Prawda i Dobro
Tortury w imię dobra. Dlaczego wierzymy, że cel uświęca środki
09 kwietnia 2026

W dzisiejszym świecie, w którym instytucje tracą zaufanie, a media społecznościowe zamieniają nas w plemiona, coraz częściej wraca pytanie: jak powstaje wspólnota? Czy wystarczy grupa ludzi z dobrym intencjami, by stworzyć trwały porządek? Czy może cywilizacja to tylko cienka powłoka, którą zrzucamy przy pierwszej okazji?
Jak powstaje wspólnota, kiedy nagle znikają „dorośli” – państwo, prawo, religia, kultura – a razem z nimi wszystkie dotychczasowe zasady? William Golding w powieści Władca much pokazuje, że to, co nazywamy cywilizacją, może być nie tyle naturalnym stanem człowieka, ile kruchą konstrukcją, która łatwo pęka, gdy przestają działać zewnętrzne ograniczenia.
Na początku wszystko wygląda obiecująco. Chłopcy po katastrofie lotniczej lądują na tropikalnej wyspie. Wybierają Ralfa na wodza, ustanawiają reguły i symbole. Najważniejsza jest koncha, która daje prawo głosu każdemu, kto ją trzyma.
„Musimy ustanowić prawa i szanować je. Ostatecznie nie jesteśmy przecież dzikusami”
– mówi jeden z bohaterów książki.
Chłopcy budują schronienia, rozpalają ognisko jako sygnał ratunkowy i organizują zebrania. Wydaje się, że tak powstaje wspólnota – racjonalnie, demokratycznie, z troską o wspólne dobro. Golding sugeruje jednak, że ten ład opiera się głównie na inercji dawnego świata. Gdy strach i chaos rosną, a nadzieja na ratunek słabnie, dawne normy zaczynają tracić moc. I wtedy okazuje się, że to nie instytucje rodzą nasze impulsy, lecz raczej próbują je okiełznać.
Szybko okazuje się, że cywilizacja nie jest stanem naturalnym człowieka, lecz kruchą, zewnętrznie wymuszoną konstrukcją. Gdy znikają zewnętrzne ograniczenia, wspólnota nie ewoluuje w stronę harmonijnej demokracji. Cofa się do plemienno-rytualnego modelu, w którym spoiwem staje się nie rozum, lecz strach, charyzma i wspólny wróg. Bestia, której nikt nie widział, ale której wszyscy się boją, jednoczy grupę silniej niż koncha.
Ten mglisty lęk staje się spoiwem nowej wspólnoty. Przywódca, który potrafi ten lęk nazwać i „oswoić”, zyskuje władzę. Poczucie zagrożenia wzmacnia lojalność wobec grupy i ułatwia demonizowanie tych, którzy „psują jedność”. Tak dzieje się z Simonem i Prosiaczkiem – figurami sumienia i rozumu, które w logice plemienia stają się niewygodne. W efekcie tworzy się wspólnota z charyzmatycznym wodzem, prostym podziałem na „nas” i „ich” oraz gotowością do przemocy wobec każdego, kto nie podtrzymuje zbiorowej iluzji.
Golding nie opisuje dzieci. Opisuje nas wszystkich. Pokazuje, że gdy instytucje i symbole tracą moc, człowiek nie staje się wolny i szlachetny. Staje się częścią stada, które potrzebuje wroga, by poczuć się „wspólnotą”. Demokracja pęka jak koncha rozbita kamieniem.
Filozoficznie Golding staje raczej po stronie Hobbesa niż Rousseau. Rousseau wierzył, że człowiek jest z natury dobry, a społeczeństwo go deprawuje. Hobbes – że dopiero silne instytucje powstrzymują „wojnę wszystkich ze wszystkimi”. Na wyspie widzimy coś bardzo bliskiego hobbesowskiej diagnozie: gdy znika realna siła, która mogłaby egzekwować prawo, wspólnota zaczyna się rozpadać na rywalizujące obozy.
W tym sensie pytanie „jak powstaje wspólnota” nie dotyczy tylko procedur – wyborów, regulaminów, głosowań. Chodzi o głębsze założenie: czy ludzie spontanicznie wybiorą współpracę i równość, czy raczej przywódcę, który obieca im bezpieczeństwo i emocje za cenę wolności innych. Golding sugeruje, że bez silnych norm i wewnętrznego kompasu moralnego bardzo łatwo przechodzimy od wspólnoty obywateli do plemienia wojowników.
W kulminacyjnym momencie powieści pada dramatyczne pytanie:
„Co lepsze, prawo i ocalenie, czy polowanie i niszczenie?”
Golding nie sugeruje, że odpowiedź jest oczywista dla wszystkich. Wielu chłopców wybiera polowanie i niszczenie, bo daje natychmiastowe poczucie mocy i przynależności.
Czy wspólnota ludzka jest więc z natury skazana na degenerację w kierunku barbarzyństwa, gdy znikną zewnętrzne ograniczenia? Golding raczej ostrzega, niż ogłasza wyrok. Pokazuje, że prawdziwa wspólnota nie powstaje sama z siebie. Wymaga ciągłego, świadomego wysiłku – i ciągłego przypominania sobie, że „nie jesteśmy dzikusami”.
Władca much nie jest opowieścią o „zepsutych dzieciach”, ale o mechanizmach, które działają w każdym społeczeństwie, gdy tylko zabraknie „dorosłych”. Golding pokazuje, że w próżni po instytucjach mamy co najmniej dwie drogi: wspólnotę opartą na prawie, dialogu i trosce o najsłabszych, albo plemię oparte na lęku, charyzmatycznym wodzu i potrzebie unicestwienia wroga.
Jednocześnie autor Władcy much dobitnie przypomina, że bez „dorosłych” w nas samych, żadna koncha, konstytucja czy flaga nie wystarczą na długo. Cywilizacja może się utrzymać tylko wtedy, gdy mechanizmy, które ją tworzą, zakorzenią się głęboko w naszych codziennych wyborach.
Przeczytaj również: Jesteśmy razem, ale osobno. Rozbijamy się o emocje
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: