Nauka
Nie pamięć, lecz szybkość. Ten trening mózgu działa nawet po latach
07 marca 2026

Przez dekady wydawało się, że kosmos stanie się kolejnym rozdziałem historii cywilizacji. W swoim felietonie znany pisarz odsłania mniej oczywiste powody, dla których ludzkość wciąż nie wyszła poza własną planetę.
Halinka? Nie, nie możemy się dzisiaj spotkać. Teraz jestem na Księżycu, a po południu mam firmowy meeting na Marsie, więc na pewno nie zdążę na Tytana przed północą…
Czyż nie tak lub podobnie, kilkadziesiąt lat temu, wyobrażano sobie życie w przyszłości?
W przyszłości, czyli w naszych obecnych czasach. Co poszło nie tak? Czemu jesteśmy wciąż przyspawani do Ziemi i nic nie wskazuje na to, byśmy w ciągu najbliższych dziesięcioleci uczynili jakikolwiek znaczący krok w Kosmos?
W literaturze i kinematografii motyw podróży w kosmos oraz eksploracji obcych planet był motywem powszechnym, by nie powiedzieć dominującym. Oczywiście, w wielu przypadkach, kosmos i obce planety stawały się pretekstem do ukazywania zachowań ludzkich w sytuacji zagrożenia czy alienacji.
Pokazania budowy nowej cywilizacji, czy zastanawiania się nad granicami tolerancji lub nawet szerzej, możliwościami poznania i zrozumienia obcego intelektu, który może całkowicie odbiegać od naszych standardowych pojęć (jak, chociażby rozumny ocean w powieści Stanisława Lema Solaris).
Ale wielu twórców po prostu bawiło się tematem podróży międzygwiezdnych, wymyślaniem obcych cywilizacji z ich odmienną anatomią i fizjologią, ze zdumiewającymi zachowaniami społecznymi i różniącą się od naszej techniką. Wielu też ukazywało podróżne kosmiczne jako coś w rodzaju kontynuacji wypraw wielkich odkrywców w czasach Renesansu, czyli jako wielką przygodę napędzaną chęcią zysku lub chęcią poznania i podboju.
Gdybyśmy zapytali w latach 50. czy 60. (a zwłaszcza w latach 70.!) jakiegokolwiek pisarza s-f, dziennikarza, filmowca, ba, gdybyśmy zapytali zwykłego człowieka na ulicy o to, czy za 50 lat będziemy podróżować po Układzie Słonecznym, czy będziemy mieć stałe, zamieszkane bazy co najmniej na Marsie i Księżycu, to jestem pewien, że ogromna większość odpowiedziałaby, że to kosmiczne marzenie spełni się na pewno.
Tymczasem mamy 2026 rok, od pierwszego lądowania na Księżycu minęło 57 lat (!!!), a my nie tylko tkwimy na Ziemi jak korniszony w słoiku, ale wręcz zanotowaliśmy kosmiczny regres, gdyż ostatni raz ludzka stopa stanęła na Księżycu w 1972 roku.
Z czego wynika nasza kosmiczna katastrofa? Dlaczego w latach 60. i 70. byliśmy, jako cywilizacja, pełni nadziei co do eksploracji Kosmosu, a dzisiaj jesteśmy obojętni, zrezygnowani lub najczęściej zwyczajnie sceptyczni zarówno co do możliwości technicznych, jak i przede wszystkim co do celowości inwestowania tak wielkich środków finansowych i ryzykowania ludzkiego życia w zasadzie bez żadnych wymiernych korzyści?
Zimna wojna pomiędzy cywilizacjami sowieckiego Wschodu i amerykańskiego Zachodu była toczona nie tylko na polu militarnym i politycznym. Tę wojnę toczono również na polu ekonomicznym, kulturalnym, a nawet sportowym. Na przykład Igrzyska Olimpijskie każdorazowo stawały się areną zmagań nie tylko sportowców, lecz również systemów politycznych, a propaganda „krajów demokracji ludowej” traktowała rozgrywki sportowe jako substytut zmagań wojennych.
Kiedy zimna wojna zaczęła wygasać, a potem zakończyła się wraz z upadkiem Związku Sowieckiego i jego systemu satelitów (choć może lepiej zamiast „wygasła” powiedzieć: „przeszła w inną fazę”) konkurencja na polu kosmicznym po pierwsze stała się zbędna propagandowo, a po drugie wątpliwości wzbudzały jej gigantyczne koszty.
Amerykanie nie chcieli wypraw w kosmos, lecz lepszego życia tu, na Ziemi. Dlatego budżet NASA drastycznie okrojono. W latach 60. i 70. działalność NASA pochłaniała co roku ponad 4% całego budżetu USA! Obecnie jest to około 0,35 proc.
Niestety taka jest smutna prawda, która będzie nam jeszcze towarzyszyć przez dziesięciolecia, nie mamy środków technicznych, aby wyprawić się nie tylko w daleki kosmos (czyli poza Układ Słoneczny), ale nawet w ten troszeczkę dalszy, czyli eksplorować sam Układ Słoneczny. Po pierwsze i najważniejsze posługujemy się cały czas archaicznym napędem rakietowym, a inne napędy (silnik atomowy, żagiel kosmiczny, napęd warp pozostają jedynie w sferze teoretycznych rozważań).
Parker Solar Probe, najszybszy pojazd zbudowany przez człowieka, porusza się z szybkością ponad 600 tysięcy kilometrów na godzinę. Wydaje się, że dużo? W skali Ziemi – fenomenalnie, w skali Kosmosu już nie bardzo. Parker Solar Probe potrzebowałaby ponad 7500 lat, by dotrzeć do najbliższej nam gwiazdy – Proximy Centauri.
Poza tym Parker Solar Probe po pierwsze wykorzystuje siły grawitacji do nabrania przyspieszenia, a po drugie jest stosunkowo małą sondą, wielkości samochodu osobowego. Statek kosmiczny musiałby być znacznie większy i przede wszystkim chronić załogę przed promieniowaniem kosmicznym. W tej chwili agencje kosmiczne szacują, że lot na Marsa, przy użyciu najnowszych dostępnych technologii, w jedną stronę zająłby od 3 do 6 miesięcy.
Jeśli chodzi o Marsa, to dochodzi jeszcze jedna kwestia: Mars jest interesujący od strony kulturowej (liczne mity, powieści, filmy) i przemawiający do wyobraźni, ale tak naprawdę jako cel dla bazy załogowej zwyczajnie nieciekawy i trudny w eksploracji. Dużo bardziej zajmujący byłby Tytan – księżyc Saturna, ale znajduje się on mniej więcej pięć razy dalej od Ziemi niż Mars.

Naszą cywilizację zawsze popychał do przodu duch eksploratorski. Przecież homo sapiens rozeszli się po całym globie raptem z jednego regionu w Afryce, a potem przez tysiąclecia chcieliśmy penetrować to, co niespenetrowane i badać to, co niezbadane.
Problem w tym, że podróże kosmiczne są znacznie bardziej skomplikowanym zadaniem niż kolonizacja zamorskich kontynentów. I w dodatku nie widać w żadnym rozsądnym horyzoncie czasowym, by mogły się opłacać. Krótko mówiąc, dochodowe kopalnie na księżycach Jowisza czy Saturna pozostaną jeszcze bardzo długo zaledwie pomysłem twórców science-fiction.
Prawda jest taka, że pomimo tego, iż na przykład księżyce takie jak Enceladus czy Tytan są niezwykle ciekawymi miejscami i najprawdopodobniej istnieje na nich życie biologiczne, to na pewno nie staną się za naszego życia (ani pewnie za życia naszych wnuków) źródłem jakichkolwiek dochodów.
Ta cywilizacyjna indolencja w zakresie eksplorowania kosmosu stała się fantastyczną pożywką dla teorii spiskowych, dotyczących lądowania na Księżycu. Od samego początku istniała grupa ludzi, którzy uważali, że lądowanie na Księżycu było mistyfikacją, zostało zainscenizowane i zrealizowane w tajnej bazie wojskowej przez jednego z wybitnych reżyserów filmów s-f (tutaj wymieniało się nazwisko Stanleya Kubricka) oraz przygotowane przez specjalistów od efektów specjalnych.
I kiedy przez ponad 50 lat (od roku 1972) nie ponowiono załogowej wyprawy na Księżyc, to ci zwolennicy teorii spiskowych rośli w siłę, a ich twierdzenie, że skoro w latach dwutysięcznych nie można zorganizować załogowej wyprawy na Księżyc, to tym bardziej nie było to możliwe w latach 1969-72, zaczynało nabierać sensu.
Przyznam Państwu, że ja sam zacząłbym powątpiewać w realność księżycowej wyprawy z roku 1969, gdyby nie jeden fakt: tych załogowych wypraw, w których astronauta stanął na powierzchni Księżyca było w sumie aż SZEŚĆ! Sześć wypraw, w czasie których dwunastu ludzi spacerowało po Księżycu! Zainscenizowanie czegoś takiego byłoby całkowicie niemożliwe technicznie i społecznie, a przede wszystkim mijałoby się z logiką.
Przecież każde kolejne oszustwo (gdyby to były oszustwa) zwiększałoby prawdopodobieństwo wpadki. Po co więc te kłamstwa mnożyć, skoro sukces propagandowy został i tak osiągnięty w roku 1969 w czasie pierwszego lądowania?
Warto też nadmienić, że wojująca z USA propaganda sowiecka nigdy nie powątpiewała w prawdziwość amerykańskiego podboju Księżyca, a przecież, gdyby istniały ku tym wątpliwościom jakiekolwiek podstawy (nawet najbardziej błahe!), to Sowieci byliby pierwsi, by alarmować cały świat i zorganizować kampanię dyfamacji oraz szyderstw.
Jestem absolutnie pewien, że setki sowieckich naukowców oraz oficerów wywiadu przeglądało każdy kadr amerykańskiej misji księżycowej i wsłuchiwało się w każdy komunikat. Odnalezienie jakiegokolwiek dowodu na fałszerstwo, nawet gdyby był naciągany, byłoby dla sowieckiej propagandy darem od losu. A jednak nic takiego się nie wydarzyło.
Jeżeli jesteście zainteresowani, jak naukowcy rozprawili się z twierdzeniami zwolenników teorii spiskowych, to na Internecie jest sporo materiałów, punkt po punkcie, udowadniających bezsens zarzutów albo ordynarne kłamstwa z nimi związane.
Jako twórca i miłośnik fantastyki ubolewam nad tym, że przaśna rzeczywistość nie doścignęła kolorowych wizji, jakie roztaczano przed nami w latach dzieciństwa i młodości. Bagniska Wenus, gigantyczne dżungle Jowisza, żeglowne pustynie Marsa i kopalnie Plutona nie są w naszym zasięgu. Nie dlatego, że nie istnieją, ale dlatego, że nawet gdyby istniały, to nie potrafilibyśmy do nich dotrzeć.
A nawet, gdybyśmy to potrafili, to wszyscy i tak by uznali, że bardziej się opłaca wymyślić kolejną rewolucję w dziedzinie smartfonów. Na przykład smartfon wyświetlający hologramy. I zamiast eksplorować Kosmos, siedzielibyśmy z nosem w kolejnych grach i aplikacjach. Smutne…
Polecamy również: Marsjańska gorączka złota. Po co Ziemianom Czerwona Planeta?
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: