Pop-psychologia. Zaczynamy mówić głupoty i żądamy dla nich szacunku

Rozwija się pop-psychologia, która w Polsce jest jakieś 70 lat za psychologią naukową, czyli nie nadąża za zmianami. To, co widzimy na polskich uczelniach, zwykle jest jakieś 50 lat do tyłu… – mówi  dr Tomasz Witkowski, psycholog i pisarz, założyciel Klubu Sceptyków Polskich i autor słynnej prowokacji związanej ze środowiskiem psychologicznym. Rozmawia Dariusz Rostkowski.

Dariusz Rostkowski: Sekstus Empiryk, starożytny filozof – sceptyk, a także lekarz protestował przeciw uznaniu bez dowodu jakichkolwiek zasad w nauce. 2,5 tysiąca lat minęło, a problem jest nadal aktualny, a może nawet bardziej palący niż kiedyś. Dlaczego?

Dr Tomasz Witkowski*: Dlatego, że naczelną zasadą umysłową, którą stosujemy w życiu, jest akceptowanie twierdzeń, które są adekwatne do naszego wyobrażenia o świecie. Owszem, przetwarzamy różne informacje, ale łatwo odrzucamy te, które stoją w sprzeczności z naszą wizją świata. Natomiast chętnie przyjmujemy te, które są z nią zgodne.

Polecamy: Będą polskie satelity. Jest dofinansowanie z Europejskiego Banku Inwestycyjnego

Naukowcy powinni być szczególnie krytyczni

Myślenie naukowe jest niewygodne i męczące. Zgodnie z zasadą falsyfikacji Karla Poppera, jeżeli mamy jakąś hipotezę, to myśląc naukowo, powinniśmy próbować ją obalić. Nie potwierdzić, a obalić. Tymczasem z reguły potwierdzamy własną wizję świata, szukamy informacji, które ugruntowują nasze przekonania, a ignorujemy te, które są sprzeczne i świadomie je odrzucamy. Naukowcy nie są inni.

Sekstus zwalczał wydumane teorie, których w Grecji nie brakowało.

Tak. On próbował, częściowo z powodzeniem, walczyć natłokiem różnych dziwnych pojęć filozoficznych. Sporą część tych teorii udało mu się wyczyścić, uporządkować. I to był ewidentny wkład sceptyków w myśl grecką i europejską. Przy czym sceptycy starożytni byli dość radykalni, bo mówili, że jest niezasadnym wygłaszanie jakichkolwiek twierdzeń o rzeczywistości.

Dr Tomasz Witkowski. Fot. Hapana99 / Creative Commons

To poważnie podważa sens nauki.

My współcześnie aż tak daleko nie idziemy, bo przyjmujemy arystotelesowską koncepcję, która mówi, że rzeczywistość istnieje i jest poznawalna. A prawda oznacza zgodność teorii z rzeczywistością. Nauka jest właściwie niemożliwa do uprawiania przy jakimkolwiek innym założeniu. Nowoczesne koncepcje typu postmodernizm i różne inne solipsyzmy nie umożliwiają jakiegokolwiek poznania poza subiektywnym, introspektywnym. W takiej sytuacji nie moglibyśmy badać ani materii, ani organizmów żywych, ani jakichkolwiek rzeczy, które istnieją.

Współcześnie wielu naukowców sprzeciwia się pseudonauce – głośno mówili o tym już przedstawiciele filozofii analitycznej. A bzdurne teorie, niestety, mają się dobrze.

Sama ich liczba to też efekt statystyczny. Po prostu XX wiek to czas, w którym nastąpiło gwałtowne przyspieszenie rozwoju nauki. Już w latach 60. policzono, że przyrost wiedzy ma charakter wykładniczy, że artykułów naukowych ukazuje się dzisiaj w ciągu jednego roku więcej, niż ukazało się w historii ludzkości do XIX wieku. Czyli jeden rok przynosi więcej publikacji niż historia nauki do połowy XX wieku.

Brzmi niewyobrażalnie…

Tak, ale kiedyś nie wyobrażaliśmy sobie też całkiem innych rzeczy. Gdy byłem dzieckiem, na początku lat 70. i nauczyciel nam polecił narysować świat za 50 czy 100 lat, to myśmy szkicowali poduszkowce, hotele na orbicie, planowaliśmy wycieczki na Księżyc. Ale nikt sobie nie wyobrażał, że ludzie będą palić anteny telefonii komórkowej, że będą odrzucać szczepionki i że będą robić podobne bzdury.

Jeżeli chłopak w szkole podstawowej nie rozumiał jak działa silnik Wankla, to był niedouczony. Jak chciał to nadrobić, to biegł do kiosku, kupował „Młodego Technika” i doczytywał, o co w tym chodzi. Jednak w pewnym momencie straciliśmy możliwość śledzenia tego wszystkiego. Dzisiaj nie ma pewnie człowieka, który by rozumiał dokładnie, jak działa telefon komórkowy, wszystkie jego podzespoły.

W takiej sytuacji, kiedy następuje intensywny przyrost wiedzy, ludzie zaczynają się gubić, pojawia się postmodernizm, pojawia się Jacques Derrida z jego dekonstrukcjonizmem, który mówi, że rzeczywistości nie ma, że właściwie wszystko jest językiem, że prawda obiektywna nie istnieje. Postmoderniści doprowadzili do sytuacji, gdy każdy człowiek, który rozumie świat poprzez jakieś czary-mary, dziwne hipotezy, czakramy itp. jest równoprawnym uczestnikiem poważnej debaty. Jego dziwna wizja została poznawczo zrównana do tego samego poziomu, co koncepcje naukowców.

Polecamy: Jak przeżyć na kozetce. Szokujące nadużycia „psychoterapeutów”

Jakkolwiek nonsensowne twierdzenia by się nie pojawiały, traktują je na serio…

Tak. I to spowodowało przełom. Świat, który bazując na osiągnięciach nauki szedł ku lepszemu, zaczyna nagle uciekać w różnych kierunkach. Nakłada się jeszcze na to new age, który w postmodernizmie kwitnie. Zaczynamy mówić głupoty i żądamy szacunku dla tych głupot. Żądamy, aby inni słuchali tego z uwagą, akceptowali itd. Taka jest główna przyczyna, dla której teraz pseudonauka rozkwita!

Zasłynął Pan z prowokacji, która zdemaskowała miałkość, środowiska psychologicznego. Udając nieistniejącą francuską psycholożkę Renatę Aulagnier, opublikował Pan na łamach miesięcznika „Charaktery” artykuł pt. Wiedza prosto z pola. Praca ta była w 100 procentach mistyfikacją. Ale nie wstrząsnęło to środowiskiem.

To doświadczenie przekonało mnie, że nie ma takiej głupoty, którą można wymyślić, a która już nie istnieje. Jakiś czas po tej mojej prowokacji znalazłem w Niemczech człowieka, który sprzedaje urządzenia do analizy pola morfogenetycznego. Więc ta głupota istniała już, zanim Renata Aulagnier ją wymyśliła! A ja nie ściągnąłem pomysłu stamtąd – po prostu ktoś inny to wymyślił i prawdopodobnie uwierzył!

Niebywałe…

Bzdurne teorie współcześnie powielają się w niebywałym tempie. Kiedyś ze znajomym lekarzem siedzieliśmy i zastanawialiśmy się nad zrobieniem prowokacji medycznej. I ja rzuciłem pomysł, że może wymyślmy i zacznijmy propagować dietę zależną od koloru oczu. Już chcieliśmy działać, ale tknęło mnie i zerknąłem do internetu. Okazało się, że taka teoria już istniała! Głupota, którą palnąłem tak z głowy, ma się całkiem dobrze i jest „sprzedawana” jako wiedza.

W jednej z Pana publikacji pisał Pan, że kiedyś nawet jeśli się wydarzyła jakaś katastrofa, to nikt nie wołał od razu sztabu psychologów, a teraz jeśli kogoś zaboli ręka, szybko biegnie do psychoterapeuty. Skąd ten pęd?

Dla porządku: oddzielmy dwie rzeczy: poważną psychologię – nazwijmy ją naukową, którą zajmują się profesorowie z najlepszych światowych uniwersytetów. I w opozycji do niej rozwija się pop-psychologia, która w Polsce jest jakieś 70 lat za psychologią naukową, czyli nie nadąża za zmianami. To, co widzimy na polskich uczelniach zwykle jest jakieś 50 lat do tyłu… .

Współcześnie nadużywamy pomocy psychoterapeutów. Fot. SHVETS production / Pexels

Jakiś przykład?

Psychoanaliza. Jej podstawowe założenia nie zostały potwierdzone. Z tej teorii przetrwały jedynie fragmenty np. dotyczące mechanizmów obronnych, natomiast sama podstawa psychoanalizy, dynamika tych treści nieświadomych, wypartych i itd. nie ma potwierdzenia w badaniach empirycznych. Nic nie wskazuje na to, że jest prawdziwa, a jej zastosowanie może być szkodliwe. A polscy terapeuci tkwią w tej metodzie…

Są nieświadomi?

Niekoniecznie. Po prostu zarabiają. To przynosi im wymierne korzyści! Pacjentom, niestety, nie! Wielu z nich nawet zaszkodziło.

A dlaczego zwykli ludzie temu się poddają?

Jesteśmy zalewani pseudopsychologią. Wystarczy otworzyć kolorowe magazyny czy popularne strony internetowe.

Poważni psychologowie to akceptują?

Jak widać nie wszyscy. Ale sprawa nie jest prosta i należałoby zapytać: komu na tej weryfikacji pseudopsychologicznych treści zależy? Pacjenci są zbyt zajęci i nie mają nadmiaru możliwości poznawczych, pozwalających weryfikować terapeutów. Oni szukają pomocy, łapią pierwszą wyciągniętą rękę, którą zobaczą w pobliżu. Z kolei środowisko psychoterapeutów w większości nie zajmuje się sprawą, bo… to nie w ich interesie, w końcu na pacjentach zarabiają. A z drugiej strony, jeżeli zacznie się debata publiczna na temat wartości psychoterapii w ogóle, to wszyscy na tym stracą: ci, którzy są wierni osiągnięciom nauki również. Bo pacjenci pomyślą sobie: „hola, hola, coś jest nie tak tutaj wśród tych terapeutów”.

Polecamy: Dlaczego terapia oparta na naturze zyskuje na popularności?

Trwają prace nad ustawą o zawodzie psychoterapeuty, uściślające kryteria, jakie należy spełniać.

Tak, a nad ustawą o zawodzie psychologa trwają już od kilkudziesięciu lat i będą trwały. Choćby dlatego, że nigdy jeszcze nawet w Polskiej Federacji Psychoterapii nie doszło do konsensusu i wypracowania wspólnego stanowiska. Terapeutom na tym nie zależy, naukowcom tym bardziej, bo z wyższością patrzą na praktyków. Natomiast tym, którzy jeszcze nie mają problemów psychicznych, też nie zależy.

W ten sposób tolerujemy tę pseudonaukę.

Tak. A pseudopsycholodzy zarabiają. Wprowadzają nowe „autorskie” metody często po to, aby tylko zatrzymać pacjenta. Dla przykładu: jeżeli kogoś „zdiagnozują” mają stałego klienta w gabinecie.

Czyli leczeni są też ludzie zdrowi?

Proszę przeanalizować dwa fakty: z jednej strony, jeśli wierzyć mediom, mamy do czynienia z bezprecedensową w historii ludzkości falą zaburzeń i chorób psychicznych, z drugiej powszechny dostęp do usług psychoterapeutów. I zestawmy te dwie liczby. Coś tu jest nie tak! Jeżeli rośnie tak gwałtownie liczba terapeutów, to dlaczego tak rośnie liczba zachorowań? Jeżeli mielibyśmy, w co drugim budynku w mieście gabinet dentystyczny, a ludziom by wypadały zęby, to należałoby się zastanowić, co ci dentyści robią?

Stanislav Andreski, brytyjski socjolog polskiego pochodzenia, mawiał, że jeżeli strażacy gaszą ogień, a ten staje się coraz większy, to należy sprawdzić, co mają w tych sikawkach, czy przypadkiem nie dolewają oliwy do ognia. Więc ja jestem przekonany, że ta rzekoma epidemia zaburzeń psychicznych, z którą mamy do czynienia, jest wykreowana przez środowiska terapeutyczne, które… chcą się wyżywić.

I wprowadzają nowe jednostki chorobowe…

Tak. Różnorodnych diagnoz jest tyle, że właściwie każdego da się sklasyfikować jako chorego. Natomiast jeżeli patrzymy na skuteczność, jest źle. Dla przykładu: metaanaliza 50 lat badań nad zapobieganiem samobójstwom i samookaleczeniom pokazała, że pojawia się wielokrotnie więcej niż kiedyś publikacji na ten temat. Natomiast efektywność metod nie wzrosła ani o ułamek procenta. I ona wynosi nieco poniżej 9 proc.

Jak w takim razie w tym „przeterapeutyzowanym” świecie nie zwariować?

Pierwsza podstawowa rzecz: unikać mediów! Badania dowiodły, że po wybuchu pandemii Covid-19 ci, którzy intensywnie śledzili media społecznościowe, mieli większe problemy psychiczne niż ci, którzy się nie angażowali. Media są opanowane przez kulturę terapeutyczną i bezrefleksyjnie nakłaniają do postawienia sobie jakiejś diagnozy. W 1952 roku, gdy ukazała się pierwsza klasyfikacja zaburzeń psychicznych – DSM 5, było w niej 106 jednostek chorobowych, obecnie – znacznie ponad 600. A w mediach jeszcze więcej, bo one rozszerzają ich zakres tak, że mamy do czynienia z naddiagnozowaniem wielu zaburzeń, ze szczególnym uwzględnieniem ADHD i depresji.

A czytając doniesienia medialne, stawiamy sobie diagnozy…

Tak. To działa jak syndrom studenta medycyny drugiego czy trzeciego roku, który – gdy głębiej poznaje swoją dziedzinę – zaczyna chorować na wszystkie możliwe choroby, o których się uczy. Zatem pierwsza zasada: nie diagnozować się zbyt szybko. A druga, jeżeli popełniliśmy ten pierwszy krok, to warto się zastanowić, czy ta diagnoza wymaga interwencji kogoś z zewnątrz. Bo nasze organizmy są bardzo odporne.

Polecamy: Zapomniana emocja czy przereklamowana cnota? Zaskakujące oblicza wdzięczności

Nie wszystkie.

Zdecydowana większość. Proszę pamiętać, że my żyjemy w czasach dobrobytu i takiego bezpieczeństwa, jakiego nigdy nie mieliśmy w historii całej ludzkości, czyli ok. 300 tysięcy lat, od kiedy homo sapiens wyewoluował z człowiekowatych przodków. Przez większość tego czasu człowiek nie mógł przespać swobodnie w ciągu całego życia jednej pełnej nocy! Budził się wielokrotnie, żeby… nie zostać pożywieniem dla jakiegoś innego zwierzęcia.

Jeszcze w XIX wieku na troje dzieci, które przychodziły na świat w rodzinie, jedno umierało przed osiągnięciem dojrzałości. Kobieta gdy rodziła dziecko, to żegnała się z bliskimi, bo było bardzo duże prawdopodobieństwo śmierci przy porodzie. Nasi dziadkowie przeżyli co najmniej jedną wojnę, jeśli nie dwie plus jakąś rewolucję. Te rodziny były cały czas w niebezpieczeństwie, że nie przetrwają kolejnej zimy, bo zabraknie im pożywienia, że przyjdzie kolejny urzędnik, który zabierze najstarszego syna do wojska itd. Ten stres, któremu my podlegamy i obciążenia, które nas dotyczą, są w porównaniu z tym, co znosili nasi przodkowie po prostu niczym.

Nie potrzebujemy takiej pilnej pomocy, jak sugerują media?

Przekonanie, że potrzebujemy natychmiastowego wsparcia, jest wynikiem oddziaływania marketingu środowiska terapeutów. Warto przy okazji pomyśleć o innej perspektywie. Jeden z moich rozmówców, przytaczany w książkach – Vikram Patel, psychiatra z Indii – poświęcił się zwalczaniu chorób psychicznych w krajach rozwijających się, gdzie często jeden szpital przypada na wielki region. I on, jako praktyk powtarza, że psychicznie choruje każdy przynajmniej kilka razy w ciągu życia. Tak samo jak każdy z nas jest przeziębiony albo dotyka go inna somatyczna dolegliwość. Ale to nie znaczy, że z każdym takim problemem biegamy lekarza. Jeżeli przytrafi nam się zwykła infekcja, a objawy nie pogłębiają, to leczymy to sami.

Tak samo jest z zaburzeniami psychicznymi. A jeśli już taka sytuacja wymaga interwencji, to najprostszej, potwierdzonej badaniami, a nie skomplikowanej terapii. Patel tylko takie interwencje stosuje. Często opierają się one na rozmowie. Uczy tego prostych ludzi w Afryce, w Azji, w Ameryce Południowej. Ci ludzie z powodzeniem jego metody stosują. I okazuje się, że są równie skuteczni, a czasami nawet skuteczniejsi niż psychoterapeuci.


*Dr Tomasz Witkowski, psycholog – prowadził badania poświęcone psychologii społecznej oraz motywacji na uniwersytetach w Bielefeld oraz w Hildesheim. Autor kilkudziesięciu artykułów naukowych oraz ponad stu artykułów popularnonaukowych. Publikował m.in. w British Journal of Social Psychology, Polish Psychological Bulletin, Journal of Social Psychology, Skeptical Inquirer oraz w The Scientific Review of Mental Health Practice.

Polecamy:

Opublikowano przez

Dariusz Rostkowski

Autor


Pierwsze studia: filozoficzne, drugie: ekonomiczne. Pasjonat nieoczywistości - nieoczywistych podróży, sytuacji, ludzi, zdarzeń. Obserwuje świat, grzebie w historii. Pielęgnuje w sobie zdziwienie. Współczesny świat mu w tym pomaga.

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.