Nauka
Niezwykłe odkrycie: Da Vinci wyprzedził obecną technologię o 500 lat
23 lutego 2026

Na murach hasła o klasie robotniczej, w głośnikach pieśni o Hồ Chí Minhie. A jednocześnie 7-procentowy wzrost gospodarczy i fabryki produkujące dla Apple oraz Samsunga. Wietnam to dziś jeden z najbardziej zaskakujących paradoksów Azji.
Sierpy i młoty widać tu właściwie na każdym kroku. „Przystrojone” są nimi niektóre sklepiki, restauracje, ale przede wszystkim widać je w państwowych instytucjach – na stacjach kolejowych, w pociągach, przed urzędami. Szczególnie Hanoi, stolica Wietnamu, niemal tonie w czerwieni. Pełno tu również malowanych na murach haseł sławiących klasę robotniczą i partię komunistyczną.
W wielu wietnamskich miastach i miasteczkach zobaczymy też pomniki Hồ Chí Minha, udekorowane kwiatami i symbolami komunistycznymi. Gdy jadę ulicami Hạ Long, miasta położonego nad przepiękną zatoką o tej samej nazwie, słynącej z krasowych wysp, komunistyczna propaganda atakuje nie tylko moje oczy, ale i uszy.
To Quang, 40-letni kierowca Graba (wietnamski odpowiednik Ubera), postanowił puścić przybyszowi z Europy patriotyczną piosenkę, w której refrenie jak zapętlone padają słowa: „Wiet-nam-Hồ Chí Minh, Wiet-nam-Hồ Chí Minh, Wiet-nam-Hồ Chí Minh…”. Wpadający w ucho utwór, budujący legendę przywódcy czerwonego Wietnamu, pochodzi jeszcze z lat 50., z czasów partyzantki.

To wszystko jednak fasada, swego rodzaju folklor, który wygląda wręcz śmiesznie na tle gospodarczej rzeczywistości dzisiejszego Wietnamu. Wedle wszelkich dostępnych statystyk ten kraj jest koszmarem dla dogmatycznych marksistów i coraz wyraźniej zmierza w kierunku czołówki państw najbardziej sprzyjających robieniu biznesu.
Sierpy i młoty nic tu tak naprawdę nie znaczą. Owszem, Wietnam jest rządzony przez autorytarną partię, gdzie nie ma miejsca na wolną działalność polityczną (łatwo można trafić za to do więzienia), ale rządzi tu dolar.
A „klimat” dla prowadzenia biznesu jest tak dobry, żeEconomist Intelligence Unit, jednostka badawcza należąca do prestiżowego pisma The Economist, uznała Wietnam za kraj, który najbardziej na świecie poprawił w latach 2003-2023 warunki dla prowadzenia działalności przedsiębiorczej, wyprzedzając nawet Chiny. Polska znalazła się w czołówce tego rankingu, ale jednak przegrała z Wietnamem.
Z kolei sam tygodnik The Economist ogłosił Wietnam „zwycięzcą ery deglobalizacji”. Chodzi tu przede wszystkim o „China+1”, czyli strategię stosowaną przez największe światowe firmy, polegającą na dywersyfikacji ryzyka.
Tacy giganci jak choćby Apple czy Samsung wynoszą część produkcji poza Chiny, by nie ryzykować wszystkiego w obliczu narastających napięć na linii Waszyngton-Pekin. Największym wygranym tej strategii jest właśnie Wietnam (przykładowo Samsung produkuje tu już ok. 40 proc. swoich telefonów).
Podobnie jak brytyjski The Economist postrzega tę kwestię redakcja singapurskiego pisma dla przedsiębiorców The Business Times. „Eksodus fabryk z Chin zamienia Wietnam w fabrykę świata” – napisała w zeszły roku gazeta, dodając: „Ta transformacja to efekt szerszego trendu: firmy produkujące w Chinach przenoszą swoją działalność na południe w związku z amerykańskimi cłami i zmianami w światowych łańcuchach dostaw”.

Ameryka? Już od wielu lat jest naszym przyjacielem. Problemem są dla nas Chiny, a nie Ameryka
– podkreśla w rozmowie ze mną Minh, młody mieszkaniec miasta Đà Nẵng, pracujący w sektorze turystycznym.
Główny nadmorski bulwar Đà Nẵng łatwo może się kojarzyć z Miami: piękne, szerokie plaże, a wzdłuż nich las wieżowców, z których większość to hotele. Nie trzeba być inwestorem, żeby szybko zrozumieć, jak świetne warunki zapewnia Wietnam przedsiębiorcom przenoszącym tu produkcję. Wystarczy zwykły turystyczny pobyt.
Noc w czterogwiazdkowym hotelu kosztuje to nieco ponad 100 złotych, a obiad to wydatek raptem kilku złotych. Wszystkie inne usługi też są tu absurdalnie wręcz tanie, na czele z przejazdami – za kilkanaście złotych jesteśmy tu w stanie przejechać wielkie miasto z jednego końca na drugi.
Powodem jest oczywiście bardzo tania siła robocza, która dodatkowo jest młoda (szczególnie na tle Chin – 33 lata kontra 40 lat). Jeżeli dodamy do tego jeszcze fakt, że Wietnamczycy są na ogół dobrze wykształceni (czego nie można powiedzieć choćby o mieszkańcach Indii), to mamy przepis na gospodarczy sukces.
Pozytywne opinie na temat USA, nie są tu rzadkością, chociaż wszyscy doskonale wiedzą, jak krwawa była amerykańska interwencja (Ameryka zrzuciła na Wietnam więcej bomb, niż użyto w czasie II wojnie światowej). Wietnamczycy z reguły czują dziś sympatię do Amerykanów, widząc w nich sojuszników w rywalizacji z Chinami.
Nie chodzi tu jedynie o napięcia na Morzu Południowochińskim o grupę wysp, do których pretensje roszczą sobie zarówno Chiny, jak i Wietnam.Hanoi od dekad widzi w swoim potężnym sąsiedzie z północy główne niebezpieczeństwo. To zagrożenie jest jak najbardziej namacalne.
Oba kraje stoczyły ze sobą w 1979 r. krótką wojnę. Chiny zaatakowały wówczas Wietnam w ramach „kary” za to, że Wietnamczycy dokonali rok wcześniej inwazji na Kambodżę, by obalić rządzący nią reżim Czerwonych Khmerów. Ekipa Pol Pota prowadziła tak agresywną politykę wewnętrzną i zewnętrzną – łącznie z atakowaniem nadgranicznych rejonów Wietnamu – że Hanoi postanowiło interweniować i usunąć tak ekstremistyczny rząd.
Wojna skończyła się patem, ale Wietnamczycy podkreślali jednak, że mimo ogromnej dysproporcji sił, udało im się powstrzymać inwazję Pekinu. Od tego czasu oba państwa patrzą na siebie z ukosa.
Hanoi to dziś jeden z największych partnerów gospodarczych USA. A przecież aż do 1994 r. USA utrzymywały embargo na handel z tym krajem, co powodowało również, że inne kraje Zachodu również trzymały się z dala od robienia interesów z Hanoi. Obecnie Wietnam plasuje się tuż za Japonią na liście krajów, z których USA importują najwięcej towarów. Natomiast dla wietnamskiego eksportu Ameryka to absolutny nr 1, stanowiąc ok. 1/3 całego wietnamskiego eksportu.

Dr Adam Fforde, brytyjski ekonomista, znawca Wietnamu wykładający w Instytucie Azji na University of Melbourne ma duże wątpliwości, czy ten kraj był kiedykolwiek komunistyczny w pełni znaczenia tego słowa.
Gdy głównym zadaniem najważniejszych wietnamskich polityków, przy wsparciu społeczeństwa, było usunięcie Francuzów, a potem Amerykanów, dobrze było się ubrać w czerwone koszule, by zapewnić sobie wsparcie zagraniczne – zarówno wojskowe, jak i ekonomiczne. Jednak za tą fasadą rzeczywistość była zupełnie inna
– mówi mi dr Fforde.
Jak podkreśla ekspert, w Wietnamie kapitalizm rósł oddolnie już w latach 70.
Do połowy lat 80. ten proces zdominował gospodarkę, a resztki tzw. centralnego planowania ograniczały się do dystrybucji pomocy z bloku sowieckiego. Jednak wraz z odcięciem tego wsparcia pod koniec lat 80., czerwona fasada nie była już nic warta. Problemem było jednak to, że nikt nie wiedział, jak nazwać nowy system, więc tak naprawdę nie było innej opcji, jak tylko udawanie. I w ten sposób ci, którzy byli u władzy, pozostali na swoich stanowiskach.
Wietnam tuż po zakończeniu wojny z USA, gdy w 1975 r. północ „połknęła” południe, był jednym z najbiedniejszych państw świata. Tamtejsza partia władzy szybko zrozumiała, że klasyczne sowieckie i maoistowskie recepty do niczego się nie nadają.
Dlatego Hanoi postanowiło pójść w ślady Denga Xiaopinga i przeszczepić na swój grunt jego słynny pomysł na rozwój gospodarczy: „Nieważne, czy kot jest czarny, czy biały, ważne, aby łowił myszy”. Czyli: „Jeżeli gospodarka kapitalistyczna jest bardziej sprawna niż komunistyczna, to nie będziemy się upierali przy czerwonym kolorze”.
W ten sposób w 1986 r. Komunistyczna Partia Wietnamu oficjalnie wprowadziła do państwowej doktryny to, co i tak się już działo. Program Đổi Mới (Odnowa) zakładał w skrócie: sierpy i młoty pozostają, mauzoleum Hồ Chí Minha niezmiennie będzie głównym punktem stolicy, ale gospodarkę należy całkowicie odizolować od komunistycznej ideologii. Każdy obywatel ma prawo działać na prywatnym rynku, a zachodni inwestorzy mają się tu czuć jak pączki w maśle.
Dzięki temu wietnamska gospodarka rozwija się od czasu Đổi Mới w średnim tempie 7 proc. rocznie, co stanowi jeden z najlepszych wyników na kontynencie, a Wietnam dzięki temu wszedł do grona najbardziej dynamicznych „azjatyckich tygrysów”. W ciągu ostatnich 50 lat PKB per capita Wietnamu wzrosło, według danych ONZ, z niecałych 100 do blisko 5 tys. dolarów.
Wietnamczycy są dumni, że niedawno pod względem całkowitego PKB prześcignęli Filipiny, a niedługo, jeżeli utrzymają obecne tempo wzrostu (w zeszłym roku imponujące 8 proc.), przeskoczą pod tym względem Tajlandię.
W Wietnamie nie brak lokalnych silników wzrostu, które pozostają w rękach prywatnych. Jednym z najważniejszych jest konglomerat VinGroup, który działa w sektorze high-tech i produkuje samochody elektryczne. Założona ledwie 9 lat temu jego spółka-córka VinFast zalała swoimi produktami wietnamskie drogi, a od niedawna prowadzi całkiem udaną ekspansję na światowych rynkach (w styczniu tego roku firma wpuściła swoje „elektryki” na polski rynek).

Mimo ogromnego awansu w kwestii przyjazności dla biznesu Wietnam wciąż nie pozbył się problemu korupcji. Dr Fforde zwraca uwagę, że powszechna korupcja w Wietnamie może być postrzegana jako „niestandardowa forma własności” – urzędnicy, którzy dostają łapówki od biznesmenów działają jak „cisi inwestorzy”.
A to mówi coś o naturze wietnamskiego kapitalizmu – podkreśla ekspert. Oznacza to, że nomenklatura dzięki korupcji staje się niejako udziałowcem prywatnych przedsięwzięć, co sprawia też, że wietnamskim urzędnikom w naturalny sposób zależy na tym, by prywatni przedsiębiorcy odnosili sukces na rynku.
Władza w Wietnamie nie jest tak skoncentrowana, jak w Chinach, gdzie wszystkie jej nici wiodą do Xi Jinpinga. Wietnamczycy nie chcą korzystać z tego wzorca.
Obecna koncentracja władzy w Chinach jest na ogół postrzegana jako nadmierna i niebezpieczna, potwierdzając tamtejsze złe tendencje
– mówi dr Fforde.
Ekspert podkreśla też różnice w sposobie organizacji społeczeństw w Chinach i w Wietnamie. Widać to zresztą dobrze na ulicach chińskich i wietnamskich miast. W tych ostatnich czuć dużo większy chaos, można wręcz odnieść wrażenie, że Wietnamczycy to swego rodzaju Latynosi Azji.
To społeczeństwo jest zadziorne i niezbyt podporządkowane. Relacje między reżimem a społeczeństwem opierają się na wzajemnych ustępstwach. Zdarzają się tam, że robotnicy grożą strajkami, a nawet je przeprowadzają
– mówi ekspert i podkreśla, że wietnamska polityka w porównaniu do chińskiej jest bardziej efektywna, otwarta i elastyczna. – Warto pamiętać, że Wietnamski kapitalizm jest dynamiczny i potrafi się adaptować.
Przeczytaj również: Zaczęło się od tragedii. Jak Delta Force stała się niepokonana
Z kodem LUTY26 dostawa do paczkomatów InPost gratis!
Udanych zakupów!
Księgarnia Holistic News
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: