kłamałam i mówiłam im: »Nie płaczcie, to lecą dla was transporty z zabawkami«”.

Syrię trzeba odbudować

List z Syrii od Christophera pracującego dla UNHCR do Hani – syryjskiego uchodźcy: „Zatrzymałem się dziś w twoim domu w Homs, ale cię nie było. Nikogo nie było. Twoich rodziców brakowało, aby mogli dołączyć do nas na herbatę i nie było też śladu twoich braci ani sióstr. Wasi sąsiedzi wyjechali. Zapukałbym, ale brakuje drzwi frontowych. Nie tylko drzwi, ale także zawiasów i ramy, na której kiedyś pewnie były przymocowane do ściany. Na twojej ulicy nie wałęsały się żadne bezpańskie psy czy koty. Nawet ptaków nie było. Twoja okolica, Hani, jest miastem duchów”.

„Zachęcamy każdego Syryjczyka, żeby wrócił do kraju” – powiedział w lipcu ubiegłego roku syryjski dyktator. Podkreślił, że nakłania do powrotu nie tylko uchodźców, ale też biznesmenów. Syria potrzebuje rąk do pracy. Aleppo, Raqqa, Homs nie istnieją. Budynki przez osiem lat walk zamieniły się w pokryte pyłem struktury z dziurami na przestrzał. Niebezpieczne stropy, które straszą, że zaraz runą.

Zain, zanosząc się śmiechem, mówi: „»Jesteście mile widziani, nawet jeśli mieliście wcześniej jakieś kłopoty«. Nie myśl, że ludzie wrócą, bo to zasadzka. Może Asad zostawiłby ich w spokoju na kilka miesięcy, żeby zachęcić innych. Ale znamy go. Nie jest łaskawy”.

Organizacje zajmujące się prawami człowieka zauważają, że wzywanie do powrotu może być też próbą przyciągnięcia międzynarodowych funduszy na odbudowę.

Marek Krupiński z UNICEF Polska: „W Aleppo widziałem ludzi, którzy wracali z własnej woli. Jeden mężczyzna siedział na ciężarówce z całym dobytkiem. Obrazek jak z 1945 r., kiedy ludzie wracali do zburzonej Warszawy. Ciągnęli za sobą na wózkach tobołki. Tamten człowiek stał na ulicy i rozglądał się. Księżycowy pejzaż, wszędzie ruiny. Zapytałem, czy jest stąd. On odpowiedział: »Jestem, ale nie poznaję«.

Łukasz Fyderek, politolog i znawca Bliskiego Wschodu, mówił kilka miesięcy temu w rozmowie z Holistic.news: „Wracając do Syrii, wracają do piekła innego, anarchicznego; do kraju wojny domowej, która jest konfliktem tylko przygaszonym. Syria jest trochę dyktaturą, a trochę anarchią, brakuje tutaj reguł – te są nawet w totalitaryzmach – których przestrzeganie daje szanse na przeżycie”.

Według organizacji Human Rights Watch syryjski rząd nieustannie łamie prawa człowieka – używając broni chemicznej, ograniczając dostęp do pomocy humanitarnej, jakikolwiek opór czy swobodę przemieszczania się. Ludzie ciągle znikają.

Zobaczyć się z matką

Jordania otworzyła przejście graniczne z Syrią Nasib-Jaber w październiku ubiegłego roku po tym, jak syryjskie wojska rządowe pokonały rebeliantów na większości terytorium kraju.

W lutym korespondentka telewizji BBC spędziła cały dzień na granicy. Stała tam długa kolejka samochodów i ciężarówek czekających na wjazd do Syrii. Yolande Knell podchodziła do ludzi, pytając, po co wracają. „Sprzedać pomidory, paprykę i biszkopty, spotkać się z matką pierwszy raz od ośmiu lat” – odpowiadali. Pewnie zobaczyć, czy ich dom stoi.

Była też kolejka w drugą stronę, z Syrii do Jordanii. W kraju ciągle trwają walki. Ostatnio w prowincji Idlib w północno-zachodniej części Syrii. Mieszkańcy giną i uciekają, według danych ONZ od września ubiegłego roku ponad 300 tys. ludzi musiało opuścić swoje domy. W gruzach są też szkoły i szpitale.

Z sondaży UNHCR wynika, że trzy czwarte syryjskich uchodźców w Jordanii, Egipcie, Libanie i Iraku ma nadzieję na powrót do kraju „pewnego dnia”. Jedynie 4 proc. pytanych Syryjczyków deklaruje, że będzie próbowała powrotu w ciągu kolejnych 12 miesięcy. W 2018 r. wróciło 37 tys. uchodźców.

Od głównej bramy obozu Zaatari odchodzi ulica, którą mieszkańcy nazywają Champs Elisees (THIERRY TRONNEL / GETTY IMAGES)

Mohammed, 27 lat, sprzedaje chusty na Bazar Downtown z pamiątkami dla turystów: „Tu, w Ammanie, mieszkańcy traktują mnie jak Jordańczyka, czuję, jakbym był stąd. Do Syrii nie wrócę, bo boję się armii Asada. Mój ojciec umarł wiele lat temu, ale matka wciąż czeka w Maskana, na wschód od Aleppo”.

Rada: „Nie jestem patriotką. Nie chcę wracać do Syrii. Pójdę tam, gdzie będzie pokój. Córki wydaliśmy za Jordańczyków, żeby oszczędzić im życia w obozie. Jedną wziął starszy nauczyciel z Ammanu, drugą wydaliśmy za fotografa z Madaba. To dobre małżeństwa. Nie znali się dobrze, ale dziewczynki szalały z radości”.

Oddajcie nam wasze domy

W marcu jordańskie i libańskie władze oficjalnie poinformowały, że dalszy napływ uchodźców zagraża pokojowi w ich krajach. Przywódcy ostrzegają, że jeśli wkrótce nie ruszy wielki plan reemigracji Syryjczyków do ojczyzny, dojdzie do wstrząsów i przewrotów społecznych.

Być może wkrótce trend się odwróci i więcej uchodźców będzie wracać do Syrii, niż z niej wyjeżdżać. Społeczność międzynarodowa planuje ich repatriację. Urzędnicy rysują wykresy i podliczają budżet: 7 mld dolarów – tyle wynosi suma globalnej składki państw, które dotknął syryjski kryzys migracyjny. Pieniądze mają trafiać bezpośrednio do potrzebujących lub na realizację projektów wspomagających powroty Syryjczyków, a nie do kasy reżimu.

Reżim nie ułatwia sprawy – ogłosił kontrowersyjne przepisy zezwalające na tworzenie „stref przebudowy” w całym kraju, które mają postawić syryjską infrastrukturę na nogi. Jeśli właściciele nieruchomości znajdujących się w ich obrębie nie dostarczą w wyznaczonym czasie aktu własności do odpowiedniego urzędu – majątek ma przepaść na rzecz państwa. Asad obiecuje, że wywłaszczeń nie będzie, ale organizacje międzynarodowe zauważają, że uchodźcy stanęli właśnie przed wyborem: wracać do ojczyzny, gdzie wciąż nie jest bezpiecznie, czy stracić dorobek życia.

Jak mieliby wrócić? Na razie dokładnie nie wiadomo. Pewne jest, że na miejscu muszą mieć pracę, perspektywy, szpitale, zacząć chodzić do szkoły.

Marek Krupiński: „Trudno sobie wyobrazić, co może się wydarzyć, kiedy wracający poszkodowani uchodźcy i ludzie wspierający Asada spotkają się na miejscu”.

***

Według Human Rights Watch w 2017 r. Jordania blokowała granice z Syrią i deportowała średnio 400 syryjskich uchodźców miesięcznie. Jako przyczynę podawała konieczność utrzymania bezpieczeństwa na swoim terytorium.

Zain zamyśla się: „Wątpliwości Jordańczyków co do uchodźców biorą się z sytuacji ekonomicznej, nie z braku akceptacji. Nie ma otwartej komunikacji o pomocy finansowej. Ludzie wyobrażają sobie, że Syryjczycy dostają duże pieniądze, dziwne kwoty – a sami nic nie mają. Mówią: »Oni dostają, a my nie«”.

W Libanie, gdzie przebywa ok. 1,5 mln syryjskich uchodźców, rząd zaznacza, że repatriacja nie powinna wiązać się z szukaniem „politycznego rozwiązania”.  Zdaniem libańskich władz w Syrii nie toczy się już wojna, więc jej mieszkańcy powinni ruszać do domu.

Mustafa: „Podobno nasz los jest ważny dla Libanu, Turcji, Jordanii i Europy. Na miejscu nie możecie nam pomóc, to idziemy w waszą stronę. Prawda czy fałsz?”.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES