Nauka
Toksyczna guma na placach zabaw i boiskach. Niepokojące wyniki badań
02 lutego 2026

MEN chce odciążyć uczniów, zmniejszając liczbę godzin lekcji z przedmiotów rozszerzonych. Nauczyciele twierdzą jednak, że efekt będzie odwrotny: więcej korepetycji, większe różnice poziomów i trudniejszy start na studia.
Zmian w edukacji wciąż przybywa, a najnowsza propozycja MEN ponownie wywołała olbrzymie kontrowersje. Resort planuje ograniczyć liczbę godzin przedmiotów rozszerzonych — z 22 do 18. Dodatkowy materiał ma pojawić się dopiero w drugiej lub trzeciej klasie szkół średnich. To nie kosmetyka, lecz głęboka korekta systemu. Propozycja zmiany wśród nauczycieli i dyrektorów wywołała prawdziwą burzę.
Reforma zapowiadana w ramach programu Kompas Jutra ma — według resortu — lepiej dopasować szkołę do realiów współczesnego świata. Ministerstwo przekonuje, że obecny system przestaje odpowiadać tempu zmian i oczekiwaniom młodych ludzi.
Kiedy rozmawiam z nauczycielami, szczególnie mówimy o technikach, mówią: uczniowie w trzeciej, czwartej klasie są przeciążeni nauką. Oni mają regularne egzaminy zawodowe, przygotowują się na studia, mają bardzo dużo pracy
– wyjaśniała Barbara Nowacka w rozmowie z TVN24.
To właśnie ten argument ma uzasadniać kolejne zmiany szykowane w polskiej edukacji.
Aby — jak podkreśla resort — realnie odciążyć uczniów, MEN planuje ograniczyć liczbę godzin przedmiotów rozszerzonych, w tym m.in. matematyki i języka polskiego. Zamiast dotychczasowych 22 godzin w cyklu nauczania, pozostanie 18. W praktyce oznacza to aż 120 lekcji mniej.
Zmiany najmocniej dotkną pierwszych klas szkół średnich. To właśnie tam rozszerzenia mają całkowicie zniknąć. Materiał zostanie przeniesiony do drugiej lub trzeciej klasy, a o tym, kiedy dokładnie się pojawi, zdecydują już nie urzędnicy, lecz dyrektorzy poszczególnych szkół.
Do tej pory o organizacji godzin decydowało ministerstwo. Teraz odpowiedzialność zostaje przeniesiona na poziom szkoły. To dyrektor ma wyznaczyć ścieżkę kształcenia uczniów w swojej placówce. W teorii ma to dać młodzieży więcej swobody. W praktyce — jak ostrzegają pedagodzy — skutki mogą okazać się zupełnie inne.
W szkolnym środowisku szybko zawrzało. Sprzeciw wobec zmian zgłaszają zarówno nauczyciele, jak i eksperci zajmujący się edukacją. Ich zdaniem taka ingerencja w system nie powinna w ogóle mieć miejsca. Obawy są konkretne: nowe przepisy mogą nie pomóc uczniom, lecz przede wszystkim napędzić rynek korepetycji, które staną się niezbędne do wyrównywania poziomu wiedzy młodzieży.
Doprowadzi to do dalszego rozkwitu korepetycji, a także wzmocnieniem nierówności między szkolnictwem niepublicznym a publicznym, jak również pomiędzy miastem a wsią
– czytamy w oficjalnym liście do minister Barbary Nowackiej Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych.
Autorzy zwracają też uwagę, że według projektów dyrektor miałby zwiększoną pulę godzin do swojej dyspozycji, ale zarazem nie mógłby elastycznie decydować o wcześniejszym rozpoczęciu nauki na poziomie rozszerzonym.
Kadra pedagogiczna podkreśla, że przedmioty rozszerzone — podobnie jak język polski i matematyka — odgrywają kluczową rolę w edukacyjnej i zawodowej przyszłości uczniów:
To te przedmioty decydują w dużej mierze o wykonywanym w przyszłości przez ucznia zawodzie oraz wyborze studiów. To one wymagają przećwiczenia, utrwalania oraz wzmożonego czasu nauki, nawet kosztem pozostałych przedmiotów
– piszą nauczyciele w liście.
Na te i inne zarzuty resort odpowiada własną narracją. Według Ministerstwa Edukacji reforma ma lepiej dopasować proces kształcenia do planów i możliwości młodych ludzi. A te są bardzo różne. Dla części uczniów priorytetem pozostaje wysoki wynik z matury rozszerzonej. Dla innych — samo jej zdanie. Są też tacy, którzy chcą skupić się przede wszystkim na zdobyciu konkretnych umiejętności zawodowych.
Podobne głosy można też słyszeć w międzynarodowej debacie o potrzebach edukacji i rozwoju uczniów.
Większość dzieci nie zostanie naukowcami, nie będą prawnikami. Lepiej uczyć praktycznych umiejętności. Nie oznacza to, że chcę zmuszać nastolatków do pracy w przemyśle. Na początku powinni poznać wiele różnych zawodów, uświadomić sobie, że istnieją różne możliwości
– mówił Bryan Caplan, amerykański ekonomista, w rozmowie z portalem Holistic News.
Takie opinie nie przekonują jednak nauczycieli, którzy martwią się także zwiększeniem władzy dyrektorów.
Władze szkół mają zyskać możliwość elastycznego rozdysponowania godzin przedmiotów rozszerzonych — od trzech do sześciu tygodniowo. Według założeń ma to być udogodnienie dla uczniów. Dyrektorzy mają brać pod uwagę ich potrzeby i dopasowywać plan nauczania, także w zakresie organizacji zajęć dodatkowych. Nauczyciele zwracają jednak uwagę, że takie rozwiązanie niesie ze sobą konkretne ryzyka.
Zdaniem nauczycieli problem widać już dziś. W wielu szkołach dodatkowe godziny matematyki czy biologii pojawiają się w planach pod innymi nazwami przedmiotów. Pedagodzy obawiają się jednak, że nowe przepisy tylko utrwalą te praktyki — i jeszcze mocniej pogłębią różnice w dostępie do edukacji między uczniami z dużych miast a tymi z mniejszych miejscowości.
Mimo narastających wątpliwości resort nie zamierza wycofywać się z planów. Zapowiadane przez MEN zmiany w edukacji mają wejść w życie we wrześniu 2027 roku. Do tego czasu szkoły — zarówno dyrektorzy, jak i nauczyciele mają czas na ewentualne konsultacje i — będą musiały przygotować się na nowy model nauczania.
Jak pisał niedawno Holistic News MEN ogłosił też zmiany w podstawie programowej dla szkół podstawowych, które oznaczają więcej lekcji i nauki dla najmłodszych uczniów. Reforma już teraz budzi sprzeciw samorządów i nauczycieli. Przedstawiciele samorządów alarmują, że zmiany w podstawówkach wejdą w chwili, kiedy szkoły i tak już zgłaszają problemy z przeciążeniem dzieci.
Warto przeczytać: Szkoła bez lekcji przez tydzień. MEN szykuje kolejną zmianę
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: