Kultura
Kto to naprawdę pisał? Literatura z procesora AI
26 kwietnia 2026

Ludzie nie tylko przystosowali się do planety. Nauczyli się ją przekształcać – na lepsze i na gorsze. Od ognia rozpalonego w jaskini po globalne sieci dostaw i szybko rosnące miasta – to kulturowe i społeczne innowacje dały ludziom ogromną sprawczość. Ta sama zdolność może być odpowiedzią na pytanie, co może uratować planetę.
Prof. Erle Ellis z University of Maryland Baltimore County, kierownik pracowni Anthroecology Lab, od lat analizuje Antropocen. To proponowane przez wielu badaczy określenie epoki, w której to człowiek stał się dominującą siłą kształtującą systemy Ziemi.
W swojej pracy, opublikowanej w Philosophical Transactions of the Royal Society B, Ellis przekonuje, że aby zrozumieć, dokąd zmierzamy, nie wystarczy patrzeć przez pryzmat bilansów emisji czy alarmujących raportów. Jego zdaniem kluczowa jest analiza tego, jak ewoluowały nasze kultury i instytucje.
Ellis nie wróży katastrofy. Przeciwnie – wskazuje na coś, co według niego może uratować planetę. Nie są to pojedyncze wynalazki, lecz zdolność do zbiorowego uczenia się i transformacji.
W swojej publikacji naukowiec przywołuje konkretne etapy: od wczesnego używania ognia do gotowania i kształtowania krajobrazu, po przemysłowe rolnictwo i handel światowy. Społeczeństwa – jego zdaniem – rozwijały narzędzia i struktury, które pozwoliły im przekształcać ekosystemy na masową skalę. To nie były przypadkowe innowacje, lecz społeczna i kulturowa ewolucja.
Ellis zachęca, by nie ograniczać dyskusji o Antropocenie do narracji kryzysowej. Prawdziwą siłą napędową zmian nie są – w jego opinii – pojedyncze innowacje technologiczne, ale zdolność do zbiorowego uczenia się. To właśnie tę cechę nazywa w swojej pracy „siłą natury” nowego rodzaju.
Badacz z Maryland zauważa, że społeczeństwa zawsze stawały przed wyzwaniami, którym nie były w stanie sprostać w pojedynkę. Wojny, pandemie, problem dziury ozonowej – w każdym z tych przypadków to nie technologia sama w sobie przyniosła rozwiązanie. Przykład dziury ozonowej pokazuje – zdaniem Ellisa – co można osiągnąć przy wspólnym działaniu.
To współpraca, instytucje prawa i wspólne cele potrafią przekroczyć granice możliwego. Zdaniem prof. Ellisa błędem jest sądzić, że nauki przyrodnicze wystarczą, by przewidzieć lub powstrzymać zmiany w Antropocenie. Dane i modele są niezbędne, ale to systemy społeczne i kulturowe decydują o tym, czy uda nam się zaadaptować do nowych warunków.
Ellis idzie jednak dalej. Nie chodzi tylko o współpracę wokół konkretnych kryzysów. Potrzebna jest głęboka zmiana w tym, jak postrzegamy siebie na tle przyrody.
Ponowne podkreślenie relacji pokrewieństwa między wszystkimi istotami żywymi, naszego wspólnego ewolucyjnego pochodzenia, to dobry początek
– mówi Ellis w serwisie ScienceDaily. Naukowiec wymienia tu rezerwaty przyrody, aplikacje do obserwacji natury, korytarze ekologiczne i ekoturystykę. Jego zdaniem aspiracje do lepszej przyszłości muszą również pogodzić się z przeszłością. Dlatego, jego zdaniem, trzeba przywrócić rdzennym społecznościom suwerenność nad ich ziemiami i wodami.
Ellis podkreśla, że narzędzia i wiedza potrzebne do zmiany istnieją od dziesięcioleci. Brakuje – jego zdaniem – powszechnego uznania tego faktu i motywacji do działania. Antropocen nie musi być epoką katastrofy. Może być epoką, w której ludzkość odkryje na nowo, że potrafi zmieniać świat – i postanowi robić to lepiej, mądrzej i bardziej kolektywnie.
Można jednak wątpić czy perspektywa przedstawiona przez prof. Ellisa jest realna. Odejście od często spotykanego apokaliptycznego obrazu wpływu człowieka na Ziemię, jakie prezentuje jego praca, jest z pewnością odświeżające. Doświadczenia ostatnich lat każą jednak patrzeć z mniejszym entuzjazmem niż prof. Ellis na kolektywne przedsięwzięcia w skali globalnej. Unijna polityka klimatyczna generuje tysiące stron dyrektyw i obowiązków sprawozdawczych, podczas gdy emisje CO₂ w Europie nie spadają w tempie deklarowanym. Kolejne szczyty COP przynoszą porozumienia, które nie przekładają się na realne ograniczenie globalnej emisji.
Zbiorowe działanie w skali międzynarodowej często przybiera postać biurokratycznej mitręgi – a kryzysy (energetyczny, migracyjny) narastają. Nawet „sukces” wokół dziury ozonowej, który Ellis przywołuje, nie był pozbawiony ceny. Zamienniki freonów pozostawiły po sobie wieczne chemikalia (TFA) w wodzie pitnej na całym świecie.
Niemniej z perspektywy amerykańskiego naukowca to od naszej zdolności do budowania porozumienia i współpracy zależy, w jakim kierunku będzie zmierzać ludzka sprawczość. I czy nauczymy się z niej korzystać mądrzej.
Otwarte pozostaje pytanie, czy wspólna wizja ludzkości co do tego, w jakim kierunku powinna zmierzać, jest w ogóle możliwa.
Przeczytaj także: Strach o klimat ma swoją cenę. Kto naprawdę za to płaci?
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: