Czy istnieje życie po brexicie?

Nerwowe negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to dopiero początek. Niebawem rząd stanie przed kolejnym strategicznym dylematem. Do wyboru są dwie opcje. Która z nich zwycięży?

Negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej wymagały olbrzymich ilości czasu, energii i nerwów. Pomimo zaplanowanych wyborów parlamentarnych w Zjednoczonym Królestwie nadal nie jest jasne czy, kiedy i jak brexit się odbędzie

Zakładając, że Wielka Brytania opuści jednak Unię Europejską, kolejny rząd będzie musiał rozpocząć długi i trudny proces wynegocjowania nowych stosunków z resztą świata. Brytyjskie władze będą musiały dokonać trudnych wyborów, a najbardziej bolesny z nich będzie dotyczył decyzji, czy Zjednoczone Królestwo powinno dostosować swoje przepisy w kluczowych sektorach gospodarki do rozporządzeń Unii Europejskiej, czy raczej do rozwiązań obowiązujących w Stanach Zjednoczonych. Dokąd zatem zmierza Wielka Brytania?

Brexitowe dylematy

Premier Boris Johnson chce, by po brexicie Wielka Brytania zawarła porozumienie w sprawie handlu i inwestycji ze Stanami Zjednoczonymi. Ameryka jest przecież największym partnerem handlowym Zjednoczonego Królestwa oraz największym źródłem (jak i celem) bezpośrednich inwestycji zagranicznych.

Dążąc do takiego porozumienia, Brytyjczycy będą musieli zdecydować, na ile są gotowi do dostosowania swoich regulacji do tych w Stanach Zjednoczonych. Ściślejsze dostosowanie do amerykańskich przepisów stworzy bowiem nowe bariery handlowe w relacjach z Unią Europejską, która jest zdecydowanie większym rynkiem dla eksportu z Wysp.

Co więcej, perspektywa przyjęcia amerykańskich standardów – np. w zakresie cen leków czy ochrony zwierząt – już teraz jest źródłem niezadowolenia brytyjskiej opinii publicznej.

Wraz z przygotowywaniem się Zjednoczonego Królestwa do życia po brexicie napięcie może nasilić się najbardziej w dwóch istotnych sektorach.

Zamieszanie w sektorze usług finansowych

Pierwszym z nich są finanse i bankowość. W 2018 r. brytyjski sektor usług finansowych przyniósł gospodarce 132 mld funtów (170 mld dolarów), czyli 6,9 proc. całości, tworząc 1,1 mln miejsc pracy (3,1 proc. ogółu) i płacąc 29 mld funtów podatku w roku podatkowym 2017/2018. Sektor ten w tym czasie wygenerował także eksport o wartości 60 mld funtów.

Fałszywy banknot z wizerunkiem premiera Borisa Johnsona i aluzyjnym hasłem „Obietnice, obietnice, obietnice” przygotowany przez przeciwników Brexitu. Londyn, 28 października 2019 r. (STEVE TAYLOR / SOPA IMAGES / LIGHTROCKET / GETTY IMAGES)

Sektor usług finansowych stwarza jednak olbrzymie ryzyko w przypadku braku odpowiedniej kontroli. W latach 2007–2008 kryzys finansowy zmniejszył krajową produkcję o 7 proc., pozbawił Brytyjczyków miliona miejsc pracy i obniżył płace o 5 proc. w porównaniu z poziomem z 2007 r. Jego katastrofalny wpływ odczuły wszystkie regiony Zjednoczonego Królestwa.

Po kryzysie niezależna komisja jednoznacznie wykazała potrzebę wprowadzenia reformy w celu ochrony brytyjskiego społeczeństwa (i środków publicznych) przed lekkomyślnym udzielaniem kredytów bankowych. Taka potrzebę dostrzeżono także w Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych.

Ryzykowna pogoń za profitami

Jednak dzisiaj Ameryka i Europa realizują inne, zgoła odmienne założenia. Europejskie organy nadzoru dążą do wzmocnienia zasad ostrożnościowych oraz pilnowania wymogów kapitałowych (w szczególności dla olbrzymich banków), poszerzają także zakres stosowania przepisów tak, by obejmowały one całą branżę usług finansowych.

Z kolei Stany Zjednoczone za prezydentury Donalda Trumpa zmieniają kurs dotyczący regulacji wprowadzonych po kryzysie finansowym. Agenda jego administracji uwzględnia m.in. obniżenie wymogów kapitałowych, zmniejszenie ochrony konsumentów i inwestorów, zredukowanie regulacji ostrożnościowych oraz zmniejszenie nakładów na monitorowanie sytuacji systemu bankowego.

Niektórzy inwestorzy w Zjednoczonym Królestwie będą zapewne czerpać olbrzymie korzyści z finansowej deregulacji w amerykańskim stylu, a nawet będą do niej dążyć. Jednak pościg za profitami, bez zwracania uwagi na bezpieczeństwo systemu, zagrozi wdrożonym z niemałym trudem regulacjom, które chronią brytyjskie społeczeństwo przed powtórką z kryzysu z lat 2007–2008. Takie podejście wyrządzi także szkody londyńskiemu city, które dotychczas było w samym sercu europejskich finansów.

Dystrykt finansowy w Londynie (GETTY IMAGES)

Do tej pory Wielka Brytania stanowczo traktowała wdrożone po kryzysie środki zapobiegawcze, a w szczególności przepisy, które wychodzą poza te wprowadzone przez organy Unii Europejskiej. Uwzględniają one nowe zasady, zgodnie z którymi bankierzy będą odpowiedzialni za swoje decyzje, a działalność detaliczna największych banków będzie monitorowana tak, by chronić depozyty klientów przed ewentualnymi wstrząsami w całym systemie finansowym.

Technologiczni giganci pod kontrolą

Drugim wyzwaniem dla Wielkiej Brytanii po brexicie będzie ułożenie relacji z wielkimi amerykańskimi firmami technologicznymi. Przygotowany na początku roku raport brytyjskiego parlamentu wykazał, że Facebook „celowo i świadomie naruszył przepisy dotyczące prywatności i przepisy antymonopolowe”. Jednak rozmiar i globalny zasięg wielkich firm technologicznych sprawia, że każdemu rządowi, który nie jest amerykański, będzie niezwykle trudno je kontrolować lub na nie wpłynąć.

Unia Europejska natomiast przoduje w regulacjach dotyczących prawa do ochrony danych osobowych dzięki wprowadzeniu ogólnego rozporządzenia o ochronie danych (GDPR). Na dodatek UE zajęła zdecydowane stanowisko w kwestii ochrony konkurencji i ograniczenia dominacji rynku cyfrowych gigantów. W marcu Komisja ukarała Google grzywną w wysokości 1,5 mld euro (1,7 mld dolarów) za blokowanie rywali na rynku reklam internetowych – był to trzeci raz, kiedy Komisja ukarała firmę za naruszenie reguł antymonopolowych.

Amerykański rząd stanowczo popiera swobodny przepływ danych (o co zabiegają wielkie amerykańskie firmy technologiczne), a Trump szybko skrytykował Komisję Europejską za nałożenie grzywny na Google.

Trudne decyzje w „brytyjskim stylu”

Zwolennicy brexitu twierdzą, że Wielka Brytania po wyjściu z Unii jest w stanie stworzyć swoją własną „światową strategię” i ułożyć wszystko „w brytyjskim stylu”. Przykładem może być sytuacja z 2016 r., gdy ówczesna premier Theresa May powiedziała, że po brexicie Zjednoczone Królestwo będzie polegać na swoich „wiernych sojusznikach”, by stworzyć alternatywę do europejskiego systemu nawigacji satelitarnej Galileo.

Nawet najbardziej niekonwencjonalne metody perswazji nie pomogły przekonać Brytyjczyków do pozostania w UE. Hodowca owiec Colin Gibson na jednej z nich namalował słowo „In”, które miało zachęcać Brytyjczyków do głosowania za pozostaniem w Unii Europejskiej w referendum w 2016 r. Londonderry, 28 kwietnia 2016 r. (MARK WINTER / PACIFIC PRESS / LIGHTROCKET / GETTY IMAGES)

Wielka Brytania w dużym stopniu polega na wielkich, światowych firmach technologicznych, które są albo amerykańskie, albo chińskie, i właśnie dlatego musi spróbować je kontrolować. Po opuszczeniu Unii Europejskiej brytyjskie władze staną zatem przed wyborem – albo ulegną presji amerykańskiej, albo pójdą w stronę regulacji w stylu Unii Europejskiej.

Jednak trzy lata później, z Donaldem Trumpem w Białym Domu i Wielką Brytanią na zdecydowanie słabszej pozycji negocjacyjnej w ramach Unii Europejskiej, nie jest jasne, kto tak naprawdę jest „wiernym sojusznikiem”. A rząd, który powstanie po grudniowych wyborach, stanie w obliczu konieczności podjęcia naprawdę trudnych decyzji.

© Project Syndicate, 2019. www.project-syndicate.org

Opublikowano przez

Ngaire Woods


Ngaire Woods jest dziekanem Blavatnik School of Government na Uniwersytecie Oksfordzkim.

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.