Gdy dzieci to nie ryby i swój głos mają

Share on facebook
Share on twitter
Share on whatsapp
Share on linkedin
Elektrownia słoneczna w Datong w Chinach to projekt autorstwa 17-letniej Ady Li Yan-tung (VCG)

Dzieci to grupa odsunięta nie tylko od decyzyjności, ale nawet od głosunotorycznie i niejako odgórnie. Czy jednak słusznie marginalizujemy wrażliwość i opinie najmłodszych?

Podobno dzieci są grupą wskaźnikową. Oznacza to, że ich zadowolenie jest miarodajne dla zadowolenia większości społeczeństwa. Dlaczego więc nigdy nie pytamy ich o zdanie? Wrażliwość dzieci jest inna niż nas, dorosłych. Tak się składa, że znakomicie sprawdza się m.in. przy projektowaniu miast.

Jak dzieci projektują miasta

Zabawne. Gdy Mara Mintzer zapytała publiczność, co by się stało, gdybyśmy powierzyli zaprojektowanie miast dzieciom, na sali zaraz rozległ się pobłażliwy rechot. Ustał i przeszedł w zawstydzoną ciszę, bo zaraz okazało się, że pytanie nie zawiera metafory ani nie jest retoryczne.

Chodzi o inicjatywę miast przyjaznych dzieciom i rodzinom. Co mają z tym wspólnego sami najmłodsi?

Dzieci zapytane o zdanie pod uwagę biorą to, czego z jakichś powodów, projektując przestrzeń, nie uwzględniają dorośli. Mianowicie – ruch i zabawę.

Większość pomysłów może i należy do kategorii ekstrawaganckich. Fajerwerki i petardy – m.in. rzeźba zbudowana z plastikowych kulek w kształcie zwierząt lub lodowisko na środku parku. Kuriozalne? Nie bardziej niż projekty co poniektórych architektów-artystów – podkreśla Mintzer.

Dzieci stawiają na zieleń. Przy czym nie chodzi im wyłącznie o dotlenianie miasta, ale i o radość z obcowania z przyrodą.

Ale dzięki konsultacji z dziećmi w mieście zatroszczono się też o oświetlenie w ciemnych przejściach podziemnych, ścieżki rowerowe, gładkie powierzchnie spacerowe i miejsca do skateboardingu. Powstało też dziecięce lodowisko. Dzieci projektują nie tylko dla siebie. Prawie zawsze uwzględniają byty nieludzkie, babcie, mamy, a nawet bezdomnych, których widują. Przypominają, żeby zwolnić i projektować trakty, na których droga byłaby równie ważna co kierunek.

Komu służą miasta?

W stolicy Holandii dyktat samochodów nie istnieje. Tu przecznica, gdzie wjazd dozwolony tylko jednośladom, gdzie indziej – droga tylko dla pieszych. Rowerzystka wiezie swoje latorośle w wieku wczesnoprzedszkolnym, co chwila mijają ją rozpędzone motorowery, ale ona nie wygląda na specjalnie przejętą. Dzieci też nie tracą animuszu. W Amsterdamie jeździ się szybko, lekko i przepisowo. Widać wzajemne zaufanie uczestników ruchu i rzadko widzi się przejawy road rage’u.

Jak do tego doszło i kto za tym stoi? Też dzieci. Oraz ich rodzice. W latach 70. w odpowiedzi na masowe zgony pieszych w wypadkach w Holandii powstał m.in. ruch społeczny domagający się bezpiecznych warunków rowerowych dla najmłodszych. Rząd ustąpił wobec tych postulatów – zainwestowano w rozwój infrastruktury oraz stopniowo wprowadzano odpowiednie zmiany w przepisach.

Niewątpliwie niższa śmiertelność dzieci na drodze – podobnie jak zieleńsze, weselsze i bezpieczniejsze miasta – przyczynia się do zadowolenia ogromnej części społeczeństwa. Endorfiny wynikające z zażywania ruchu na rozbudowanych trakcjach rowerowych czy nieprzekraczana o 500 proc. norma smogowa to inne zalety rozwiązań, których inspiracją zostały nieświadome tego dzieci.

Czy nie powinno się uwzględniać końcowych użytkowników podczas projektowania infrastruktury? Jeśli budujemy park, z którego będą korzystać dzieci, to one też powinny mieć coś do powiedzenia na etapie projektu. Przy okazji rodzi się pytanie, kogo jeszcze nie uwzględniamy przy podejmowaniu decyzji, ze szkodą dla wszystkich.

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Tweetnij
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on linkedin
LinkedIn
Paulina Żebrowska

Paulina Żebrowska

Paulina Żebrowska – zawody wystudiowane: polonista-komparatysta oraz krytyk-literacki. Z temperamentu zajawkowiec, typ bezpoglądowca, podmiot wątpiący. Pochodzi z Suwałk, mieszka w Krakowie – bez kota i spleena