Humanizm
„Dobry rozwód” w Polsce. Dlaczego wspólna opieka to fikcja?
26 lutego 2026

Jeszcze kilka lat temu mówiliśmy o nerwicy. Dziś internet pełen jest wyznań: „mam ADHD”, „jestem w spektrum”, „to moja trauma”. Czy naprawdę chorujemy częściej, czy raczej uczymy się patrzeć na siebie przez modne etykiety? Dr Tomasz Witkowski tłumaczy, jak działa marketing terapeutyczny i dlaczego diagnozy zaburzeń online mogą stać się wygodną ucieczką.
Anita Różańska: W mediach społecznościowych coraz częściej słyszymy: „mam ADHD”, „mam depresję”, „jestem w spektrum”. Czy rzeczywiście mamy dziś do czynienia z samodzielnymi diagnozami zaburzeń online?
Dr Tomasz Witkowski: Tak, zdecydowanie. To zjawisko kulturowe obecne w całym kręgu cywilizacji zachodniej. Przyczyn jest wiele, ale jedną z kluczowych jest marketing terapeutyczny. Trudno dziś włączyć radio czy jakikolwiek kanał informacyjny, żeby nie usłyszeć komunikatu: „niebezpiecznie jest żyć z nieprzepracowaną traumą”, „jeśli nie zrobisz tego szybko, skończy się tragedią”. To przekaz oparty na strachu: sprawdź, czy nie jesteś zaburzony, bo jeśli zrobisz to za późno, będzie źle.
Z jednej strony pcha nas więc lęk. Jesteśmy straszeni – także jako rodzice – że jeśli czegoś nie wykryjemy w porę, zniszczymy dziecku przyszłość. Z drugiej strony kierunek tym trendom nadaje kultura masowa. Celebryci dokonują „coming outów”, opowiadają o swoich zaburzeniach i w ten sposób je legitymizują, czyniąc z nich element tożsamości.
Tyle że w tej „modzie” pojawiają się jedynie wybrane etykiety. Dlaczego właśnie te?
To prawda. W medialnych opowieściach nie ma tzw. „brzydkich” chorób. Brzydka choroba to na przykład psychoza – człowiek żyje w świecie urojonym. Boi się wrócić do domu, bo tam czekają jego prześladowcy. Traci relacje, czasem wszystko, co miał, nierzadko staje się bezdomny. To się nie nadaje do telewizji śniadaniowej ani do estetycznych rolek na Instagramie. Natomiast w sieci dominują: depresja, ADHD, borderline czy spektrum autyzmu – te „ładne” zaburzenia, oczywiście w cudzysłowie.
Mody się zmieniają. Kiedy ja byłem studentem, synonimem problemów psychicznych była “nerwica”. Tego słowa właściwie nie słyszę od kilkunastu lat. Zostało zastąpione nazwami, które dziś lepiej się sprzedają i wokół których łatwo budować społeczności.
Co dzieje się z człowiekiem, kiedy zaczyna patrzeć na siebie przez pryzmat takich internetowych etykiet?
Jeśli zaczynamy traktować normalne życiowe kłopoty – smutek, stres, rozproszenie, zmęczenie – jako efekt zaburzenia, to w pewnym sensie je normalizujemy, ale w złym znaczeniu tego słowa. Zamiast próbować sobie z nimi radzić, korzystając z własnych zasobów, uznajemy: „taki już jestem, bo mam diagnozę”.
Badania pokazują, że to pogarsza funkcjonowanie. Schemat jest prosty: najpierw pojawia się autodiagnoza, potem dążenie do diagnozy oficjalnej. I tu wkraczamy w obszar naddiagnozowania. Znajdą się specjaliści, którzy – pod presją pacjenta – taką diagnozę potwierdzą. Pacjenci często jej oczekują, bo etykieta legitymizuje cierpienie i bywa biletem do wsparcia społecznego, instytucjonalnego czy zwolnień lekarskich.
Czyli diagnoza zaczyna pełnić funkcję tarczy ochronnej?
Dokładnie. W świecie mediów społecznościowych posiadanie diagnozy daje poczucie przynależności – stajemy się częścią grupy ludzi „takich jak my”. To buduje tożsamość, ale jednocześnie zamyka nas w bańce własnego problemu.
Jest też drugi aspekt – zdjęcie z siebie odpowiedzialności. Jeśli nie radzę sobie w pracy, bo jestem rozproszony, etykieta ADHD staje się społecznie akceptowalnym wyjaśnieniem. Nie muszę już szukać innych przyczyn ani rozwiązań.
Jak to się dzieje, że internet działa na nas aż tak skutecznie?
W sieci powstają całe środowiska, które oferują uproszczone testy, listy objawów i gotowe opisy stanów emocjonalnych. Tworzą się „kultury” diagnozowania. Pojawiło się nawet pojęcie cyberchondrii – na wzór hipochondrii – oznaczające eskalację lęku pod wpływem informacji znalezionych w internecie.
Człowiek zaczyna interpretować swoje codzienne doświadczenia według prostego klucza: „to pasuje”, „to też”, „to na pewno o mnie”. Algorytmy mediów społecznościowych tylko to wzmacniają. Jeśli raz klikniesz w materiał o objawach ADHD, dostaniesz ich dziesiątki. To mechanizm społecznego zarażania.
Podczas pandemii obserwowaliśmy na przykład falę nastolatek na TikToku, które zaczęły diagnozować u siebie tiki. Trend rósł błyskawicznie, był podtrzymywany przez algorytmy, a potem wygasł. To pokazuje, że social media raczej rozbudzają niepokój, niż pomagają go zrozumieć.
Dziś dochodzi jeszcze sztuczna inteligencja. Ludzie konsultują z nią objawy, traktują jak powiernika.
To kolejny problem, ale stoi za nim dramatyczna trudność dostępu do profesjonalnej pomocy. Kolejki do psychiatrów na NFZ, wysokie koszty prywatnych wizyt sprawiają, że ludzie idą na skróty. Wybierają darmowe narzędzia w sieci, bo czują się samotni i bezradni wobec własnego cierpienia.
A czy autodiagnoza jest w ogóle możliwa?
Trafne postawienie diagnozy samemu sobie jest niemal niemożliwe. Nawet wykształcony psycholog czy lekarz nie powinien tego robić w stosunku do siebie – dystans emocjonalny do „obiektu diagnozy” jest zbyt mały. A diagnozowanie się na podstawie checklist z mediów społecznościowych to po prostu fatalny pomysł.
Co więc powinna zrobić osoba, która zaczyna się bać i wpada w spiralę szukania objawów w sieci?
Na pewno odłożyć telefon. Badania jasno pokazują zależność: im więcej czasu spędzamy w mediach społecznościowych, tym gorszy jest nasz stan psychiczny – nawet u osób zdrowych.
Moja rada jest prosta: porozmawiać z kimś życzliwym, kto nie jest profesjonalistą, ale jest nam przychylny. I zapytać: „czy to, co teraz czuję, to coś naprawdę niepokojącego, czy raczej trudność, która przydarza się wielu ludziom?”. Dziś bardzo łatwo słyszymy: „idź do specjalisty”. To nie zawsze jest dobra rada. Pewna skala problemów jest rozwiązywalna w normalnym świecie – rozmową, wsparciem bliskich, zmianą nawyków.
Marketing psychoterapeutyczny wmawia nam, że bez interwencji specjalisty wydarzy się katastrofa. To nieprawda. Większość z nas ma potencjał, by radzić sobie z trudnościami o własnych siłach.
Często mówi Pan o tym, że psychologia zaczyna przypominać nową religię.
Najbardziej niepokoi mnie wszechobecna narracja, że każdy z nas ma jakiś problem, który powinien nieustannie analizować i „przepracowywać”. To staje się sposobem na życie. Tymczasem celem powinno być budowanie odporności psychicznej – własnej i naszych dzieci.
Marketing psychologiczny promuje coś, co nazywam „selfizmem” – chorobliwą koncentrację na własnym „ja”. To nie prowadzi ani do spokoju, ani do satysfakcjonującego życia. To droga, która zamiast nas wzmacniać, czyni nas coraz bardziej kruchymi i uzależnionymi od zewnętrznych diagnoz. Prawdziwie trudne, kliniczne problemy zostawmy profesjonalistom, ale całą resztę życia spróbujmy po prostu przeżyć, zamiast bez końca ją diagnozować.
Anita Różańska – dziennikarka, przez wiele lat związana z telewizją newsową. Dziś kieruje działem wideo Holistic News, gdzie realizuje projekty na styku psychologii i tematów społecznych.
Dr Tomasz Witkowski – profesor WSKZ, psycholog, pisarz i publicysta. Autor kilkunastu książek poświęconych krytycznemu myśleniu w psychologii, w tym trylogii Zakazana psychologia, Zawracanie statków głupców i inne eseje czy Psychoterapia bez makijażu.
Warto przeczytać: Tydzień bez social mediów. Tak zmienia się psychika
Z kodem LUTY26 dostawa do paczkomatów InPost gratis!
Udanych zakupów!
Księgarnia Holistic News
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: