Mały Tel Awiw w Himalajach

Hindusi z Dharamsali podstawy hebrajskiego mają w jednym palcu. Słowa, takie jak „shalom” czy „sznycel”, rozumieją równie dobrze jak rodzime hindi. Każdego roku Indie odwiedzają tysiące gości z Izraela

Hindusi z himalajskiej Dharamsali podstawy hebrajskiego mają w jednym palcu. Słowa, takie jak shalom czy sznycel, rozumieją równie dobrze jak rodzime hindi. Każdego roku Indie odwiedzają tysiące gości z Izraela. Większość z nich, w cieniu himalajskich gór lub na piaszczystych plażach Goa, odreagowuje trudy wojskowej służby

Dharamkot to wioska w pobliżu Dharamsali, kilka kilometrów od siedziby Dalajlamy XIV, duchowego przywódcy Tybetańczyków. Miejscowość wciśnięta jest między himalajskie grzbiety, które dostojnie górują na doliną. Szerokie drogi powoli zmieniają się w labirynt kamienistych ścieżek, wokół których rozrzucone są hotele, pensjonaty i restauracje. Jest ładnie, zielono i nie tak upalnie, jak w pozostałych częściach subkontynentu. „W zeszłym roku liczba turystów z Izraela wzrosła do 3 tys.” – twierdzi miejscowy policjant. A to tylko ostrożne szacunki.  

Hinduski raj dla Żydów

To miejsce od lat upatrzyli sobie wędrowcy z Izraela. Przyciąga ich majestatyczna przyroda, spokój i brak wrogości. Izraelczyków jest tam tak wielu, że tworzą własne enklawy z knajpami, hostelami i instytucjami. To „turystyczny kibuc”, gdzie zamiast ciężkiej pracy jest błogi relaks i oddawanie się małym przyjemnościom.

Kawiarnia „Om Caffe” w Dharamkot, popularne miejsce w centrum tzw. małego Tel Awiwu. Klientami są głównie turyści z Izraela. Indie, czerwiec 2019 r. (PIOTR CHAŁUBIŃSKI)

Znaczna część lokalnych ogłoszeń jest wyłącznie po hebrajsku. Pod wpływem turystów z Izraela zmieniła się też lokalna kuchnia. Równie często jak dal (gulasz z soczewicy), można tu zjeść falafela. W okolicy trudno znaleźć restaurację, która nie serwowałaby izraelskich śniadań z nieśmiertelną szakszuką hummusem na czele.

Gości z Izraela jest tak dużo, że Dharamkot został ochrzczony „Tel Awiwem na wzgórzach”. Nie ma w tym wiele przesady. Żydzi zaczynają przyjeżdżać tu w marcu, gdy stopnieją już śniegi, a temperatury pozwalają na w miarę normalne funkcjonowanie. Do października Dharamkot przypomina kibuc. Turystów z Izraela przeganiają stąd dopiero jesiennie wiatry. Ci, którzy mają czas i pieniądze jadą na słoneczne Goa.

„Dekompresja” po armii 

Izrael to jeden z najbardziej zmilitaryzowanych krajów świata. Otoczony wrogimi państwami arabskimi, z którymi kilkakrotnie prowadził wojny. Powszechna służba wojskowa, z małymi wyjątkami, jest obowiązkiem wszystkich dorosłych – i to zarówno mężczyzn, którzy do armii są wcielani na trzy lata, jak i kobiet, które muszą odsłużyć rok mniej.

Dopiero po tym czasie można zacząć normalne życie i starać się o studia czy pracę. Dla wielu młodych Izraelczyków podróż do Indii to więcej niż odreagowanie. To „rytuał przejścia” i skok w dorosłość. Orient pozwala im w łagodny sposób zamienić wojskowy mundur na cywilny garnitur.

Żołnierka biorąca udział w ćwiczeniach na granicy izraelsko-egipskiej. W izraelskiej armii służą nie tylko mężczyźni. Kobiety powoływane są na dwa lata i służą w operacjach bojowych (YIN DONGXUN / XINHUA / EYEVINE / EAST NEWS)

Według ostrożnych szacunków aż 30 tys. Izraelczyków rocznie odwiedza Azję
i Amerykę Południową. Są to głównie młodzi ludzie do 24. roku życia, którzy ukończyli służbę wojskową. Trzy lata na linii frontu to wielkie obciążenie dla psychiki. Między służbą w armii a dorosłym życiem jest okres przejściowy – tzw. dekompresja. „Byłem na patrolu, podczas którego zatrzymałem Palestyńczyka podejrzanego o złamanie prawa. Tłum w okolicznych budynkach zaczął rzucać w nas kamieniami. Sytuacja była niebezpieczna i nerwowa. Musiałem wybierać między negocjacjami a walką” – opowiada jeden z Izraelczyków.

„Padły strzały, które raniły wielu Palestyńczyków. Mimo że od wydarzenia minęły miesiące, decyzja i jej skutki ciągle śnią mu się po nocach. Tak samo jak nurek potrzebuje dekompresji, by wyjść na powierzchnię, tak samo i my musimy odpocząć” – dodaje.

„Sanatorium dla duszy”

Dla wielu żołnierzy Indie to „sanatorium dla duszy” – miejsce, które łagodzi stres bojowy i pozwala na dobre pożegnać się mundurem. „Trzy lata pobudek o świcie i alarmów trzymających cię w ciągłej niepewności, czy wrócisz kiedykolwiek do domu” – mówi Eitan, który brał udział w wojnie w Gazie w 2014 r. „Tu powoli odzyskuję kontrolę nad swoim życiem” – dodaje, zaciągając się jointem.

W Indiach trochę się już zasiedział, ale do ojczyny na razie nie zamierza wracać. Przynajmniej dopóki są pieniądze. Z tym u Izraelczyków nie ma z reguły większego problemu. Indie, mimo że z roku na rok stają się coraz droższe, nadal są wyjątkowo przyjazne dla kieszeni. Dzienny koszt życia to ok. 25 dolarów, za które można dobrze zjeść i przyzwoicie się wyspać. Dlatego Izraelczycy mogą bez nadwyrężania budżetu spędzić w Indiach kilka miesięcy życia.

Główna ulica w Bhangsu w pobliżu Dharamkot. We wnękach mieszczą się małe sklepiki albo różnego rodzaju warsztaty. Indie, czerwiec 2019 r. (PIOTR CHAŁUBIŃSKI)

Nama przyleciała do Delhi wkrótce po opuszczeniu koszar. Jej zdaniem Żydzi postrzegają Indie jako drugi dom. „Kocham Indie. Jestem zafascynowana tym krajem, jego kulturą, historią i ludźmi” – powiedziała.

„Izrael to tylko miasta i pustynie. Tu jest inaczej. Kochamy te wzgórza, inspirują nas one do duchowości” – dodał Joel, który przyjechał do Dharamkot prosto z Jerozolimy. Nama, podobnie jak Joel, chodzi do jednej z licznych szkół jogi. Interesuje się też wschodnią duchowością. Izraelczyków, którzy przyjechali tutaj z takim właśnie zamiarem, nie ma akurat zbyt wielu.

Podróż do Indii stała się zwyczajem

„Wszyscy jadą w »wielką podróż« po zakończeniu służby wojskowej. Czy im się to podoba, czy nie. To taki zwyczaj” – mówi z lekką ironią Daniel, który do Indii przyleciał z Hajfy. Nie interesuje ich Tadź Mahal, Czerwony Fort czy postkolonialne skarby Mumbaju. Wybierają raczej himalajskie ostępy, nadmorskie wioski na Goa czy Kerali. Chcą spokoju i relaksu.

„Wielu z nas śpi spokojnie, budzi się po południu, przegląda sieć i do tego czasu mija już połowa dnia” – mówi Ariel. Możesz robić wszystko lub nic. Masz pełną swobodę. W błogim lenistwie pomagają łatwo dostępne narkotyki. Mimo że ceny idą w górę, gram dobrej jakości haszyszu kosztuje równowartość 10-15 zł. Dla wielu turystów, nie tylko z Izraela, jest to również ważny argument przemawiający za podróżą do Indii.

Opublikowano przez

Piotr Chałubiński


Politolog, który interesuje się krajami byłego ZSRR oraz Indiami. Od wielu lat związany z dziennikarstwem. Pracował w TVP i TVN. W wolnych chwilach podróżuje, trenuje judo i BJJ.

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.