Prawda i Dobro
Autor „Czarnego złota”: tam liczył się zysk, nie ludzkie życie
06 kwietnia 2026

Kiedy dajemy datek, darowiznę, zwykłą pomoc – co się dzieje? Oddajemy coś z siebie. Dostrzegamy drugiego człowieka. A systemowy przymus zabiera tym gestom hojności i solidarności społecznej to, co czyni je autentycznymi: dobrowolność.
Niemiecki ekonomista Jörg Guido Hülsmann w swojej książce Abundance, Generosity, and the State pyta: co dzieje się z tym gestem, gdy pomoc przestaje być dobrowolna? Gdy jałmużna staje się świadczeniem, a troska o bliźniego – procedurą?
Dar z definicji jest dobrowolny. Jeśli ktoś oddaje coś pod groźbą kary, nie można nazwać tego hojnością. Tyle że współczesny język zaciera tę różnicę. Podatki nazywamy „wkładem w dobro wspólne”, a publiczne świadczenia – „pomocą dla potrzebujących”. Tymczasem, pisze Hülsmann, to dwa różne porządki. W jednym oddaję, bo chcę. W drugim – bo muszę.
Dlaczego to rozróżnienie jest ważne? Bo dotyczy tego, czym w ogóle jest dobro. Czy można kogoś zmusić do bycia dobrym? Jeśli tak, czy to co robimy pod przymusem – jest jeszcze dobre? Hülsmann nie daje bezpośredniej odpowiedzi, ale skłania do wniosku, że gdy dobro staje się procedurą, traci swoją istotę.
Hülsmann przytacza przykład Anglii w XIX wieku. Przez stulecia pomoc biednym opierała się na lokalnych inicjatywach – parafiach, cechach, sąsiedzkich zbiórkach. W 1834 roku parlament zlecił zbadanie istniejącego wówczas publicznego systemu wsparcia, znanego jako Poor Laws. Raport, który powstał, ujawnił coś zaskakującego: im więcej państwowej pomocy, tym mniej autentycznej solidarności. System nie tyle wspierał potrzebujących, co ich demoralizował, odbierając im motywację do samodzielności i osłabiając więzi społeczne.
Na podstawie tych ustaleń zreformowano prawo ubogich – znacząco ograniczono publiczną pomoc. I wtedy stało się coś, co dziś może wydawać się paradoksalne. Gdy państwo się wycofało, w Anglii rozkwitły prywatne inicjatywy. Pojawiły się tysiące towarzystw wzajemnej pomocy – Friendly Societies – zrzeszające miliony członków. Były to zwykłe rodziny, które wspólnie odkładały pieniądze na wypadek choroby, śmierci lub bezrobocia. Gdy ktoś zachorował, dostawał wsparcie. Gdy umarł, jego rodzinę otaczano opieką. System działał, bo opierał się na zaufaniu i wzajemności.
Hülsmann wie, że prywatna pomoc bywała niedoskonała. Ale twierdzi, że to nie jej słabość, lecz ekspansja państwa opiekuńczego w XX wieku doprowadziła do jej upadku. Dziś z 27 tysięcy towarzystw wzajemnej pomocy pozostało około 200. Resztę wyparł system publiczny, państwowy i samorządowy. Nie dlatego, że intencje jego twórców były złe, lecz dlatego, że zmienił same fundamenty relacji. Tam, gdzie państwo przejmuje opiekę, ludzie przestają się sobą nawzajem zajmować. I znów – nie dlatego, że stają się gorsi, ale dlatego, że znika przestrzeń, w której mogliby to robić.
Hülsmann w istocie pyta: czy dobro, które jest nakazane, jest jeszcze dobre? I czy warto płacić za sprawiedliwość ceną, która może okazać się zbyt wysoka – ceną wolności bycia dla siebie nawzajem kimś więcej niż tylko petentami i urzędnikami?
Przeczytaj także: Lepiej być chciwym czy hojnym? Nauka zna odpowiedź na to pytanie
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: