Nauka
AI jako terapeuta? Twórca ChatGPT ostrzega: Możesz tego żałować
28 sierpnia 2025
Jacek Piekara, popularny pisarz, felietonista i dziennikarz wspomina swoje pozytywne zetknięcie z multikulturalizmem sprzed lat i porównuje ją z obecnym zjawiskiem. Konkluzje, które zawarł w swoim felietonie mogą budzić emocje, ale są też diagnozą rzeczywistości widzianą oczami uważnego obserwatora. - Przenoszą do Europy swoje konflikty etniczne i plemienne, barbarzyńskie obyczaje, specjalizują się w popełnianiu przestępstw od kradzieży i rabunków poprzez molestowanie i handel narkotykami aż po gwałty, pedofilię i zabójstwa.- wytyka Piekara.
Urodziłem się i wychowałem w PRL, więc kraju nie tylko zaściankowym, ale również jednolitym etnicznie i kulturowo. Ta jednolitość miała swoje zalety, ale miała również wady. Przede wszystkim jednak rozbudzała tęsknotę za innością. Za obcymi językami, obyczajami, strojami, potrawami, za artefaktami odmiennych kultur.
W PRL większość obywateli mogła podobne inności poznawać tylko w muzeach albo dzięki nielicznym programom telewizyjnym, opowiadającym o odległych krajach i kulturach. Pojawiały się również podróżnicze książki i one cieszyły się ogromną popularnością, niezależnie od tego czy były czysto reporterskie, czy też fabularyzowane.
Moja Mama w latach 70. mieszkała dość długo w Londynie i opowiadała bardzo pozytywnie o wielokulturowości tej gigantycznej metropolii. A ponieważ w Londynie mieliśmy rodzinę, pochodzącą jeszcze z czasów tak zwanej „starej emigracji” (czyli wojennej i powojennej), więc i ja do Wielkiej Brytanii pojechałem w wieku 20 lat. A była to moja pierwsza podróż do kraju Europy Zachodniej.
Multikulturowość od razu pojawiła się w moim londyńskim życiu. Mieszkałem z Polakami, w domu należącym do Wietnamczyków, chodziłem do irlandzkiego pubu, najbliższy sklepik należał do Hindusów, a na początku pracowałem w arabskim hotelu i moim szefem był Arab. Potem zacząłem pracować w brytyjskiej firmie spedycyjnej, w której moimi najbliższymi kumplami byli: urodzony w Ghanie Murzyn, obywatel brytyjski, studiujący na piątym roku energetyki w Związku Sowieckim oraz Australijczyk, syn czeskich emigrantów.
Nawiasem mówiąc, bardzo byłem ciekaw wrażeń mojego afrykańsko-angielskiego współpracownika dotyczących komunizmu i Związku Sowieckiego. Siedział tam już przecież prawie pięć lat, a do Anglii wracał tylko na wakacje, żeby zarobić pieniądze. Spytałem go więc, jak mu się podoba Związek Sowiecki, a on wtedy spojrzał na mnie poważnie i powiedział: „Jack, this is hell”.
Pomyślałem wtedy: brawo, sowieccy towarzysze! Jeśli sprowadzacie studentów z Afryki, aby ich indoktrynować, a oni wywożą od was wrażenie, że wasz kraj jest piekłem, to znaczy, że komunizm musi upaść!
Tak czy inaczej, wszystko mi się w Londynie podobało. Było kolorowo, ciekawie, bogato, a dla mieszkańca biednego, zacofanego PRL już samo zwiedzanie sklepów stanowiło fantastyczne przeżycie. Pamiętam jak chodziłem do sklepów muzycznych i oglądałem te tysiące płyt i kaset, które były w nich dostępne (wróciłem do Polski ze sporą kolekcją!), co dla mieszkańca PRL było niczym zwiedzanie alibabowego Sezamu.
Co ciekawe i co obywatelowi dzisiejszego świata może się wydać zdumiewające, w Londynie było też naprawdę bardzo, bardzo bezpiecznie. Wyobraźcie sobie, że czułem się tam dużo bezpieczniej niż w Polsce, a przez rok mojego pobytu w Wielkiej Brytanii ani razu nie widziałem żadnej sceny przemocy: nie tylko bójki, lecz nawet żadnej bardziej gorącej kłótni. A nie, przepraszam, kiedyś zobaczyłem dwóch pijanych kloszardów, którzy przewalali się po peronie na stacji metra. Ale to koniec moich londyńskich doświadczeń z przemocą.
A bynajmniej nie unikałem publicznych miejsc. Podróżowałem, spacerowałem nocami, chodziłem do pubów i na koncerty. Wszędzie było bezpiecznie. Nawiasem mówiąc, tak samo bezpiecznie czuły się moje polskie koleżanki.
Opowiadam o tym wszystkim, aby pokazać Wam, że moje młodzieńcze doświadczenia z multikulturowością były albo dobre, albo neutralne i generalnie czułem się za granicą tak komfortowo, że zastanawiałem się, czy do Polski w ogóle wracać. Zwłaszcza że w związku z wyrokiem i procesem, wytoczonym mi przez funkcjonariuszy komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, mogłem starać się o azyl polityczny.
Przeważyła jednak myśl, że nigdy nie nauczę się języka angielskiego w takim stopniu, by pisać w nim książki, co byłoby o tyle smutne, że już wtedy poważnie myślałem, by zostać pisarzem. Miałem też na koncie pierwsze przyjęte do druku książki.
Polska, do której wróciłem w 1986 roku była, w porównaniu z Wielką Brytanią, straszna. Biedna, szara, smutna, zamknięta. Zaczęło się to jednak stopniowo zmieniać. Być może część z Państwa pamięta czas, kiedy w Warszawie otwierano pierwsze sklepy z towarami z Indii. Ależ one miały powodzenie! Ile pięknych ciuchów, fantastycznych zapachów czy oryginalnych przedmiotów dla domu można było tam kupić.
Fascynacje przeżywaliśmy też, kiedy otwierano pierwsze restauracje dedykowane kuchniom z innych kontynentów, odkrywaliśmy smak potraw indyjskich, chińskich, tureckich czy japońskich, poznawaliśmy czym są prawdziwe amerykańskie burgery, steki lub żeberka. Już po roku 1989 pamiętam dziesiątki „budek z chińszczyzną”, którymi zastawione było całe warszawskie śródmieście i z których warszawiacy chętnie korzystali.
I teraz wielu publicystów i polityków (którzy jednak z uwagi na zawód powinni wykazywać się nie infantylizmem, lecz profesjonalizmem) opowiada nam, jakim wspaniałym i wzbogacającym doświadczeniem jest obecność emigrantów, bo to są nowe smaki, nowe stroje, nowa kultura… Trudno o większy infantylizm w traktowaniu problemu migracji.
Bo dzisiejsza migracja nie wiąże się wcale z miłym multikulturalizmem, lecz z najazdem agresywnych, barbarzyńskich hord, które chcą państwo, do którego dotarli i jego obywateli traktować niczym terytorium okupowane.
To, że, jako obywatel Polski, masz kaprys, by palić sziszę, jeść sushi i ubierać się w poncho, to, że lubisz kebaby, nie jest wcale równoznaczne z tym, że życzysz sobie, by tysiące odmiennych kulturowo imigrantów panoszyło się na ulicach twojego miasta, mając w nosie zarówno twoje wartości cywilizacyjne, twoje obyczaje, jak i przepisy prawne twojej ojczyzny.
Wierutną bzdurą i kłamstwem jest to, co opowiadają niektórzy katoliccy hierarchowie, a powtarza na przykład Tomasz Terlikowski, przebierający się za katolika, liberalno-lewacki publicysta, jakoby Kościół Katolicki nakazywał przyjmować emigrantów.
Ponieważ Katechizm mówi dokładnie tak: „Władze polityczne z uwagi na dobro wspólne, za które ponoszą odpowiedzialność, mogą poddać prawo do emigracji różnym warunkom prawnym, zwłaszcza poszanowaniu obowiązków migrantów względem kraju przyjmującego.”
Imigrant jest obowiązany:
Tymczasem ci nowi emigranci nie chcą się integrować, pracować, nie chcą uczyć się języka, przestrzegać prawa. Pochodzą z III Świata i naszą Europę pragną zamienić również w Trzeci Świat. Przenoszą do Europy swoje konflikty etniczne i plemienne, barbarzyńskie obyczaje, specjalizują się w popełnianiu przestępstw od kradzieży i rabunków poprzez molestowanie i handel narkotykami aż po gwałty, pedofilię i zabójstwa. Uważają, że wszystko im się NALEŻY.
Każdy kraj, który ich przyjmuje przeżywa regres cywilizacyjny, głównie na polu bezpieczeństwa publicznego. A to nie jest już miła multikulturowość, którą zapamiętałem z pobytu w Londynie. Teraz to jest inwazja barbarzyńców.
Otwarcie na inne kultury, poznawanie innych państw oraz ich obywateli to kapitalne doświadczenie. Ziemia jest ciekawa w swojej złożoności politycznej, społecznej, obyczajowej, klimatycznej, geograficznej. Ale to, że chętnie wybierzemy się w wyprawę na Spitsbergen wcale nie oznacza, że chcielibyśmy, aby pod dom przypłynęła nam góra lodowa.
Zapraszamy również na nasz kanał YouTube. Zajrzyj i wybierz opcję — subskrybuj