Prawda i Dobro
To najtrudniejszy test ludzkości. Co się stanie, gdy „ich” spotkamy?
21 kwietnia 2026

Chłopcy od pierwszych godzin życia reagują inaczej niż dziewczynki i to oni potrzebują więcej emocjonalnego wsparcia. Męską wrażliwość emocjonalną widać już w kołysce, ale w procesie wychowania jest ona ignorowana. W efekcie dorośli mężczyźni noszą w sobie potrzebę kontaktu emocjonalnego, której nigdy nie nauczyli się wyrażać.
Jacek Masłowski, terapeuta i współautor książki Uwolnić męskość, powiedział niedawno w rozmowie na kanale YT Balans coś, co mnie zatrzymało. Że chłopcy rodzą się emocjonalnie bardziej wrażliwi niż dziewczynki. I że trwa to mniej więcej do ósmego miesiąca życia. Nie podał jednak dokładnych źródeł tego twierdzenia. Postanowiłem je znaleźć.
Bo jeśli to prawda, to mamy do czynienia z jednym z najbardziej przewrotnych paradoksów w historii wychowania. Grupa, która rodzi się z największą potrzebą emocjonalnego kontaktu, wyrasta na ludzi, którzy nie potrafią o ten kontakt poprosić. Sprawdziłem badania. Oto, co z nich wynika.
W 2007 roku zespół badaczy z Uniwersytetu w Barcelonie opublikował wyniki oceny zachowania 188 zdrowych noworodków przy użyciu Skali Brazeltona – jednego z najczulszych narzędzi do pomiaru zachowania niemowląt. W skrócie: test mierzy reakcje noworodka na różne bodźce, takie jak światło, głos ludzki czy widok twarzy. Badanie przeprowadzono między 48. a 80. godziną życia. Dosłownie w pierwszych dniach.
Co się okazało? Dziewczynki uzyskały wyższe wyniki niż chłopcy w czterech kategoriach: reagowanie na głos ludzki, czujność, jakość czujności i regulacja stanów. Innymi słowy – dziewczynki od urodzenia są bardziej responsywne społecznie, lepiej utrzymują stan uwagi i sprawniej wracają do równowagi.
Chłopcy uzyskali wyższy wynik w jednej kategorii – drażliwość – ale tu uwaga: na tej skali wyższy wynik oznacza mniejszą drażliwość. To dziewczynki reagowały większą drażliwością na stresowe bodźce, ale też sprawniej wracały do równowagi po pobudzeniu. Zatem dziewczynki więcej reagują i szybciej same się uspokajają. Chłopcy reagują mniej i trudniej im się z tego wyregulować.
Wydawałoby się, że te wnioski nie potwierdzają tezy Masłowskiego. I miałby rację ktoś, kto by się tu zatrzymał. Ale jest drugie badanie – idące głębiej. I ono zmienia obraz.
Wyobraźmy sobie taką sytuację: matka bawi się z kilkumiesięcznym dzieckiem. Śmieje się, reaguje, nawiązuje kontakt. A potem – bez ostrzeżenia – zastyga. Patrzy na dziecko, ale twarz ma nieruchomą, obojętną. Bez uśmiechu, bez reakcji. Przez dwie minuty. Dla niemowlęcia to coś w rodzaju emocjonalnego trzęsienia ziemi.
Właśnie na tym polega procedura nieruchomej twarzy – jedno z najbardziej znanych narzędzi w psychologii rozwojowej. W 1999 roku zastosowali ją Katherine Weinberg i Edward Tronick z Harvard Medical School, obserwując 81 sześciomiesięcznych niemowląt.
***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziecko, widząc nieruchomą twarz, najpierw próbuje przywrócić kontakt – uśmiecha się, gestykuluje, wokalizuje. Gdy to nie działa, zaczyna się wycofywać. I właśnie w tym momencie – w tym kryzysie – chłopcy i dziewczynki zachowują się inaczej.
Chłopcy mieli większe trudności z utrzymaniem równowagi emocjonalnej, i to nie tylko podczas nieruchomej twarzy, ale w każdej fazie badania. Wykazywali więcej trudnych emocji: złości, frustracji, protestu. Chętniej sięgali wzrokiem do matki – więcej się do niej uśmiechali, więcej wokalizowali. Byli bardziej zorientowani społecznie.
Dziewczynki natomiast szybciej przestawiały się na inną strategię: zaczynały eksplorować otoczenie. Przestawiały uwagę na przedmioty, angażowały się wizualnie w rzeczy wokół. Autorzy nazwali to samoregulacją przez obiekt – dziewczynki same z siebie znajdowały wyjście z sytuacji stresowej.
Wniosek naukowców brzmiał tak: chłopcy mają bardziej ograniczoną zdolność do samodzielnej regulacji emocjonalnej. Potrzebują więcej zewnętrznego wsparcia ze strony opiekuna, żeby wrócić do równowagi. Są bardziej zależni od relacji.
I to możemy uznać za fundament, na którym stoi teza Masłowskiego. Jest on realny.
Zanim stwierdzę: „Masłowski miał rację” – muszę zaznaczyć coś ważnego, co wynika z przeglądu całej literatury.
W 2009 roku Judi Mesman i jej współpracownicy z holenderskiego Uniwersytetu Leiden opublikowali metaanalizę obejmującą ponad osiemdziesiąt badań z użyciem procedury nieruchomej twarzy. Ich wniosek w kwestii płci mówił wprost: wyniki są niespójne. Część badań znajduje więcej trudnych emocji u chłopców, część – u dziewczynek, a część nie znajduje różnicy w ogóle.
Efekt płci w tej procedurze nie jest silny i powtarzalny. Jest – jak to bywa w psychologii – zależny od kontekstu, wieku dziecka, zachowania rodzica, metodologii badania.
Co to oznacza dla naszej tezy o męskiej wrażliwości emocjonalnej? Że nie możemy powiedzieć: „nauka udowodniła, że chłopcy są bardziej wrażliwi emocjonalnie”. Możemy powiedzieć: „jest poważna linia badań pokazująca, że niemowlęta płci męskiej mają większą trudność z samoregulacją emocjonalną i są bardziej zależne od zewnętrznej regulacji przez opiekuna”. To ważna różnica.
Masłowski skrócił to do hasła: bardziej czuli, wrażliwi emocjonalnie. Naukowcy powiedzieliby pewnie coś w stylu: bardziej reaktywni i mniej zdolni do samoregulacji. To nie jest to samo, ale też nie jest to sprzeczne.
I tu dochodzimy do momentu, który uważam za najważniejszy. Bo nawet jeśli przyjmiemy tę ostrożniejszą wersję – że chłopcy startują z biologiczną potrzebą większego emocjonalnego wsparcia – to co z tym robi kultura?
Pewnie domyślamy się odpowiedzi. Ale domysł to jedno, a dane to drugie. Bo mechanizm, który odkryli tu badacze, jest subtelniejszy niż się wydaje.
W 2005 roku naukowcy z uniwersytetów w Pensylwanii i Wisconsin opublikowali wyniki badania, które obserwowało sześćdziesięcioro dzieci i ich rodziców w dwóch momentach: w wieku czterech i sześciu lat. Rodziny były nagrywane podczas wspólnej gry, celowo zaprojektowanej tak, żeby wywoływała emocje: radość, frustrację, rozczarowanie.
Kodowano osobno ekspresję dziecka i reakcje rodziców – czemu dorośli poświęcali uwagę.
Wyniki były wyraźne. Dziewczynki wyrażały więcej emocji takich jak smutek czy lęk. I ojcowie poświęcali tego typu emocjom więcej uwagi w przypadku córek niż synów. Z kolei emocjom takim jak złość czy agresywna radość ojcowie poświęcali więcej uwagi u synów niż córek. Co ciekawe, reakcje matek nie były istotne statystycznie. To właśnie ojciec okazał się głównym nośnikiem tej niewidocznej socjalizacji.
Mechanizm jest prosty i działa bez żadnej złej woli. Synowie uczą się, że ich złość jest zauważana, a smutek i lęk – nie. Córki uczą się odwrotnie. Bo ojcowie nie tyle nagradzali złość u synów i karcili ich smutek – po prostu reagowali częściej, gdy emocja była zgodna z rolą płciową, i ignorowali, gdy nie była.
I tu zamyka się pętla. Chłopiec, który potrzebuje więcej zewnętrznej regulacji emocjonalnej, więcej kontaktu, więcej responsywności ze strony opiekuna – od bardzo wczesnych lat dowiaduje się, że te potrzeby są nieodpowiednie. Że należy je zignorować. Że emocje takie jak smutek, bezsilność, lęk – to słabość. Więc je chowa. I nosi schowane przez całe życie.
Masłowski powiedział w tej samej rozmowie coś, co teraz brzmi zupełnie inaczej w świetle tych badań. Że praca z mężczyznami na emocjach to nie jest nauka czegoś nowego – to archeologia. Kopanie i poszukiwanie czegoś, co kiedyś było na powierzchni.
Nie do końca chodzi o to, że mężczyźni są wrażliwi, a kultura ich psuje. To zbyt proste. Chodzi o to, że mają biologicznie uzasadnioną potrzebę kontaktu emocjonalnego i zewnętrznej regulacji – i że socjalizacja systematycznie tę potrzebę wycisza.
W efekcie mężczyzna, który jako niemowlę potrzebował więcej emocjonalnego wsparcia ze strony opiekuna, staje się dorosłym, który nie potrafi ani poprosić o takie wsparcie, ani go przyjąć, gdy ktoś mu je oferuje.
A zatem: czy mężczyźni są wrażliwsi od kobiet? Uczciwa odpowiedź brzmi: to zależy, co rozumiemy przez wrażliwość.
Jeśli wrażliwość to zdolność do autorefleksji emocjonalnej, do nazywania uczuć, do poruszania się po relacjach – tu dziewczynki mają „przewagę” już od urodzenia: są bardziej czujne społecznie, lepiej się regulują.
Jeśli wrażliwość to potrzeba zewnętrznego wsparcia regulacyjnego i trudność z samodzielnym powrotem do równowagi – tu więcej potrzeb mają chłopcy.
Ale jest jeszcze trzeci wymiar wrażliwości – ten, który Masłowski ma na myśli, kiedy mówi o archeologii. Wrażliwość zakopana. Potrzeba, która jest, ale której nie wolno było pokazać. O tym wymiarze męskiej wrażliwości emocjonalnej mówi się coraz więcej. I dobrze. Bo chłopiec, który nie dostaje pozwolenia na smutek, nie staje się przez to twardszy. Staje się tylko bardziej samotny.
Warto przeczytać: Męska samotność zabija po cichu. Jak mówić o bólu?
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:
Prawda i Dobro
21 kwietnia 2026



Zmień tryb na ciemny